Wyspa Wielkanocna - Panama
 

 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty 


19 lipca B

Wczoraj przed południem rzuciliśmy kotwice.
Zza mgły wyłoniła się Panama City, której centrum ze smukłymi drapaczami chmur przypomina trochę Manhattan.

Spuściliśmy ponton na wodę, Tomek wybrał się „na zwiady” do sąsiadów z kotwicy, później zabrał paszporty i popłynął do mariny, załatwić odprawę.
W czasie nieobecności Tomka miałam gościa, Rosjanin, zauważył naszą powiewającą jak płachta na byka, wielką banderę i podpłynął pontonem, sympatyczny człowiek, zaprosił nas do siebie na jacht, oferował pomoc i dużo lokalnych informacji, stoi tu na kotwicy, z żoną i dwójką dzieci, już dwa lata, i zdążyli się rozejrzeć "co, gdzie, i za ile".

Oczekując na Tomka siedziałam w sterówce, z radiem włączonym na kanale 16, przysłuchiwałam się wywołaniom, a później podążałam za nawołującymi się i z nudów podsłuchiwałam o czym gadają, jak to „ciekawska baba” :-)
Kiedy usłyszałam „US Navy warship chanel 56” z podnieceniem prawie skoczyłam do pokrętła radia, zainteresowało mnie kto woła amerykański okręt wojenny, i o czym będą rozmawiać.
Ze zdumieniem odkryłam że nasze radio nie ma kanału 56, nie ma też wielu innych kanałów...
Jakiś wybrakowany egzemplarz chyba...
Czyżby kapitan kupił radio z przeceny?:-)
Kiedy Tomek wrócił, zapytałam: „ jakim cudem brakuje nam kanału 56? ”.
Od Tomka dowiedziałam się że pewne częstotliwości radiowe są zastrzeżone...
No proszę, jak to człowiek uczy się całe życie:-)

Gdy Tomek wrócił, zabrał nas (mnie i Wacka) na ląd:-)

Okazało się że lepszy moment na dobicie tutaj nie mógł nam się trafić.
Parę dni temu zburzono marine przy której stanęliśmy, więc postój na kotwicy na jakiś czas jest bezpłatny.
Nowo wybrany prezydent Panamy jest człowiekiem czynu i bardzo bogatym, i pewnie nie zależy mu na "nachapaniu się"... wypowiedział zdecydowaną wojnę wszelkiej korupcji i oszustwom podatkowym.
Budynek mariny, który stał tu jeszcze przed 4 dniami zniknął, ponieważ właściciele mariny zajęli ten teren bezprawnie, na zasadzie jakiejś cichej umowy, nie płacili także podatków.
Prezydent postawił właścicielom ultimatum: wykupienie lądu od rządu i zapłacenie 16 mln dolarów zaległych podatków, albo „wrotki”, właściciele nie skorzystali z tej opcji, więc prezydent z ekipą do demolki zjawił się tu kilka dni temu osobiście:-)... i wyrównał teren...

Wygląda na to że obywatele Panamy dobrze wybrali nowego prezydenta, fakt że człowiek jest bogaty, właściciel sieci banków i największych supermarketów, świadczy po prostu że jest mądry, oznacza też że jest biznesmenem, który potrafi podejmować trafne decyzje.
Człowiek biedny, jest biedny, ponieważ podejmuje złe decyzje w życiu, i takie same złe będzie pewnie podejmował jako polityk...

Po miesięcznym rejsie tęskniliśmy za świeżym żarciem, więc najpierw udaliśmy się do najbliższej knajpy, zjedliśmy po połowie chrupiącego kurczaka z frytkami, Wacek siedział pod stołem i też miał niezłą wyżerkę :-)
Kelnerzy musieli się trochę zdziwić że zostawiliśmy puste talerze, i zjedliśmy nawet kości...
Po obiedzie postanowiliśmy iść na piwo, ale nagle Tomek wciągnął mnie do pizzerii, obok której przechodziliśmy i zjedliśmy jeszcze ogromną pepperoni:-)
Kiedy popijałam pizzę wodą, uderzył mnie odór chloru, po tak długim okresie picia wody z odsalarki, chlorowana kranówa wydała mi się obrzydliwa. Wacek siedział z wywieszonym jęzorem, więc poczęstowałam go z mojej szklanki, ale on chyba podzielał moją opinię, po chlipnięciu 3 razy, odwrócił głowę...

Odkryliśmy małą „knajpkę” przy sklepie w marinie, ze stolikami na zewnątrz, która okazała się miejscem spotkań wagabundów z jachtów. Pewnie sprawia to dostępna cena piwa, $1.00 za butelkę lokalnej „Panamy”.
Resztę wieczoru spędziliśmy przy piwie, z sąsiadami z kotwicy, a czas upływał pt. „morskie opowieści”, w TV pokazywano mecz piłki nożnej, USA-Panama, i co chwile ogłuszały nas okrzyki podnieconych barowych kibiców...

     

 


18 lipca T
Dobijamy do Panamy

 


17 lipca B
7*21'323 N & 79*43'148 W

Nasz listonosz, pactor modem, działa coraz lepiej, w okolicach wyspy Wielkanocnej transfer wynosił 100-200, w porywach 300 bajtów na minutę, bliżej Panamy transfer wzrósł do 5000, czasami rozpędza się nawet do 10000 bajtów na minutę. Wychodzi na to że im dalej od stacji nadawczo odbiorczej, tym gorzej.
 
Na powierzchni wody zaczęły pojawiać się dryfujące śmieci, deski i wielkie konary drzew, ciekawe co by się stało, gdybyśmy w nocy uderzyli w taką wielką, zanurzoną tuż pod powierzchnią wody, belę...
Wieczorem nie można włączyć światła wewnątrz jachtu, do środka wpadają ogromne ważki i ćmy wielkości małych wróbli.
W pierwszej chwili myślałam że do sterówki wleciał nietoperz i z przeraźliwym wrzaskiem uciekłam do salonu, ledwo się wyrabiając na zakrętach... Zrobiło się małe zamieszanie...
Ja krzyczałam, Wacek szczekał na mnie, nie wiedząc co się dzieje, a Tomek popukał się w czoło i stwierdził że dostaje świra i mam zwidy...
Nie zauważył ćmy i nie uwierzył... wyszłam na wariatkę, dopóki do wewnątrz nie wpadła kolejna...
Wzdrygam się na myśl o tym latającym robactwie i czemu są takie wielkie...  Mamy gdzieś na jachcie drobną siatkę, będę naciskała kapitana żeby porobił siatki do okien...

Moja nocna wachta była bardzo nieprzyjemna, sprawiły to przechodzące koło nas i nad nami niezliczone burze, połączone z ruchem jak na autostradzie.
Niebo rozświetlone było jakby całą noc odbywał się pokaz fajerwerków. Przerwy między błyskami nie wynosiły więcej niż kilka do kilkunastu sekund i nie ustawały nawet na chwilę.
Siedziałam w sterówce i obserwowałam małe okienko monitora radaru, które było całe pokryte mniejszymi i większymi białymi plamami.
Każda z tych plam mogła być małą burzą (deszczem), albo płynącym obiektem, dopiero gdy były bardzo blisko, robiły się „rozczochrane”, wiedziałam że to deszcz.
Wciąż musiałam wychodzić na pokład i wlepiać wzrok w horyzont, by ustalić, czy zbliżająca się do nas plama, którą widziałam na monitorze radaru, to coś płynącego w naszą stronę, czy tylko kolejna burza...
Wyładowania oświetlały cały widnokrąg, jak ogromna migająca, przepalająca się żarówka...
Kiedy kilkakrotnie w ciągu nocy, burze przechodziły nad nami, przy każdym błysku pioruna, w sterówce robiło się jasno jak w dzień, i nawet ryczący silnik nie był w stanie zagłuszyć grzmotów. Makabra...

Do Panamy 90 mil.

 

 


16 lipca B
6*30'183 N & 80*14"243 W

Na wczorajszej nocnej wachcie, robiąc Wackowi nową apaszkę do obroży, co chwilę rzucałam okiem na chart plotter. Luka pędziła jak w regatach żółwi z Galapagos, w porywach osiągała nawet prędkość jednego węzła na godzinę. Wiatr wiał z różnych kierunków, czasem płynęliśmy na Panamę, czasem w stronę Kolumbii, a chwilami Luka obierała kurs na Meksyk... więc właściwie przypominało to bardziej regaty nawalonych żółwi...
Zniecierpliwiona, poszłam obudzić kapitana, miałam nadzieje że włączy silnik, ale nie chciało mu się wstać, przez sen wymamrotał że niedługo wiatr się powinien ustabilizować. Wiedziałam że to nieprawda, widziałam prognozę pogody na najbliższe trzy dni, po prostu śpiący kapitan pozbył się mnie jak natrętnej muchy...
Wróciłam do sterówki i z satysfakcją zaczęłam obmyślać plan buntu:-)
Najpierw będzie szlaban na gary, później odmówię pełnienia nocnych wacht... z czasem mój bunt z kuchni i sterówki przeniesie się również na inne pomieszczenia, np. wyprowadzę się z kabiny kapitańskiej... daleko... do kajuty na dziobie:-)
Upajałam się obmyślaniem planu "odwetu" na kapitanie za nieodpalenie silnika, to pomagało mi znieść dobijającą myśl, że w takim tempie do Panamy będziemy płynąć jeszcze co najmniej 200 godzin, tzn. jakieś 8-9 dni...
Rano, kiedy Tomek wstał, zakomunikowałam z bardzo poważną miną: "idę spać, obudź mnie dopiero w Panamie” i ostentacyjnie opuściłam sterówkę.

Wygląda na to że podziałało... kapitan włączył silnik... :-)

Moja radość okazała się przedwczesna.
Popłynęliśmy trochę na silniku i nagle jacht zaczął dziwnie drgać, Tomek natychmiast wyłączył silnik i poszedł do maszynowni na inspekcje.
Okazało się że z jakiegoś powodu śruby, które łączą wał napędowy ze skrzynią biegów, ścięły się. Kiedyś przy remoncie jachtu w Port San Luis, jeszcze przed Tomka samotnym rejsem, mechanik, który mocował silnik, użył niewłaściwych śrub i silnik minimalnie się przesunął, nie jest w jednej linii z wałem napędowym, no i teraz prawda wyszła na wierzch, a właściwie się przesunęła...
Stanęliśmy w dryfie, Luka kiwała się jak „wańka wstańka”.
Nie ma słońca, jest wilgotno i duszno, Tomek cały zlany potem, i jak pirat, z bawełnianą chustką przewiązaną na czole, aby pot nie zalewał mu oczu, prawie nie wychodził z maszynowni.
Wygląda na to że udało mu się naprawić awarie, tymczasowo „na słowo honoru”. Kiedy dopłyniemy do Panamy będzie musiał zająć się tym na poważnie.
Na razie płyniemy pomalutku, silnik chodzi na wolnych obrotach...
Ale nie zamierzam już marudzić że za wolno płyniemy... a o buncie już nawet nie wspomnę, niech tam będzie nawet 1 węzeł na godzinę, hmmm... lepsze to niż bujać się na fali 200 mil od Panamy...

 


15 lipca T
6*21'100 N & 80*18'003 W

Z powodu nasilającego się niezadowolenia załogi i pierwszych oznak buntu, zmuszony zostałem włączyć silnik, do Panamy 200 mil a wiatr bardzo słaby i kręci.
Rano przesuwaliśmy się leniwie pod wszystkimi żaglami i genuą wystawioną sztywno na bomie spinakera, słaby i tak wiatr, nagle przycichł, odwrócił się o 180 stopni i walnął nam z drugiej burty, z siłą 25 węzłów. Luka położyła się prawie na burtę, słychać było spadające garnki w kuchni, łącznie z zakwasem na wieczorny świeży chleb...
Szkwał 25 węzłów, nawet ze złej strony, to dla Luki nie problem, zwłaszcza że wszystkie bomy mają solidne kontraszoty. Poleżeliśmy na boku ze 20 minut, szkwał się wydmuchał i wiatr wrócił na kierunek północnozachodni. Po dwóch godzinach wiatr zdechł kompletnie i trzeba było odpalić naszego siłacza, załoga otwarcie zaczynała złorzeczyć, zwłaszcza po ściągnięciu prognozy pogody, z której wynikało że do samej Panamy napotkamy bardzo słabe i zmienne wiatry...
Miałem wrażenie że płyniemy wolniej niż powinniśmy, postanowiłem zanurkować i sprawdzić śrubę czy nie zarosła, lub czegoś na nią nie złapaliśmy. Okazało się że śruba była mniej więcej ok, ale znowu wysunął się na zewnątrz wał napędowy ze szczęk mocujących go do skrzyni biegów. Winna temu jest mała, niewinnie wyglądająca śrubka na szczęce zaciskającej wał, która ścięła się podczas przygody z grubą liną rybacką przy Wyspie Wielkanocnej i zmaltretowała cały układ napędowy. Zajęło mi kilka godzin by wepchnąć szczękę na swoje miejsce i wszystko od nowa podokręcać, ale gdy staniemy na kotwicy będę musiał wszystko zrobić od nowa i tym razem zdemontować więcej rzeczy, by móc wydłubać końcówkę pękniętej śruby, zabezpieczającej wał przed wysunięciem, która teraz utknęła wewnątrz uchwytu i wkręcić nową. Póki co płyniemy nie nadwyrężając silnika, powinniśmy rzucić kotwicę za mniej więcej 2 doby.

 


14 lipca B
5*21'888 N & 80*44'808 W

 

250 mil do Panamy.
Jak dotąd co noc pada deszcz, a w ciągu dnia całe niebo jest zachmurzone, dzięki temu ten równikowy klimat nie jest taki nieznośny.
Dzisiaj pada również cały dzień, do tego niedaleko nas przechodzi burza, błyska co chwilę i słychać grzmoty... tego nie lubię, zaczynam się wtedy martwić o naszą elektronikę... co by się stało gdyby...
Kiedy mieszkałam na Florydzie, codzienne letnie burze, mimo fachowych zabezpieczeń, co roku powodowały straty w mojej domowej elektronice... raz wyładowania zniszczyły komputer, innym razem router, modem...
Na jachcie takie uderzenie pioruna przyniosłoby pewnie o wiele więcej szkody, pomijając że i nas mogłoby chyba przysmażyć, Wacek położył uszy i siedzi w sterówce...

Wiatr nie może się zdecydować, kręci nami w kółko, w tej chwili Luka obrała kurs na Australię, Tomek chyba się zniecierpliwił bo włączył silnik i poszedł zrzucać żagle, popłyniemy trochę na wolnych obrotach, dopóki wiatr nie podejmie decyzji w którą stronę dmuchać...

Ps. Późnym popołudniem wiatr się zdecydował... zrobić sobie wolne, zapanowała cisza...

 


13 lipca T
04*18'700 N & 081*00'777 W
Płyniemy.

 


12 lipca B
03*23'200 N & 082*11'634 W

Zaczął się ruch, w nocy za rufą pojawiły się dwie plamy światła, podejrzanie szybko nas dogoniły, wyprzedziły i zniknęły za horyzontem, były to dwa tankowce, w ciągu dnia minęły nas jeszcze kolejne dwa.
Wacek nie spał całą noc, biegał na dziób, z dziobu na rufę i tak w kółko, szczekał przy tym chwilami jak oszalały. Zaniepokojona wychodziłam co chwile na pokład zobaczyć na co nasza załoga na oku tak szczeka, i dokładnie sprawdzić czy znowu coś w naszą stronę nie płynie, ale horyzont był pusty, natomiast słychać było  czasami znajome ciche „westchnienia” wieloryba, i to jego właśnie nasz obrońca tak zawzięcie obszczekiwał... Wieloryb pływał sobie zupełnie blisko Luki, i choć noc była dość ciemna, widziałam słupy wodnego pyłu, kiedy nasz nocny gość się wynurzał.
Przez całą noc płynęliśmy z zawrotną prędkością 1 węzła na godzinę, siedziałam w sterówce i prawie z rozpaczą myślałam, że jeżeli wiatr się nie ruszy, albo kapitan nie włączy silnika to do Panamy będziemy płynąć jeszcze 400 godzin...
Z tą smutną konkluzją przeniosłam się do kuchni i z rozpaczy upiekłam dwa bochenki chleba... dłuuuuga droga przed nami...

 


11 lipca B
02*36'374 N & 063*12'377 W

Wiatr się leni, płyniemy w żółwim tempie, choć ma to także swoje uroki, mniej kołysze i dookoła zapanował spokój.
Zbliżamy się do Panamy i należałoby wymienić banderę, Luka musi wyglądać godnie i przystojnie w obcym porcie, choć z tą przystojnością chyba nie wyjdzie...
Nasza stara bandera wygląda już jak ogryzek, w ostatnim sztormie orła wygryzł wiatr, koronę zmył deszcz... został z niej tylko postrzępiony i smutny kawałek biało czerwonej szmatki...
Co prawda mamy biało czerwoną flagę, którą mój nowy dobry mąż Tomek dostał kiedyś w prezencie od Piotrka (tego starego i niedobrego męża)... tylko że to bardziej flaga niż bandera i jest trochę za duża, mimo to założyłam ją na achtersztagu i powiewa teraz jak średniej wielkości prześcieradło...
W związku z powyższym poszukujemy sponsora bandery dla Luki, my nie mamy możliwości nigdzie jej tu kupić...

 

 


10 lipca B
02*04'447 N & 63*40'015 W

 

Do Panamy 500 mil, ale wiatr bardzo osłabł i wleczemy się 2-3 węzły, więc lądu szybko nie zobaczymy, raczej nie uda mi się namówić kapitana żeby włączył silnik, jeśli nie natrafimy na przeciwny wiatr albo ciszę, twierdzi że hałas pracującego silnika obrzydza mu żeglowanie.

Tomek, jeżeli mu coś smakuje, konsumuje to od razu, uważa że nie ma sensu chowania dobrych rzeczy „na potem” i wspiera tą swoją filozofię „Carpe Diem”.
Ja lubię chomikować, i tak na przykład butelka piwa, „wykopana” spod koi, schłodzona i serwowana na równiku może naprawdę sprawić przyjemność...
Albo pyszna golonka wieprzowa firmy Krakus, polska konserwa, tysiące mil od Polski, gdzieś na Pacyfiku...
Dzisiaj właśnie „odkopałam” taką konserwę, w garnku upiekłam chleb i zrobiliśmy sobie prawdziwie polsko – żeglarskie kanapki na śniadanie... Pycha.
No i dzięki „chomikowaniu” monotonia naszej kuchni „rybnej” została przerwana...

Namawiam Tomka żeby stanąć na wyspie Malpelo, jest 100 mil przed nami i będziemy ją niedługo mijać, Tomek się krzywi, tłumacząc mi że będziemy tam w nocy, przekonuje mnie że nie ma tam pewnie nic wartego uwagi i za kilka dni będziemy już w Panamie... Nieużytek...

Kapitan chlebem dzieli

 


9 Lipca T
00*00' 315 N & 085*19'445 W

 

Minęliśmy równik.
No i 50 lat minęło, jestem pół wieku stary, a stąd to już na pewno bliżej niż dalej...
Beata obudziła mnie promiennym uśmiechem i małym czerwonym torcikiem z dyskretnie zapaloną tylko jedną świeczką.
Jakiś czas temu skończyły się papierosy i teraz skręcał mnie w środku głód nikotyny, dostałem prezent który sprawił mi niezwykłą radość, wielką butelkę Heinnekena i paczkę tytoniu. Ech, cóż to był za bal, to były najlepsze urodziny jakie pamiętam. Zaczęliśmy obchodzić je o 7 rano, kiedy Luka przechodziła właśnie równik, Beata była tego dnia dla swojego kapitana specjalnie urocza, i impreza skończyła się dopiero późnym wieczorem, a Luka żeglowała cały dzień grzecznie, jakby nie chciała nam przeszkadzać.
Właściwie teraz należałoby chyba bardziej o siebie zadbać... powinienem zdaje się zwracać większą uwagę na to co jem, co pije i ile pije... pozbyć się szkodliwych nawyków i zrobić coś z tym półmiskiem tłuszczu, który zaczyna odstawać mi od brzucha...
Rano, już jako pełny pięćdziesięciolatek, zastanawiałem się poważnie o przykrych zmianach które rozsądnie powinienem sobie narzucić, ale w samą porę przypomniały mi się pewne konkluzje mądrego lekarza, i przestałem przejmować się tym, że fatalnie się odżywiam, że jestem już 50 lat stary i że bliżej już mam, niż dalej...

Z poradnika lekarki:
 - Czy ćwiczenia przyspieszające pracę serca przedłużają życie ?
 - Twoje serce będzie bić tylko określoną ilość razy... tyle ile masz zapisane w genach i ani razu więcej...  Nie marnuj więc tych uderzeń na ćwiczenia.
W końcu wszystko się kiedyś zużywa. Przyśpieszanie pracy serca nie przedłuży ci życia. To tak jakby mówić, że przedłużysz życie samochodu żyłując silnik do upadłego.
Chcesz żyć dłużej? Zdrzemnij się!

 - Czy powinienem  jeść mniej mięsa, a więcej warzyw i owoców?
 - Przyjrzyj się temu z logicznego punktu widzenia... Co je krowa?
W  paszy ma zboże, kukurydzę i mnóstwo innych rzeczy. Czym jest ta zielenina? To warzywa! W takim razie stek z wołowiny jest niczym innym jak doskonałym mechanizmem do dostarczania do twego organizmu warzyw! Potrzebujesz zboża? Wpierniczaj kurczaka. Natomiast wieprzowina zapewni ci 100% twojego dziennego zapotrzebowania na zieleninę.

 - Czy powinienem ograniczyć spożycie alkoholu?
 - A niby czemu? Wino jest robione z owoców. Brandy to destylowane wino, co oznacza tylko, że zawierają wodę z owocowej masy i w ten sposób masz jeszcze więcej zdrowych pyszności. Piwo? Halo! Przecież to chmiel! Wódka? Żyto to zboże! Eeeeeeee.... nawet bimberek powstaje z ziemniaków.
 
 Czy smażone żarcie jest szkodliwe dla zdrowia?
 - W dzisiejszych czasach jedzenie jest smażone na oleju roślinnym. Tak po prawdzie to żarcie w nim sobie pływa. Jakim cudem więc większa ilość warzyw może ci zaszkodzić?

 - Czy robienie przysiadów pomoże mi stracić "oponkę" na brzuchu?
 - Absolutnie nie! Kiedy ćwiczysz mięśnie to one się powiększają. Dlatego przysiady powinieneś robić tylko wtedy gdy chcesz aby twój brzuch był większy.

 - Czy czekolada mi szkodzi?
 - Zwariowałeś??? Hej!!! Nasiona kakao! Kolejne warzywo! To najlepsze żarcie na świecie
 
 - Czy pływanie jest dobre dla mojej figury?
 - Czy pływanie jest dobre dla twojej figury? Zapytaj wielorybów...

 - Czy utrzymanie naszego ciała w formie jest istotne dla mojego życia?
 - Hej! Istnieją przecież okrągłe formy.

To chyba wyjaśniło  wszystkie wątpliwości jakie mogliście mieć na temat jedzenia i diety
I pamiętajcie...
Życie nie powinno być podróżą do grobu, której celem jest dowiezienie do końca atrakcyjnych i dobrze zachowanych zwłok.
Człowiek do kresu życia powinien się dotoczyć z kieliszkiem Chardonnay lub whisky w jednej ręce, tabliczką czekolady lub cygarem  w drugiej i narąbany w trzy dupy, krzycząc :
"ALEŻ TO BYŁA JAZDA!"


8 lipca B
00*36'617 S & 085*48'060 W

Wiatr wyraźnie osłabł, wleczemy się 3 węzły, ale przynajmniej w dobrą stronę, do Panamy 600 mil.
Kiedyś nasza znajoma żeglarka, Marta, skwitowała dyskusje o gotowaniu:„ na lądzie to ja tylko psu gotowałam”, miałyśmy podobne zdania, ja na lądzie gotowałam tylko na Święta... o wiele łatwiej było w drodze z pracy kupić jakąś kanapkę czy taco, zjeść u „chińczyka” albo w jakimś innym "szybkim" miejscu...
Na jachcie wszystko się zmienia. Gotowanie staje się rozrywką, a wymyślanie nowych potraw przyjemnością i istotną czynnością dnia.
Nigdy nie jadałam potraw mącznych, a teraz się okazało że z takiej zwykłej mąki można przyrządzić masę różnych dań: naleśniki, placki drożdżowe, omlety na słodko, omlety pikantne, pączki, chleb...
I choć ogólnie wiadomo że potrawy mączne tuczą, można udawać że to nieprawda i zamiast obcisłych dżinsów wkładać luźne dresy...
Wymyślanie potraw jest trochę ryzykowne, nie zawsze wszystko wychodzi, np. ostatnio zrobiłam cukierki z mleka w proszku i miodu, których nawet Wacek nie chciał jeść, nakarmiłam nimi ryby... nie jestem pewna czy i one to zjadły...
Ale weźmy na przykład taki SPAM, który przypomina polską mielonkę turystyczną, można udawać że to schab, pokroić na plastry, przysmażyć na patelni i zjeść z pure ziemniaczanym i fasolką szparagową z puszki, albo udając że to wołowina, pokroić w kostkę, dodać koncentratu pomidorowego, różnych warzyw z puszek i zrobić sos do spaghetti a'la „Pasat Pacyfiku.”
Pozbawione smaku i miękkie jak galareta parówki z puszki, gdy się je mocno przysmaży na patelni robią się twarde, można je zajadać z musztardą, wyobrażając sobie że wcina się chrupiącą kiełbasę z grilla.
Niestety, mimo wysiłków nie znalazłam jeszcze „czegoś”, co mogłoby uszczęśliwić Tomka i „udawać” szklankę whisky z lodem i kubańskie cygaro, o których to od pewnego czasu nasz kapitan marzy...
Musi poczekać jeszcze te 600 mil...


7 lipca B

Po raz pierwszy odkąd wyruszyliśmy z Wyspy Wielkanocnej, czyli od ponad dwóch tysięcy mil, „coś” nas minęło.
Tomek już spał, ja oglądałam film, nagle Wacek rozszczekał się na rufie, wyszłam zobaczyć co nasz załogant na wachcie tak zawzięcie obszczekuje. Na horyzoncie pokazała się jasna plama światła, włączyłam radar, ale „plama” była poza jego zasięgiem. Zostawiłam radar włączony i obserwowałam zbliżające się powoli światło.
Niedługo potem, w odległości półtora mili za rufą, minął nas bardzo jaskrawo oświetlony, nieduży statek pasażerski, płynący prawdopodobnie z Galapagos w stronę kontynentu.
Wacek cały dzień zachowywał się dziwnie, co chwile wskakiwał mi na kolana, jakby czymś wystraszony, nie chciał z nami siedzieć jak zwykle w salonie, wieczór i noc spędził na pokładzie i obserwował horyzont.
Może dziwne zachowanie Wacka spowodowała pełnia księżyca... noc była wyjątkowo jasna, księżyc oświetlał ocean jak olbrzymia latarnia...  A może Wacuś czuje że jesteśmy bliżej lądu...

 


6 lipca T
03*03'360 S & 087*04'350 W
Płyniemy.

wschód slonca

wschód słońca


5 lipca B
04*34'624 S & 088*15'143 W

Kapitan wyrzucił przynęte za rufą, i prawie natychmiast ją wyjął... razem z rybą.
Dzisiaj tuńczyk.
Brzydki taki, miał wielki łeb i krótki obły tułów, przypominał tłustego prosiaka.
Tomek wyczyścił, wyfiletował i podzielił rybę na trzy części: najlepsze kawałki z grzbietu tzw. „rybi schab” przeznaczył na sashimi, tzn. rybę którą zjemy na surowo z „japońskim chrzanem” (wasabi) i sosem sojowym, tłuste filety z brzucha, panierowane w jajku i mące, usmażymy na głębokim oleju, a resztę ryby, pokrojonej w drobną kostkę, lekko posolonej i skropionej sokiem z cytryny, podsmażymy krótko na maśle.
Rybę usmażoną na maśle wrzucimy do sosu z torebki, firmy Winiary: „Pomysł na rybę w sosie koperkowym”, została nam jedna paczuszka w spadku po załodze nurków z Polski.
To tyle na temat jadłospisu na najbliższe 2 dni.
Aktualności:
Do Panamy 900 mil, wiatr nie przekracza 15 węzłów, nastroje pogodne, apetyty dopisują:-)

 


4 lipca B
06*53'512 S & 090*02'637 W

Do Panamy jeszcze 1000 mil.
Wiatr osłabł do 15 węzłów, płyniemy „spokojniej”, Luka nie przechyla się już tak mocno i nie podskakuje na falach.
Kapitan mimo zakazu (nieposłuszny) wyrzucił przynęty podczas kiedy spałam.
Złapał małe dorado, a kiedy się obudziłam, ryba była już przyrządzona, w pikantnym sosie, z ryżem. Smaczna.

Zupełnie nie rozumiem dlaczego kapitan nazywa mnie kretem albo szczurem okrętowym, wprawdzie od wyspy Wielkanocnej moja noga nie stanęła na pokładzie... no ale po co tam wychodzić kiedy jest zimno, wieje wiatr, a jeszcze do wczoraj fale co chwile zalewały pokład...

Na pokład zamierzam wyjść kiedy zbliżymy się do równika, ubiorę się wtedy w kostium kąpielowy, nasmaruje kremem i położę w hamaku, a czasem nawet mogę pomoc kapitanowi pociągnąć jakąś linę... :-)

 


3 lipca B
08*01'306 S & 091*01'906 W

3 lipca czyli jak namówić kapitana aby usmażył placki drożdżowe na kolację.
Nie można go poprosić, bo powie „to ty usmaż, bo ja refuje żagle”.
Nie można mu posłodzić „wiesz, ty robisz takie pyszne”... łysy cwaniak się na taki bajer już nie łapie...
Ale i najtwardszego kapitana, jak prawie każdego faceta można zajść od „tyłu”...
Trzeba takie kapitańskie, męskie ego najpierw wsadzić na ulubionego konia, np.” miałeś super pomysł z tym... lub tamtym...” i pozwolić mu trochę pogalopować....
Później zmęczonego galopem pogłaskać, w przypadku mojego kapitana najlepiej po grzywie...:-) dodając jaki to łebski z niego facet:-) i zrobić mu drinka.
Po wypiciu jednego lub dwóch drinków kapitan robi się miękki i po prostu GŁODNY, teraz wystarczy takiemu głodnemu kapitanowi podsunąć pomysł: PLACKI DROŻDŻOWE.
Zrobi je chętnie.
Grunt to sprawić żeby kapitan nie myślał że wykonuje polecenia lub zachcianki załogi...

 


2 lipca B
09*14'023 S & 092*06'866 W

Wieje mocniej i Luka przechyliła się jeszcze bardziej, z okien salonu po jednej stronie robi się co chwile akwarium, albo opływają je strugi granatowej, spienionej wody.
Tomek nic sobie z tego przechyłu nie robi, siedzi w swoim fotelu w sterówce, zapiera się długą nogą o ręczną pompę zęzową i naprawia olbrzymią latarkę, wielkości reflektora od ciężarówki, nazywa ją „szperacz”.
Wacek ma kłopoty z poruszaniem się, przesuwa się w poślizgach i nie zawsze w stronę w którą by chciał, więc głównie siedzi i śpi ze mną na kanapie, po zawietrznej stronie salonu.
Za to śmigiełka generatorów wiatrowych pracują na najwyższych obrotach, baterie są naładowane do pełna i możemy oglądać telewizje cały dzień:-)

 


1 lipca B
11*05'516 S &  093*33'682 W

Płyniemy wciąż w dużym przechyle, Tomek ma zakaz wyrzucania przynęt, cały ostatni tydzień smażyłam ryby, stanie przy kuchni w takich warunkach jest wyczerpujące. Ciągle trzeba uważać żeby ryba nie wyskoczyła z patelni...

Czytałam dzisiaj w „Globtroterze” interesujący artykuł o wyprawie Joli Czupik i Dominika Stokłosy fiatem Panda przez Afrykę.
Moją uwagę przykuł moment, kiedy to w Kenii bohaterowie mieli problemy z urzędnikami celnymi, okazując im międzynarodowe prawo jazdy... calutkie w języku polskim.
Hahaha. Równie dobrze mogliby machać przed oczami urzędników książeczką szczepień albo legitymacją harcerską... i twierdzić że to prawo jazdy:-)
Ciekawe zjawisko... co druga uliczna budka zamiast napisu „kanapki” nosi dumną nazwę „sandwiches”, słowo „fast food” i inne „angielszczyzny” na dobre zadomowiły się w rodzimej mowie, ale międzynarodowe prawo jazdy konsekwentnie drukowane jest w języku polskim... arogancja to, czy głupota urzędnika...?

Podróż Dominika i Joli odbyła się w roku 2007, pozostaje więc tylko mieć nadzieje że w międzyczasie urzędnicy wydający międzynarodowe prawo jazdy postanowili nie zostawać w tyle za właścicielami ulicznych budek z „sandwichami”...
Trochę głupio tak się ośmieszać na świecie „polskim, po polsku międzynarodowym prawem jazdy”...