Panama - Ushuaia
 

 


  Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


30 Września
Pacyfik
Zimno

Mimo ze zbliżamy się do równika jest naprawdę chłodno, na dodatek cały dzień pada...

 


29 Września
Pacyfik
Latitude 38, EPIRB, 406LINK PLUS, SPOT GPS Messenger

Dziś przeczytałam od deski do deski, moim zdaniem, najlepsze czasopismo żeglarskie - Latitude 38. Miesięcznik jest bezpłatny dla czytelników, utrzymuje się z reklam. Platany jest tylko, jeżeli chciałoby się go zaprenumerować z dostawa do domu ($18 rocznie) Jest super, ponieważ Latitude to głownie interakcja z żeglarzami, pełen listów i opinii żeglarzy, na tematy nowości technicznych, czy ostatnich wydarzeń żeglarskich...etc

W przeciwieństwie do innych czasopism żeglarskich, gdzie redaktorzy edytują, obcinają, dodają, zmieniają... w Latitude każdy żeglarz ma możliwość opisania swojej historii, przygody etc, i ukaże się ona w stanie niezmienionym, ewentualnie z dopiskiem redaktora na końcu artykułu. Dzięki temu miesięcznik ten żyje, pełen historii zwykłych żeglarzy, żeglarzy podobnych do nas, żyjących na jachtach, czy tych niedzielnych, weekendowych, sezonowych...etc...

W Latitude przeczytałam bardzo ciekawa informacje o EPIRBie, otóż EPIRB może służyć również do wysyłania na email odbiorcy oraz stronę internetowa, pozycji i sms-ow, wcześniej przez nas zaprogramowanych, typu "wszystko ok" albo "honey, I love you" etc. Do wysyłania pozycji i tych wiadomości służy przycisk tzw. "self test" w naszym EPIRB'ie. ACR, producent EPIRB'ow, udostępnił service, PLUS406 LINK, który kosztuje $60.00 rocznie, i który pozwala właścicielom wszystkich EPIRB'ow,(nie tylko tych produkowanych przez ARC), na korzystanie z niego. Sama usługa nie jest droga, i zasięg EPIRBa to cały świat, ale biorąc pod uwagę zużycie baterii podczas wysyłania sms-ow i jej koszt (około $300) to uważam ze dla żeglarzy przybrzeżnych lepszy jest system SPOT GPS Messenger. Najtańszy nadajnik kosztuje około $100, najdroższy około $1000. Cena zależy od bajerów wbudowanych w unit, ten najtańszy pozwala wysłać pozycje na 5 email- adresów i na stronę internetową, oraz wysłać wcześniej zaprogramowane sms-y, w tych droższych jest wbudowana klawiatura, więc można kreować dowolne sms-y, są wodoodporne, odporne na wysoka i niska temperaturę... etc. Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie www.findmespot.com

W Latitude38 przeczytałam także, iż, mimo że firma SPOT GPS twierdzi ze "pokrywa wirtualnie" cały świat jest to nieprawda. I opisano historie samotnego żeglarza, płynącego z Mexico do Nuku Hiva, kiedy to nagle wiadomości przestały od niego przychodzić a rodzina i znajomi zaalarmowali Coast Guard, "virtually the entire world" nie znaczy, że pokrywa tysiące mil otwartego oceanu, w przeciwieństwie do EPIRB-a.

Nasi znajomi z s/v Attila; Węgier - Adrian i Francuzka - Annick, używają właśnie SPOT GPS w swoim aktualnie odbywającym się rejsie na Antarktydę. Ciekawa jestem jak to będzie działać w ich przypadku... Nie mamy możliwości obserwowania ich pozycji, ale dla zainteresowanych podaje link:

http://share.findmespot.com/shared/faces/viewspots.jsp?glId=0mMpCSOn0FWfEv3xv6NP05VhkA1YNgg7M

Uważam jednak, że najpraktyczniejsze jest SSB radio w połączeniu z pactorem, serwis ten kosztuje rocznie $250, mamy codzienna prognozę pogody, pocztę i wysyłamy nasza pozycje na stronę, to bezpłatny serwis pod adresem: http://www.pangolin.co.nz Ten serwis, przekazuje nasza pozycje na ta stronę: http://www.sailwx.info/shiptrack/ (możną nas znaleźć wpisując nasz call sign: wde7072)

Każda elektronika wcześniej czy później zawodzi, tak jak nasze SSB radio, czy plan B, Iridium, może w następnym rejsie będzie jeszcze plan C, SPOT GPS?:-) albo 406Link PLUS?:-)

W każdym razie piszemy relacje, i zapisujemy codzienna pozycje, może stanie się cud:-)

 

 


28 Września
Pacyfik
Galapagos, zwroty i sny

Zrobiliśmy zwrot i płynęliśmy w stronę Galapagos, później wiatr się zmienił, znowu zwrot i oddalamy się od Galapagos, na silniku płynąc pod wiatr i prąd nie ma sensu. Nie wiadomo wiec czy uda nam się tam dobić... Dzisiaj śnił mi się Mirek, zmarły brat Tomka, siadał w salonie na kanapie i mówił, „po co płyniecie na ten Horn, dajcie sobie spokój, czy nie za mało macie sygnałów ze nie powinniście". Kiedy otwierałam oczy, Mirka juz nie było, zasypiałam i sen znów się powtarzał. Opowiedziałam Tomkowi o moim śnie, ale powiedział, że to była tylko podświadoma projekcja moich lęków i obaw...

 


27 Września
Pacyfik

mahi-mahi, dorado, koryfena

Płyniemy w głębokim przechyle pod dość silny przeciwny wiatr, Tomek pozamykał dziś zawory denne na prawej burcie, ponieważ woda całkowicie wypełniła umywalkę w łazience i zlewozmywak w kuchni i co jakiś czas, kiedy jakaś większa fala "podcinała" Lukę, woda wylewała się na podłogę... Dzisiaj złapała się duża ryba, mahi-mahi, czyli dorado, albo po polsku koryfena:-) (zainstalowałam właśnie atlas ryb na moim laptopie, i ostatnio to moja ulubiona zabawka) Tomek rybę, jak zwykle wyczyścił i usmażył, ja przygotowałam ulubiony sos kapitana... Wiatr się nie zmienia, i zamiast zbliżać, oddalamy się od Galapagos.

 


27 Września
Pacyfik

Plan Cabo de Hornos

To nasze drugie podejście do przylądka Horn, w zeszłym roku w okolicy wyspy Wielkanocnej w śrubę wkręciła się gruba jak przedramię lina i wibracje rozklekotały łożysko podtrzymujące wał napędowy. Postanowiliśmy wtedy wrócić do Panamy, naprawić się, i przez kanał płynąć na Kubę. Podczas postoju w Panamie, któregoś wieczoru zaczęłam opowiadać Tomkowi świeżo przeczytaną książkę Moniki Witkowskiej pt. "Kurs na Horn"... i tak zapadła decyzja. Na Kubę popłyniemy jednak przez Horn. Wiec płyniemy... Plan był Panama-Ushuaia, bez przystanków. Jednak juz na początku musieliśmy dobić do Kostaryki i się naprawić, straciliśmy sterowanie. No i teraz radio SSB i telefon satelitarny... Tomek chciał dobić dopiero na Wyspie Wielkanocnej, ściągnąć tam prognozę pogody z Internetu i płynąć dalej. Ja myślę, że powinniśmy dobić do Galapagos, nasi najbliżsi i znajomi mogą się trochę martwić, jeśli nagle kontakt z nami urwie się na miesiąc - dwa... Poza tym, na naprawę SSB na Galapagos nie będzie czasu, ale powinniśmy zadzwonić do firmy Iridium i wyjaśnić sprawę naszego połączenia, z jakiegoś powodu telefon nie może zrealizować połączenia, wyświetlając wiadomość TRY LATER -"spróbuj później”, Jeśli wiatry pozwolą (choć narazie się na to nie zanosi) dobijemy do Galapagos...

 


26 Września
Pacyfik

SSB - nadal PROBLEM

Radio nie działa - definitywnie. Tomek rozłożył je dzisiaj na części, i okazało się ze spalił się wentylator, radio się przegrzało i chyba cos w nim przepaliło trochę... Dziwne to, bo radio ma trzy wewnętrzne bezpieczniki, które nie są przepalone, ale przy każdej próbie podłączenia prądu przepala bezpiecznik zewnętrzny, zainstalowany na kablu zasilającym radio... Włączyłam wobec tego nasz plan "B", telefon satelitarny, ale i ten odmówił posłuszeństwa, zupełnie nie ma chęci połączyć się z satelitą. Czyli zostaliśmy bez kontaktu ze światem, pozbawieni prognoz pogody i płyniemy na Horn... Radar tez postanowił działać tylko, kiedy mu się zachce... a ostatnio chyba coraz mniej mu się chce... Jeszcze jakiś czas temu zmuszałam go do pracy, poruszając stykami z tylu, tym razem wyszysciłam wszystkie alkoholem... ale i to nie pomogło...

 


23 Września
Pacyfik
SSB PROBLEM

Wczoraj na nocnej wachcie, w trakcie wysyłania i odbierania poczty nasze SSB radio nagle... wyłączyło się. Dotknęłam go, było bardzo nagrzane... Tomek spał, nie chciałam go budzić, wyłączyłam wiec komputer i pactor modem i darowałam sobie pocztę. Mam nadzieje ze to nic poważnego, może po prostu jakiś bezpiecznik.

 


21 Września
Pacyfik
Pierwsze ryby w tym rejsie

Pierwsze ryby w tym rejsie, złapały się równocześnie na obie wędki, 2 tuńczyki:-) Tomek odwalił cala robotę, wyczyścił, wyfiletował, i usmażył. Kochany ten mój kapitan:-)

Wydaje się ze choroba morska powoli zwalnia mnie ze swojego uścisku, choć nadal pobolewa mnie głowa i drażnią zapachy, podobne przewlekle objawy miałam w 2008 roku, gdy płynęliśmy z Ensenady do Cabo San Lucas (Mexyk) trwały około 2 tygodni. Okropne jest to choróbsko, kiedy trwa... ale później, z perspektywy czasu... myślę że to niezła dieta odchudzająca - 2 tygodnie głodówki:-)

Tym razem rzuciłam też palenie, zapach dymu z papierosów przyprawia mnie o mdłości... ten efekt mógłby już zostać na stałe:-) Tomek też rzucił palenie, jemu pewnie poszło gorzej, bo nie ma choroby morskiej:-) Snuje się teraz i sprawdza plecaki i kieszenie spodni, w nadziei ze znajdzie jeszcze jakieś papierosy. Ale ma swoja tabakę o miętowym zapachu, która co jakiś czas wkłada pod dolna wargę (jak cowboy z Arizony...)

Ja ze swojej strony tez próbuje mu pomoc:-) Tomek jest nerwowy, kiedy rzuca palenie (juz to przechodziliśmy), przed wypłynięciem kupiłam wiec ziołową herbatę uspokajającą i teraz raz dziennie mu ją serwuje, oczywiście Tomek nie wie ze to herbata uspokajająca. Ale myślę, że działa, bo jak na odwyk jest zupełnie spokojny:)

 


21 Września
Pacyfik
Pod wiatr

Od kilku dni idziemy pod wiatr i nasz autopilot odpoczywa, Luka steruje się sama. Ożaglowanie “kech” poza jedyna wada, która jest nieco mniejsza sprawność, ma same zalety. Z racji tego, że jacht posiada drugi maszt, żagle podzielone są na mniejsze powierzchnie, a w związku z tym łatwiej je obsługiwać, zwłaszcza, gdy Mama Ocean sinieje wku...ona i wiatr wyje... Dodatkowy żagiel daje większą możliwość zbalansowania jachtu i często nie ma konieczności refowania, które tak czy owak zawsze niszczy żagle. Zamiast - jakby się to działo w przypadku ożaglowania “slup”, gdy jachtem zaczyna “wozić” i autopilot lub sternik zaczyna ukręcać kolo sterowe – refować grota, można zwolnic go ze służby i zwinąć. Pod bezanem i przednim żaglem (żaglami), łajba szczęśliwie pożegluje bez dotykania steru (wyłączając kursy z wiatrem), i na ogół bez utraty szybkości.

Wiec płyniemy sobie niezbyt szybko, ale w doskonałym balansie, w stronę Galapagos. Beata odsypia całonocną wachtę, dzięki czemu ja dziś czuję się wypoczęty, i myślę o małych naprawach. W którymś momencie będę musiał zastąpić sztaksla genua, i trochę go wzmocnić, a ponieważ sztaksel nie był skrojony na Lukę, nie jestem w stanie naciągnąć liku dolnego i ten szkaradnie łopocze. Wstawię w lik dolny linkę trymującą, i w ten sposób zwiążę “skrzydełka motylowi”. W nocy miniemy lewa burta Wyspę Kokosową, to najpiękniesza wyspa, jaka widziałem. Wyspa jest pochodzenia wulkanicznego, wystaje z wody stroma ściana dżungli, pocięta cienkimi, srebrzystymi wstążkami wodospadów. Pachnie korzennie i tajemniczo, tak powinna wyglądać wyspa Robinsona Crusoe.


20 Września
Pacyfik
W końcu weszliśmy w zakręcony ogon północnego pasatu, na szlak do Przylądka Horn...

Trudno było o tej porze roku wyjść ze strefy zatoki Panamskiej i jej zmiennych i słabych wiatrów, które co jakiś czas rzucały w nas złośliwymi, porywistymi szkwałami. Niebo było nieustannie zachmurzone i zlewało nas deszczem. Pierwszego dnia po wyjściu z Panamy zjechał na dół fał bezana, razem z blokiem i odkręconą szeklą (chinka). Wobec tego obiecałem sobie wejść na maszt przy pierwszej flaucie, i podniosłem bezana na topenancie. Po kilku dniach hydrauliczny siłownik steru wypluł płyn, mimo ze wymieniłem w nim uszczelki tuż przed rejsem. Wyglądało na to, że trzon siłownika w jakiś sposób stracił gładź, i niszczy uszczelki. Ponieważ jacht ma sterowanie hydrauliczne, w tym momencie zostaliśmy z martwo obracającym się kołem sterowym i bez głównego autopilota. Kiedyś wyobraziłem sobie podobna sytuację, gdy to z jakiegoś powodu, a może być ich wiele, gubimy płyn hydrauliczny z układu sterowania, i zainstalowałem plan “B”. Nazywa się Kazik i jest naszym zapasowym sternikiem, niezależnym od hydrolu siłownikiem autopilota, napędzanym elektrycznie. Zaprzągłem Kazika do trzonu steru i pożeglowaliśmy z wiatrem w stronę Kostaryki... Po dwóch dniach rzuciliśmy kotwicę w Golfito. Po tygodniu odpraw i napraw ruszyliśmy dalej. Mimo ze minęliśmy już pewnie ten chimeryczny obszar przeciwnych wiatrów, nie odważyłem się dotąd rozwinąć genuy, która na Luce jest olbrzymia. Z jednej strony ruszylibyśmy szybciej do przodu, z drugiej jednak, Luka odpadłaby od wiatru, do tego ten “spadochron”, choć uszyty z ciężkiego dakronu, mógłby nie przetrwać kolejnego szkwału, których siła dochodzi tu czasem do 40 węzłów, a niezwinięte na czas genuy połamały w tych okolicach niejeden maszt... Żeglujemy, więc na sztakslu, foku marszowym, grocie z jednym refem, i bezanie. Wygląda na to ze wiatr wreszcie ustabilizował się na południowo zachodni, i w miarę naszego przesuwania na zachód, zacznie zmieniać kierunek na południowy, pozwoli nam okrążyć Galapagos od strony północnej (w okolicy Galapagos wiatr pewnie zdechnie). Przed równikiem powinno powiać ze wschodu, i jednym długim halsem dolecimy do Wyspy Wielkanocnej, miniemy ja od strony wschodniej, a potem jeszcze kawałek ostrego żeglowania i rzucimy kotwice w Ushuaia, gdzie będzie juz czekał na nas Kuba, z dużym kawałem świeżego miecha i butelka lokalnej “whisky”:-)

 


 

18 Września
Pacyfik
Nocna Wachta

Wygląda, ze weszliśmy w końcu na szlak i pchamy się pod wiatr:) Tomek pierwsza noc odkąd wypłynęliśmy prześpi normalnie. Dotąd moja choroba morska sprawiała ze spalam 20-22 godziny na dobę, i Tomek musiał objąć wszystkie wachty, spal wiec "snem przerywanym" w sterowce, co przy jego wzroście z pewnością wygodne nie było. Dzisiaj jednak wstałam, i poczułam się głodna, a głód to pierwsza oznaka ze choroba morska mija:-) I mogę zacząć uczestniczyć w życiu na Luce:-) Chyba najwyższy czas, bo wydaje mi się ze wyleżałam dołek w kanapie... Wstawałam na chwile, piłam herbatę, włączałam komputer, aby obejrzeć jakiś film - ale nigdy nie udało mi się do końca - zasypiałam. Dzisiaj pełnimy nocna wachtę z Wackiem, ale wydaje mi się, że Wacek trochę udaje... wychodzi na pokład, kiedy ja wychodzę i zaczyna szczekać. Myślę, że się obija, ale jak widzi ze ja sprawdzam horyzont, to on chce zrobić dobre wrażenie...

W odpowiedzi na komentarze. Dziękujemy bardzo za wasze komentarze, serwis Sailblog wysyła nam je automatycznie, wiec raz dziennie, kiedy sprawdzamy prognozę pogody i pocztę, otrzymujemy je hurtem, i... jest to bardzo sympatyczne. Fajnie ze strona się podoba, my nie wiemy jak ona wygląda, ale kiedy juz dopłyniemy na pewno na nią zajrzymy:-)) W najbliższym czasie Beata popracuje nad kompresja zdjęć. Choć pewnie nie będzie ich za wiele. Aniu, co do masażu - to najpierw musze nauczyć się od mistrza/ mistrzyni:-)) Poproszę o wskazówki. Czy te kamienie maja być gorące? I czy się nimi rzuca?:-) Grażyna- szkoda, że się mijamy w Panamie, ale pewnie jeszcze będzie okazja, kiedy juz kupicie łódkę:-) Patrycja - halsowanie się skończyło, widocznie Twoje życzenia pomogły... Dzięki:-)

 


 

18 Września
Pacyfik
Pod Wiatr

Płyniemy pod dość silny, przeciwny wiatr i przeciwny prąd, przez ostatnie dwie dobry zrobiliśmy 200 mil, ale w "dobra" stronę tylko 30. Ja jestem nadal chora a Tomek nadal je, co 2 godziny (roztyję się pewnie)

 


15 Września
Pacyfik
Zwroty

Przez ostatnie dni wiatr kręcił, Tomek robił zwroty kilka razy dziennie. Musimy minąć Galapagos od strony północnej, ale wygląda na to, że jeszcze trochę pohalsujemy.

Odpowiedz na komentarz Kuby na www.sailblogs.com/member/svluka/ Kuba, zdjęcia są na stronie w takiej rozdzielczości, w jakiej je wysyłamy, większe byłyby kosztem naszej prognozy pogody, albo poczty. Sailmail pozwala nam na łączność do 90 minut tygodniowo, a transfer jest różny, od 200 bajtów na minutę do 10 tys. bajtów na minutę, zawsze większy, gdy wysyłamy, niż przy odbiorze, w związku z tym większość tych 90 minut zabiera ściąganie prognoz pogody i odbiór poczty.

 


 

14 Września
Pacyfik
Ruszamy

Wcześniej rano zaczął się odpływ, a w tej zatoce szybkość prądu pływowego dochodzi do 3 węzłów. Tomek podniósł kotwice. Korzystając z tego ze jedziemy na silniku w osłoniętej zatoce i jeszcze nie buja, spłukałam wężem błoto, które wciągnęliśmy na pokład z łańcuchem kotwicznym, później resztę pokładu. Kiedy juz kończyłam, Tomek poprosił żebym lała wodę do kluzy łańcucha kotwicznego przez piec minut by wypłukać resztki mułu, który przedostał się do grodzi zderzeniowej, a która jest równocześnie komora łańcuchową. Chciałam wsunąć węża głębiej, włożyłam, więc dłoń w otwór... niechcący poruszyłam łańcuch, który zsunął się z zębatki, i... kotwica runęła w dół. W ostatniej chwili uciekłam z palcami... Patrzyłam na łańcuch, który spadał błyskawicznie za kotwicą, ale bałam się go złapać w dłonie... Zaczęłam się drzeć:“Tomek, Tomek”. Tomek zatrzymał silnik, przyleciał na dziob i wyciągnął kotwicę. Tłumaczył się, że miał zamiar zabezpieczyć łańcuch liną, ale nie pozwoliło mu na to nawigowanie w ciasnym wyjściu z zatoki. Obyło się strachem, ale łańcuch mógł połamać mi moje śliczne paluszki..


12 Września
Golfito

Sterowanie naprawione. Tomek dzisiaj przygotowuje Lukę do dalszej drogi. Jutro ruszamy. Dzisiaj zrobiłam jeszcze niewielkie zakupy, mamy na Luce żywność, trzeba było tylko wydać lokalne Colones, za które kupiłam trochę świeżych warzyw i mięsa. Z zakupów wracałam plażą, z której widać główna ulice miasta. Zbierałam płaskie półokrągłe kamienie, Tomek, kiedy zobaczył pół plecaka kamieni, popukał się w czoło... Widziałam takie kamienie poukładane na piecyku, na jachcie, który pływał w zimne rejony, ponoć kamienie dobrze akumulują ciepło, a potem powoli je oddają... Zrobiłam wiec tak samo na naszym piecyku, i juz sobie wyobrażam jak kiedyś, w okolicach Hornu, będę sobie mogła ogrzać dłonie takim cieplnym kamieniem..

 


11 Września
Golfito

Tomek ponownie spędził większość dnia w zakładzie naprawczym, ale mechanizm poruszający sterem jest teraz jak nowy, jutro go pewnie zamontuje. Wygląda, że pracownicy zakładu polubili Tomka, skasowali nas naprawde niedrogo i na pożegnanie podarowali Tomkowi prezent, zgrabnie wytoczony kieliszek i popielniczkę. Nie wiem jak nazywa się drzewo, z którego są wykonane, ma dość ładny, czerwony kolor, podobno bardzo twarde i robi się z niego łożyska do wałów napędowych wielkich statków. Drzewo to nie jest exportowane z Costa Rica, w trosce o lokalne lasy


10 Września
Golfito
Kapitan na maszcie

 

 


9 września

Tomek wszedł na maszt bezana, aby założyć nowy blok falowy, który pierwszego dnia po opuszczeniu Panamy spadł na pokład razem z fałem, i dotąd bezan podnoszony był topenanta. Resztę dnia spędził w warsztacie pilnując remontowania siłownika steru. Tomek ma ograniczone zaufanie do serwisów, i jeżeli nie jest w stanie naprawić czegoś sam, przynajmniej dopilnowuje, aby naprawa przebiegała tak jakby On sobie tego życzył...

( wcześniejsze relacje do 8 Września znajdują się na www.zeglarz.net )

Ja spędziłam dzien. w kafejce internetowej ustawiając naszą nową stronę, kiedy się dowiedzieliśmy ze Ryszard tymczasowo nie może jej prowadzić, znalazłam i opłaciłam na rok ( to było minimum) stronę z serwisem, który będzie to robił automatycznie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale gdy się nie ma tego, co się lubi.... Z jednej strony takie “gotowce” są bardzo proste, wymagają od użytkownika minimum znajomości w posługiwaniu się komputerem, wybierasz szablon, grafikę, czcionkę i gotowe, z drugiej strony serwis, który wybrałam ma wiele ograniczeń, najbardziej dotkliwym jest brak polskiej czcionki. Napisałam do developera z pytaniem czy będzie możliwe dodanie polskich znaków, czekam na odpowiedz.. Uważam ze najlepiej jest wykupić domenę, miejsce na serwerze ..”Wolność Tomku w swoim...” Serwis Sailblogs ma jednak główną zaletę, na której nam aktualnie zależało, współdziała z Sailmailem. Dodatkowy plus, automatycznie wysyła nam komentarze zostawione przez użytkowników na www.sailblogs.com/member/svluka/ Ma również opcje automatycznego dodawania relacji do naszego profilu na Facebook'u, z której skorzystaliśmy. Nie mamy jednak możliwości czytania i odpowiadania na komentarze tam zamieszczane.

Wieczorem pozostawiliśmy po sobie ślad na jednej ze ścian mariny..

 


 

8 września

 Tomek ubrał dziś najbardziej znoszone spodenki, ( rozdarte na pośladku:-) ) te, w których pracuje zwykle w maszynowni, po czym poprosił mnie żebym znalazła mu wśród brudnego prania, najbrudniejszą i najbardziej znoszoną koszulkę.
Odstroił się w te „łachy” i stwierdził że jedzie do miasta, zająć się sprawą naprawy naszej awarii.
Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
Kapitan wyjaśnił że powinien wyglądać jak ktoś bardzo biedny, inaczej lokalni jako turystę skasują go podwójnie lub potrójnie.
Wymontował hydrauliczny siłownik steru i pojechał szukać warsztatu by go naprawić.
Nie chodziło tylko o wymianę uszczelek, to mógłby zrobić podczas żeglugi. Tym razem trzeba było wymienić cały trzon.
Tomek nie lubi chodzić, stwierdził że wczoraj wystarczająco się wyspacerował i dziś będzie jeździł wszędzie taksówkami, taksówka w mieście kosztuje $1.25, ja wolę chodzić, dlatego wybrałam się sama na przechadzkę po mieście.
Poza tym włącza mi się automatyczny przelicznik (taksówka = jedno zimne piwo).
Zaczęłam od długiego prysznica w marinie, gdzie przy okazji zrobiłam małe ręczne pranie.
Co prawda w marinie można oddać rzeczy do prania, kg prania kosztuje $2.50, ale znowu włącza mi się kalkulator, kg prania = dwa zimne piwaJ
Później namierzyłam bank – potrzebowałam kasy:-) Lokalna waluta to Colones, $1 (amerykański) = ok. 500 Colones.
I tak np. kg kurczaka kosztuje tu 3.5 tys. Colones, kg pomidorów 3 tys Colones, kg karkówki 7.5 tys. Colones, piwo 650 Colones…
Do mariny wróciłam po południu, mój kapitan był już na jachcie, zawołałam go więc na kanale 16, i zapytałam co by powiedział jakbyśmy zrobili sobie małą przekąskę z drinkiem w kafejce internetowej… i przy okazji sprawdzili naszą skrzynkę mailową...
Przypłynął.
Po chwili dołączył do nas Tim, więc na e-maile nie odpisaliśmy, gadaliśmy długo przy piwie...
Zapytałam Tima o przeciętne zarobki w Costa Rica, zastanawiało mnie to, gdyż wszystko jest tu dużo droższe niż w USA, a w locjach znalazłam info że przeciętny zarobek to 2 tys. $
Tim powiedział że swojemu pracownikowi w biurze w marinie, płaci $300 miesięcznie, pracownik w sumie kosztuje go $450 (ubezpieczenia, podatki), i że to jest niezły zarobek.
Uważam że przy tych wysokich cenach i niskich zarobkach, mimo że Costa Rica uważana jest za jeden z najlepiej rozwijających się krajów w Ameryce Południowej, stopa życiowa tu jest niska…

 


7 września

Tomek wrócił na jacht dopiero około 16, od 10 rano załatwiał sprawy w kapitanacie i urzędzie celnym. Z jakiegoś powodu urzędnicy postanowili skopiować każdą stronę paszportu Tomka… mój potraktowano standardowo, może dlatego że amerykański...

Sprawa naprawy steru zostaje więc znowu przełożona na jutro, dziś już za późno żeby cokolwiek zaczynać. Ponadto Tomek zmęczony chodzeniem zdecydował że już nigdzie nie wychodzi, ja siedziałam cały dzień na jachcie, postanowiłam przejść się po mieście i porobić trochę zdjęć.

Golfito to maleńkie, ciche miasto z jedną główną ulicą, jednym kościołem, zakładem pogrzebowym, cmentarzem, bankiem i dwoma szkołami, mieszka tu ok. 3 tys ludności. Miasto zostało założone w 1920 roku poprzez United Fruit Company, głownie dlatego że w okolicach znajdują się ogromne plantacje bananów. W 1990 roku w Golfito została otwarta strefa wolnocłowa, co podobno przyczyniło się do rozwoju turystyki.

Lokalna legenda mówi że jeżeli turysta zje tu banana… to już pozostanie w Golfito. Na razie więc nie kupujemy i nie jemy bananów. Nie zamierzamy tu zostawać.

Niewielka Zatoka Gulfito znajduje się wewnątrz większej zatoki – Dulce Bay (Słodka Zatoka) dlatego jest idealnie osłonięta i bardzo spokojna. Jak twierdzi Tim – właściciel mariny, dlatego właśnie miejsce to tak go zauroczyło, i po roku żeglugi, kiedy fundusze mu się skończyły, miał 2 opcje: wracać do Kalifornii do pracy, albo osiedlić się tutaj.

Wybrał drugą opcje, sprzedał jacht i kupił małą marine, prowadzi ją wraz z żoną, Katie.

 

 


 

6 września

Wczoraj po południu zakotwiczyliśmy w Golfito. Mała zatoka jest doskonale osłonięta, w związku z tym absolutnie nie buja, ostatni raz było tak… kiedy wyjęliśmy Luke z wody.

Czujemy się więc jakby Luka stała na „suchym”.

Tomek pojechał do Kapitanatu Portu, zameldować nas.

Kiedy wrócił z Kapitanatu było już późne popołudnie, zostało jeszcze biuro celne, i kwarantanna, którą pewnie zignorujemy, jeśli się uda... Do Kapitanatu Tomek musi wrócić jeszcze dzisiaj i dopełnić formalności. Dostaliśmy również bilety wstępu do sklepu wolnocłowego, których nie wykorzystamy, ponieważ Luka wypełniona jest wszystkim, czego nam potrzeba, odsprzedamy je więc lokalnym $25 za sztukę.

Było już za późno żeby zaczynać naprawę naszej awarii, zabraliśmy więc Wacka i wyruszyliśmy rozejrzeć się po okolicy, zdecydowaliśmy że sprawami naprawy Luki zajmiemy się następnego dnia.

Miła odmiana po molochu Panamie, Golfito to małe miasteczko, sympatyczni ludzie witali nas po drodze, uśmiechami, skinieniami głowy, albo zwyczajnym „hola”.

Kiedy wróciliśmy ze spaceru okazało się że w marinie jest podlock dla żeglarzy, na który też zostaliśmy zaproszeni.

Podlack żeglarski polega na tym że każdy przynosi jakąś potrawę, stawia na wspólnym stole, do podziału.

Tutaj każdy przyniósł mięso na grilla, i sałatę albo pieczywo. Nie byliśmy na taką imprezę przygotowani, skoczyłam więc do pobliskiego super marketu i kupiłam 2 kg karkówki, trochę warzyw na sałatę, dwa piwa, 250g soli i zapłaciłam za te drobne zakupy $40, Costa Rica do tanich miejsc nie należy.

Lokalna, niewielka marina prowadzona jest przez amerykańskie małżeństwo, ex-żeglarzy. Panuje w niej domowa, przyjazna atmosfera, wystrój wnętrza jest również uroczy.

Jest to częściowo zabudowany, dwupiętrowy, wąski budyneczek na palach, z pełnym widokiem na zatokę. Parter, jak dowiedziałam się od właścicielki, jest miejscem socjalnym, na piętrze jest natomiast kafejka internetowa – dzień/doba internetu kosztuje $1. Na parterze znajduje się też dosyć obszerne „stanowisko” wymiany książek.

Przyjemne jest, że właściciele mają zaufanie do żeglarzy, na piętrze, w kafejce internetowej stoi lodówka wypełniona napojami i piwem, przy lodówce – tablica, biorąc piwo każdy zapisuje na tablicy nazwę jachtu i ilość piw, płaci się przed wypłynięciem.

Podobnie jest z internetem, pytałam jak płacimy za internet, czy logujemy się na jakąś stronę, i płacimy kartą kredytową, czy płacimy za hasło, które codziennie się zmienia, albo dla każdego jest inne, okazało się że hasło jest stałe i płacimy przed wypłynięciem, mówiąc właścicielom ile dni korzystaliśmy z internetu.

Spędziliśmy przyjemny wieczór w towarzystwie żeglarzy z kotwicowiska i właścicieli mariny.

Dla Wacka wieczór był ekscytujący, gdyż gospodarze posiadają 8 psów i jednego kota, i cały ten zwierzyniec kręcił się zaciekawiony wokół naszego Wacusia. A Wacusiowi 1/3 ogona, którą posiada, merdała nieustannie, nastawiony przyjaźnie, chciał się bawić ze wszystkimi psami, jednak buldog Rally postanowił pokazać naszemu Wacusiowi kto w marinie rządzi, Tomek przytomnie, w ostatniej chwili złapał Wacka na ręce, i resztę wieczoru Wacek przesiedział przy nas na ławce, nie był zadowolony z tego faktu, ale co jakiś czas jakiś mniejszy piesek wskakiwał na ławkę dotrzymać mu towarzystwa, poza tym resztki z grilla wynagrodziły Wacusiowi ten areszt…

      

           kafejka internetowa- lodówka z piwem i tablicą                                        kuchnia w marinie

     

                         marina - parter - miejsce socjalne                                            punkt wymiany książek

 

 


 

4 września

Awaria. Straciliœmy sterowanie. Tomkowi udało się naprawić tymczasowo, musimy jednak dobić do najbliższego większego portu i się naprawić.


3 września  - 06°55.59'N 083°07.39'W

Płyniemy, tylko nie w tę stronę,  halsujemy pod słaby, południowy wiatr, niedługo jednak powinniśmy wejść na szlak i wtedy zacznie się prawdziwe żeglowanie. Upiekłam dzisiaj dwa chleby, jeden biały, drugi mieszany, z mąki żytniej i pszennej.
Bardzo lubię jeść taki jeszcze ciepły chleb, Wacek siadł obok mnie i także się nim zajadał.

A w ogóle Wacek to mały złodziej, ostatnio zaczął podkradać jedzenie ze stołu, kiedy tylko Tomek  odwróci się na chwilę, albo wychodzi coś sprawdzić, Wacek podkrada mu z talerza, a to skrzydełko kurczaka, a to kawałek smażonego banana...
Nie zjada wszystkiego, kradnie sobie po kawałeczku...
No chyba że w nocy zostawimy coś na stole  wtedy mały złodziej pożera wszystko:-) Kiedyś zostawiliśmy na stole całą miskę smażonej wątróbki  była jeszcze gorąca, więc pomyślałam że jak ostygnie, wstawię ją do lodówki, ale zasnęliśmy oglądając film, i... rano miska była pusta. Pomyślałam sobie: Tomek zjadł całą taką michę, i nie zostawił mi ani kawałka?
Ale przemilczałam sprawę.
Okazało się że Tomek myślał to samo o mnie, nic nie mówił, jednak koło południa już nie wytrzymał (pora lunchu, pewnie miał ochotę na tę wątróbkę i mówi „zjadła w nocy sama całą taką wielką miskę wątróbki?”

Gdzie takiemu małemu pieskowi zmieściło się tyle żarcia?

Ostatnio Wacek zaczął też wypijać coca-colę i herbatę z naszych kubków, ale pod warunkiem że herbata jest bez cytryny, z cytryną chyba nie lubi....

 


2 września

Dziś mniej buja i ja też czuje się lepiej, zażyczyłam sobie... placki ziemniaczane.
Niestety Tomek zgodził się tylko (albo aż) zetrzeć ziemniaki, usmażyć musiałam sama.
Były pyszne, z podsmażoną cebulką w środku, i w końcu jakaś odmiana od krakersów.
Ale kapitan od razu podłapał temat, i stwierdził, że skoro jestem głodna, tzn. że jestem już zdrowa, a skoro jestem zdrowa, to przejmuje nocną wachtę...

Cóż, przejęłam... do 7 rano.
A kapitanowi tak się spodobało normalne spanie, że nawet o 7 rano nie chciał wstać...

 


1 września
05°54.82'N 082°16.09'W

Brutalne żeglowanie pod wiatr.

Wieczorem zerwał się sztorm, obudziły mnie książki, które wypadając z niedomkniętej szafki, spadły mi na głowę.
Przez całą dobę rzucało Luką na wszystkie strony...

I jak w takich warunkach pozbyć się choroby morskiej?
Chociaż Tomek twierdzi że mój organizm cudownie chroni mnie snem przed jej objawami, i że nie zdaje sobie sprawy jak dramatycznie czasem ludzie przechodzą chorobę morską.

Śpię 22 godz. na dobę, budzę się, zjadam krakersy, popijam herbatą, i... śpię dalej.
(tak że z moich relacji nie bardzo można dowiedzieć się co się dzieje na Luce) Wacek nie choruje, ale zatracił zainteresowanie obszczekiwaniem horyzontu i śpi obok mnie, a Tomek póki co mieszka w sterówce, wciąż mijają nas statki.
Prosiłam Tomka żeby napisał jakieś relacje, ale mówi że gdy jest najedzony, to mu się pisać nie chce, a dopóki jest mięso w lodówce, to jest najedzony już od 6 rano...
Czyli relacje Tomka zaczną się kiedy na Luce skończy się świeże mięso:-)



 

Październik 2010 r.