Wyspa Wielkanocna - Panama
 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty 


30 czerwca B

Płyniemy w głębokim przechyle, nie da się pisać


29 czerwca B
14*57'181 S & 096*35'430 S

Płyniemy wciąż w głębokim przechyle i „podskokach”.
Ugotowanie jakiegokolwiek posiłku w takich warunkach to małe wyzwanie, garnki podskakują i przechylają się razem z kuchenką, pokrojona cebula w każdej chwili może zjechać na podłogę, a ciasto na naleśniki wylać się, nigdy nie wiadomo czy zdąży się posłodzić herbatę, zanim pół kubka się wyleje...

Tomek siedzi cały dzień w sterówce z słuchawkami mp3 Playera w uszach, słuchając książki zszywa popruty żagiel... a niech sobie tam siedzi i szyje:-) Przynajmniej nie muszę się z nim dzielić „prądem”… każdy z nas ma swojego laptopa, mamy jednak tylko jeden zasilacz na 24v i w związku z tym na Luce zdarzają się czasem walki o „prąd”...


28 czerwca B
16*06'968 S & 097*23'170 W

Nie poczęstowaliśmy wczoraj Wacka sashimi z dorado, więc dzisiaj sam je sobie zaserwował.
Wieczorem wskoczył mi na kolana i wdzięcznie wylizał mnie po twarzy, śmierdziało mu z pyska przeokropnie, starą, zepsutą rybą... brr, zrobił sobie sashimi ze starych ryb latających na pokładzie...

 


27 czerwca B
17*49'884 S & 098*51'663 W

 

Wiatr w nocy wciąż się zmieniał, Luka nieznośnie bujała się we wszystkie strony, Tomek kilka razy zmieniał ustawienia żagli.
Nad ranem wiatr się w końcu zdecydował i płyniemy teraz w dobrą stronę z szybkością 5-6 węzłów.

Parę dni temu, gdy złapaliśmy dorado, Tomek wyjął przynęty z wody, żeby przypadkiem nie złapała się następna ryba, podczas kiedy tej mieliśmy jeszcze pełną lodówkę. Gdy skończyliśmy ją jeść, znowu wyrzucił przynęty za rufę. Przynęty pomoczyły się dwa dni i gdy w nocy wiatr się zmienił, dmuchnął mocniej i zaczęliśmy płynąć szybciej, znowu złapało się dorado i to jeszcze większe niż poprzednie, miało ze 20 kg, Tomek wyciął z niego wiadro filetów...
Na obiad było sashimi: cienkie plastry surowej, schłodzonej ryby z pastą wasabi wymieszanej z odrobiną sosu sojowego... pycha.
Całe przedpołudnie smażyłam filety, podczas gdy jacht płynął w głębokim przechyle i podskakiwał czasami jak samochód na dziurawej drodze. W końcu udało się skończyć smażenie, dużą część ryby zamarynowałam w occie, a i tak zostało jeszcze pół lodówki świeżej ryby do wysmażenia.

            

 


26 czerwca B
18*32'044 S & 100*24'222 W
Plyniemy.


25 czerwca B
19*15'890 S & 101*46'201 W

Kończy się piękne żeglowanie, jutro wiatr zmieni się na przeciwny.
Ustaliliśmy kiedyś z Tomkiem że na Luce nocne wachty są moje, a ponieważ w nocy jest najlepsza propagacja, zwykle to ja zajmuje się ściąganiem prognozy pogody i wysyłaniem poczty.
W tej chwili propagacja ogólnie nie jest najlepsza, do tego jesteśmy daleko od wszystkich stacji, ale zbliżamy się do Panamy i niedługo powinno być lepiej.

Poniżej zamieszczam zdjęcie programu pocztowego którego używamy.
Górna ramka programu Airmail, zatytułowana „Terminal” pokazuje status łączenia się ze stacją nadawczo - odbiorczą.
Dolna ramka - „Propagation”: lewa strona tej ramki zawiera spis stacji, prawa strona pokazuje propagacje: numerki u góry od 00 do 24 to godziny (czas UTC), cyfry po lewej to częstotliwość.
Pozostałe czerwone, żółte i zielone kratki z numerami w środku to tzw. „szansa połączenia”.
W momencie kiedy próbowałam wysłać pocztę, była godzina 21:38 UTC, czyli podświetlona (granatowy kolor) jest godzina 22:00 UTC, o tej godzinie częstotliwości 10450.0 i 13880.0 są "zielone", co znaczy że mam największą szansę na połączenie na tych częstotliwościach.

Np. częstotliwość 5735.0 o godzinie 16:00 UTC jest „czerwona”, tzn. że absolutnie nie ma szansy na połączenie o tej porze na tej częstotliwości....

Airmail daje możliwość odbierania 5 kb poczty, czyli około dwóch stron tekstu w jednym e-mail'u, wszystko powyżej 5 kb bezceremonialnie obcina, usuwa również załączniki, oczywiście powiadamiając nas że „załącznik o nazwie X został usunięty”.
Za opłatę $250 rocznie możemy używać systemu Airmail z limitem czasu do 90 minut tygodniowo, co raczej wystarcza, zdarzyło nam się raz że limit ten przekroczyliśmy, w okienku terminala przy próbie połączenia wyświetliła się wiadomość: „ przekroczyłeś limit, ogranicz ilość połączeń” … i przez kilka następnych dni "Airmail" nie pozwolił nam się połączyć...
W sumie humorzasty system, jednak przy odpowiedniej dozie cierpliwości umożliwia codzienne ściąganie prognozy pogody i obsługiwanie poczty.

 

 


24 czerwca T
20*02'942 S & 103*08'080 W
Płyniemy.

 


23 Czerwca B
20*52'920 S & 104*36'742 W

Od kilku dni prawie zupełnie nie buja i szybko żeglujemy w stronę Panamy.

Nieoceniony webmaster naszej strony, Ryszard z Buczek na Mazurach, i jak się okazało sadysta... bezlitośnie zbombardował nas
sms-ami, w których opowiadał jak to obżera się smażonym węgorzem i sielawą, i przepija je pigwówką własnej roboty, w towarzystwie znajomego z Florydy...
Rozmarzyliśmy się wspominając wakacje nad Jeziorakiem, pyszne smażone węgorze, sandacze... i dobre polskie piwo przy ognisku...
Krótko potem Tomek wyszedł na pokład i krzyknął: „Beata dawaj nóż, mamy rybę.”
Jakby na pocieszenie i zaspokojenie pobudzonego przez Ryśka apetytu, złapała się duża, zielono - żółta ryba, Tomek stwierdził że to dorado. Siedział godzinę na pokładzie z wielką rybą między nogami, czyścił ją i filetował, potem przyniósł mi do kuchni ogromną miskę wypełnioną kawałkami filetów i powiedział: "kochanie, twoja kolej".
Usmażyłam część tych filetów i zjedliśmy pyszny obiad.
Teraz przez następne 3 dni będzie ryba na obiad, i choć nie tak smaczna jak węgorz, ale zawsze to świeża ryba, a nie żarcie z puszki...

 

dorado

 


22 Czerwca T
22*40'473 S & 106*48'820 W

Przed nami Panama i związane z przejściem kanału nieplanowane koszty. W związku z tym chętnie wynajmiemy dwie kabiny i zabierzemy na pokład gości (doświadczenie żeglarskie niekonieczne), którzy chcieliby z nami przepłynąć kanał Panamski, pożeglować na Morze Karaibskie i zwiedzić Kubę.

nieaktualne*


21 czerwca T

 

Zaczęło się przyjemne żeglowanie, płyniemy w dobrą stronę, mamy stały wiatr i wszystkie żagle na masztach, żyć nie umierać .
Wczoraj rano wypaliłem ostatniego papierosa, kupiłem sobie tylko kilka paczek przed wypłynięciem z wyspy i już je wypaliłem... pozostaje mi chyba naprawdę się odzwyczaić...

 


20 czerwca T

Ostatnią dobę uciekaliśmy na północ przed sztormem, dzięki temu zahaczył nas tylko ogonem, teraz możemy już zmienić kurs na północnowshodni, prosto w strone Panamy.
Autopilot zastrajkował i na małym ekranie kontrolera wyświetlił informacje oznajmiającą że zgubił kontakt z pompą hydrauliczną. Wiedziałem już o co chodzi, poszedłem do maszynowni po kawałek solidnej belki i stuknąłem kilka razy w tył pompy, w miejsce gdzie znajdowały się szczotki silnika. Pompa ruszyła, ale po krótkim czasie znowu zamilkła. Zmieniłem kurs, teraz szliśmy ostro do wiatru, na tym kursie bezan działa jak samoster...
Wykręciłem małe płaskie korki, które dociskały szczotki do rotora i gdy je wyjąłem okazało się że zostały z nich już tylko małe ogryzki i gubiły kontakt z rotorem. Jeszcze na Galapagos kupiłem kilka szczotek do silnika elektrycznego, chyba od jakiejś kosiarki, były dużo za duże. Wziąłem się za szlifowanie drobnym papierem ściernym podłużnych, czarnych kostek spieczonego węgla i sprawdzając je co chwile suwmiarką, zrobiłem z nich zgrabne kostki: 6mm wysokie, 8mm szerokie 2 cm długie. Potem skróciłem przewody które połączą je z obudową silnika, przełożyłem oryginalne sprężynki i przylutowałem końcówki ze starych szczotek. Nowe szczotki wyglądały zupełnie przyzwoicie, przed wsunięciem ich w gniazda silnika, odkurzaczem wyssałem stamtąd pył węglowy w który zmieniły się stare szczotki i wsunąłem nowe. Pompa ruszyła żwawo, ciekawe tylko z jakiego materiału są wykonane te nowe szczotki, pewnie były zrobione w Chinach, i wytrą się zanim dopłyniemy do Panamy. Szczotki ścierają się najmocniej w momencie gdy silnik rusza, a silnik pompy autopilota zatrzymuje się i rusza na ogół 20 razy na minute...


19 czerwca T

Płyniemy i cieszę się, skończyły się wachty przy kotwicy i mijanki ze sztormami, które nawiedzają Wyspę Wielkanocną o tej porze roku na okrągło...
Więcej dni czekaliśmy, schowani przeczekując sztormy w odludnych zatoczkach, bez możliwości wylądowania na wyspie, niż tych, kiedy mogliśmy bezpiecznie zakotwiczyć i zwiedzać.
Beata chciała zostać jeszcze kilka dni, ale nadchodził kolejny sztorm, trzeba by znowu schować się na 3 dni po drugiej stronie wyspy.
Obejrzeliśmy już wszystkie Moai, były dużo mniejsze, niż te z mojej wyobraźni i nie zapierały oddechu... poza nimi na wyspie nie ma nic wartego uwagi, więc płyniemy dalej, na Kubę.
Autopilot szwankuje, domaga się wymiany dwóch małych części w pompie hydraulicznej, wał napędowy zamocowany jest do skrzyni biegów na „słowo honoru”, ale mimo to świat wygląda dziś ładnie, głównie chyba dlatego że znowu nic nie zakłóca horyzontu, dookoła nas tylko czysty, przyjazny Ocean.


18 czerwca B

Dzisiaj podnosimy kotwice.
Rano popłynęliśmy do miasta, postanowiliśmy dobrze rozpocząć dzień... tzn. napić się piwa na śniadanie... trzeba było pożytecznie wydać resztę chilijskich pesos:-)

Podczas tak długiego (prawie 3000 mil) przelotu, ponton nie może wisieć na uchwytach za rufą, ociera się o nie i niszczy, trzeba go wciągnąć na pokład... ech, jak ja tego nie lubię robić.
Najpierw trzeba podciągnąć do góry, na bomie bezana, ciężki ponton z plastikowym dnem i silnikiem, później przesunąć go nad pokład, i powoli opuścić, na specjalne uchwyty przymocowane do pokładu.
Ostatnio na Galapagos, Tomek kręcił kabestanem, a ja miałam trzymać ponton, a kiedy będzie już nad pokładem i Tomek będzie go opuszczał, naprowadzić ponton dokładnie w uchwyty. Nie wyszło... duża fala bujała jachtem, ponton wisiał nad pokładem i latał od jednej burty do drugiej, ciągając mnie za sobą... po całym pokładzie... ( Tomek aż się zapowietrzył ze śmiechu )
Więc teraz Tomek trzymał ponton, a ja wciągałam go do góry, kręcąc korbą wielkiego kabestanu, później trzeba było tylko (!) wcelować pontonem w te uchwyty...
Tomek sprawdzał pozycje uchwytów po jednej, a ja po drugiej stronie pontonu, próbowałam wyczuć ich ustawienie palcami, fala ruszyła jachtem, i ponton docisnął moje palce do metalowego uchwytu..."auć"...

Po 15:00 na Lukę przypłynęli celnicy, odprawili nas i zaraz potem podnieśliśmy kotwice.