Panama - Ushuaia
 

 


  Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


 


29 pażdziernika 

Isla de Pascua - Hanga Roa

100 metrów łańcucha i 50 kg kotwicy

Zawołano nas na kanale 16 i poroszono abyśmy przestawili Lukę, ponieważ stoimy w miejscu gdzie odbywają się nurkowania, a poza tym naszą kotwicą niszczymy rafę... To nasunęło myśl ze może naszą windę kotwiczną spalił nie złodziej... Tylko nurkowie, którzy próbowali sami nas przestawić? No i... ja siadłam za sterem, a Tomek zaparł się nogami o kosz dziobowy i klnąc pod nosem zaczął wyciągać rzecznie 100 metrów łańcucha i 50 kg kotwicy, co chwile drąc się na mnie "mała do przodu", "stop, no k..wa stop"...

Dzisiaj wiatr zmienia się na północno zachodni i trzeba uciekać z tej zatoczki i schować się po drugiej stronie wyspy, jeśli dziś nie naprawią silnika windy kotwicznej, Tomka znowu czeka ciągnięcie... i znowu posypia się k..wy kotwiczne...
ps. odezwiemy się znowu, kiedy pogoda się zmieni i wrócimy na ta stronę wyspy, za 2-3 dni

 


28 października 

Isla de Pascua - Hanga Roa

ICOM M710, Iridium i winda kotwiczna

Wczoraj Tomek wymontował silnik windy kotwicznej i pojechał z nim do jednostki chilijskiej Navy, odnalazł oficera, którego poznaliśmy podczas zeszłorocznej wizyty, i zapytał go o pomoc w naprawie, a właściwie w wymianie całych wnętrzności silnika. Eduardo Gonzalez zadzwonił po nadwornego elektryka, który obiecał zająć się sprawa. Istnieje mała szansa ze elektryk chilijskiej Navy coś wyczaruje, Tomek nie wierzy, że na wyspie jest warsztat, który mógłby przewinąć uzwojenia silnika... ale z drugiej strony, spalony silnik to nic innego jak rozrusznik na 24v od ciężarówki, wiec może cos podmienia...

Wyspa Wielkanocna do miejsc tanich nie należy.
I tak np. kg kurczaka - $ 9.50 masło ( 250 g ) - $ 4.00
kg nadgnitych gruszek z przeceny $ 2.00 - kg
jedno jabłko -$ 1.00
Kiedy kupujemy wędlinę do kanapek, to nie pytają ile dkg czy kg, tylko ile plasterków, za to pieczywo kupuje się na wagę, nie na sztuki... Kupiliśmy masło, 15 plasterków szynki i pół kg bułek na kolacje:-)

Później ja zostałam na internecie, załatwiać nasze sprawy, a Tomek wrócił na jacht, zmontował kompresor i dal nura czyścić dno, to ostatnia szansa w relatywnie cieplej wodzie, choć tak naprawdę wcale ciepłą nie jest. Prawa strona Luki aż 10 cm powyżej linii wodnej zarośnięta była chaszczami kaczeńców. Nic dziwnego, to był długiiiii hals, płynęliśmy 6 tygodni nieustannie przechyleni na prawa burtę, 3000 mil z okładem.

Wieczorem Tomek dołączył do mnie w kafejce internetowej. Internet tez nie jest tani, godzina kosztuje $2.00 , a jeżeli podłączam laptopa do ich gniazdka, to $4.00. Wiec takie parę godzin na necie x $4.00... trochę kosztuje...

Dzwoniłam do biura obsługi klienta Iridium i Satcom Global, z biura w Stanach odesłano mnie do biura w Anglii (ech, ten ich okropny brytyjski akcent), w końcu pod czwartym numerem telefonu, bardzo sympatyczny gość od razu wiedział gdzie problem... Poinformował mnie ze mnóstwo ludzi ma taki problem z Iridium, po prostu z czasem, po paru latach używania software się"zużywa"... Hmmm... I jedyna opcja to wysłać telefon do USA, zapłacić $600 za naprawę i za 6-8 tygodni odeślą nam go z powrotem... plus czas trwania wysyłki...(?) Myślę ze przy takim koszcie naprawy lepiej będzie pomyśleć o nowym IRIDIUM w przyszłości... Tomek zadzwonił do Roberta Krasowskiego,"anioła" od pogody, który od lat wspiera wszystkie polskie wyprawy żeglarskie. Robert szuka możliwości i weryfikuje cenę przesyłki swojego telefonu satelitarnego na Wysp Wielkanocną, oby się udało... Minut mamy dużo, ostatnio mięliśmy ok 450, teraz mamy pewnie ponad 600, moja córka martwiła się o brak kontaktu z nami, i pomyślała ze może nie mamy minut na Iridium i dlatego nie piszemy... wiec nam dokupiła:-) Wiec po prostu do telefonu Roberta, włożylibyśmy naszą kartę.

Kilka godzin szukałam na necie diagramu do naszego radia ICOM M710, ale bezskutecznie. Wiec dziś Tomek je rozebrał i zrobiliśmy zdjęcie, a to w tym celu, aby znaleźć symbol płytki, która się spaliła (B4250D). Może nasz przyjaciel, Matt z San Diego, pomoże nam w jej znalezieniu, no a później sprawa wysyłki na Wyspę Wielkanocną, czy może juz do Ushuaia...


27 października  

Easter Island

ZLODZIEJ NA WYSPIE WIELKANOCNEJ???

Dobiliśmy, rzuciliśmy kotwice i zameldowaliśmy się na kanale 16, 2 godziny później, kiedy Tomek zrzucał ponton, (z pokładu na wodę), a ja "ogarniałam" Lukę wewnątrz, przypłynęła 6 - osobowa ekipa: lekarz, celnik, przedstawiciel kapitanatu portu, przedstawiciel policji, jakiś członek parku narodowego... i jakiś jeszcze członek, nie pamiętam od czego... Bardzo sympatyczna ekipa, kawy ani herbaty nie chcieli, za to cykali nam fotki nieustannie, ośmieliło mnie to... i tez cyknęłam parę:-) Po tej wizycie zdecydowaliśmy płynąć na brzeg, ubraliśmy wiec klapki i spodnie, jak cywilizowani ludzie, i popłynęliśmy... Głównie wymienić kasę, zapłacić $30 w kapitanacie za wejście do pierwszego portu w Chile, no i zjeść coś świeżego - nie z puszki. Pamiętając poprzednia wizytę na wyspie - w knajpach jedzenie jest drogie i beznadziejne - postanowiliśmy zrobić zakupy... i zrobić sobie knajpę na Luce... Tomek - kucharz, ja - kelnerka i zmywak:-) Oba banki na wyspie były już szczelnie zamknięte, zamykają je tu o 13.00, nasze karty bankowe nie chciały tu zadziałać, wiec zostaliśmy z 20.000 pesos, równowartość ok $ 10 US, które zostały nam z wizyty rok temu, a to starczyło na 2 kanapki ( chleb, plaster szynki i plaster sera), 1.5 litra coca-coli i 2 godziny Internetu ( $2.00 -godzina), Kiedy po 4 godzinach wróciliśmy na Lukę, postanowiliśmy przestawić się w inne miejsce, ponieważ Luka pociągnęła trochę kotwicę. Tomek ruszył do windy kotwicznej, ja za ster... i... niespodzianka.

Obie liny zabezpieczające łańcuch kotwiczny były odwiązane (???) a winda śmierdziała na dziesięć metrów spalonym silnikiem...

Ktoś wlazł na jacht, odwiązał liny zabezpieczające i próbował wyjąc kotwicę, a ponieważ wiało ze 20 węzłów w nos, bez pomocy diesla elektryczny silnik windy spalił się jak pieczony kartofel, no i zostaliśmy bez windy na wyspie Wielkanocnej, gdzie kotwica ledwo trzyma się dna, wiatr nieustannie się zmienia, i jacht trzeba przestawiać co 2-3 dni... Zrobiłam kapitanowi drinka, cdn.


26 października  

RAPA NUI - EASTER ISLAND - WYSPA WIELKANOCNA

Jakieś 150 mil od wyspy Wielkanocnej wiatr zdechł zupełnie, i wlekliśmy się... głownie na silniku, pod dość silny prąd... ale w końcu dotarliśmy:-) Przed chwila rzuciliśmy kotwicę.

 


22 pazdziernika

219 miles - Easter Island :-)

219 mil do Wyspy Wielkanocnej. Raytech Raymarine - program nawigacyjny, pokazuje mi ze w/g trasy, którą "wyznaczyłam" i obecnej prędkości będziemy tam za 2 dni i 4 godziny, czyli mam nadzieje, ze w praktyce będzie to 3 dni, 4 - jeżeli do wyspy dopłyniemy po zmroku. Moj kapitan nie zbliża się do lądu i nie rzuca kotwicy po ciemku. Cieszę się, to już dokładnie 40 dni odkąd wypłynęliśmy z Golfito , Costarica. Chyba nie przepadam za takimi długimi przelotami... Chociaż teraz zrobiło się fajnie, płyniemy łagodnym półwiatrem... nie lubię tej brutalnej żeglugi pod wiatr, kiedy Luka idzie w głębokim przechyle i co rusz podskakuje gwałtownie na jakiejś fali, a woda zabryzguje pokład... Nie jestem aż takim wilkiem morskim:-) Podczas żeglugi pod wiatr najchętniej leżę na kanapie i czytam książki, po co mam się ruszać i wałczyć z grawitacja?:-) Nie wspominając juz o diecie w takim długim rejsie: mąka, ryż, zupy w proszku i konserwy... kiedy dobijemy do wyspy zamierzam jeść tylko warzywa, owoce i świeże mięso, żadnych produktów mącznych ani ryżowych... Ale Tomek obiecał mi, że po tym rejsie nie będziemy już planować sobie tak długich przelotów. Na Karaibach będziemy sobie pomalutku żeglować od wyspy do wyspy, będę się opalać na pokładzie a kapitan będzie mi serwował drinki z lodem, słomką i małą parasolką:-) Wcześniej jeszcze jednak będę musiała poczuć magię przylądka Horn...


21 pazdziernika

300 mil

300 mil do Wyspy Wielkanocnej.

 


20 pażdziernika

 Pacyfik

Znów nocne wachty...

Parodniowa przerwa w relacjach, ale nic ostatnio się nie wydarzyło, aż do dzisiaj... przecinamy szlak żeglugowy olbrzymów płynących z południa i dziś minął nas wielki kontenerowiec i to dość blisko. Wiec znów zaczęły się moje nocne wachty, okazało się, że jednak czasem cos tu pływa... Do Wyspy Wielkanocnej niecałe 400 mil.

 


15 Października
Pacyfik

Generatory wiatrowe i kino domowe (jachtowe?)

Nic ciekawego się nie dzieje, pustka dookoła, tylko ocean, my, i nasze małe kino. Wiatraki naszych dwóch generatorów kręcą się ostatnio non stop, prądu jest pod dostatkiem, więc całymi dniami oglądmy filmy na laptopie.

 


12 Października
Pacyfik
Wackowe kupy

Ostatnio usilnie tłumaczyłam Wackowi, że pokład to nie jest jego ogródek, i załatwiać się może tylko po prawej części rufy. Ciężko jednak było Wacusiowi zrozumieć, że nie lubię, gdy stawia swoje "klocki"gdzie popadnie... Nie wspominając już o kapitanie, który klął jak szewc, gdy w nocy, kiedy wychodził refować żagle, wpadał w Wacka miny... Wydaje się jednak, że w końcu Wacek zrozumiał, od 2 tygodni załatwia swoje potrzeby na rufie... W nagrodę kupię mu jakąś smaczną kość na Wyspie Wielkanocnej...


11 Października
Pacyfik
Dorado


Złapało się duże dorado. Przejadła nam się ryba, więc wysmażyłam filety i zamarynowałam je potem w occie.. Napełniłam nimi 2 duże słoje ( o pojemności prawie 4l. każdy) Teraz ryba może czekać aż będziemy mieć znów na nią ochotę.


9 Października
Pacyfik
Mały, ale zaje... smaczny tuńczyk


Nad ranem złapał się "czerwonomięsny" tuńczyk, Tomek wyfiletował rybę, następnie zapeklował filety w czosnku i soli, i przed smażeniem skropił trochę oliwą. Później usmażył filety w cieście z jajek w proszku, mąki i wody. Śniadanie było przepyszne. Nie przepadamy za "czerwonymi" tuńczykami, ich mięso jest raczej suche, ale dzięki temu, że Tomek przed smażeniem skropił filety oliwą, i tym razem smażył je dość krótko, ale na bardzo rozgrzanej patelni, ryba była superpyszna. Z głowy przyrządziliśmy zupę rybną dla kapitana... ( ja chyba nigdy się do niej nie przekonam...)

 


6 Października
Pacyfik
Faworki i... jeden materac mniej...


Po wczorajszym wietrzeniu i suszeniu materacy na pokładzie, mamy... jeden materac mniej. Zabrał go silny wiatr... Tomek był wściekły, ale jakoś to przeżył:-) Dzisiaj piekłam faworki, ciasta wyszło trochę za dużo, wiec piekłam je 2 godziny. Ponieważ przechył jest na prawą stronę, tzn. na ta, po której jest kuchnia a do lepienia faworków potrzebowałam obie ręce... cały ten czas dla utrzymania równowagi musiałam opierać się kolanami o szafki i teraz mam na nich czerwone odciski... ( na kolanach, nie na szafkach) Przez następne 2 dni zamierzam trzymać się z daleka od kuchni..

 


5 Października
Pacyfik
Słońce


Pierwszy cieplejszy dzień, pootwieraliśmy wszystko na oścież i wietrzymy Lukę wewnątrz. Tomek uszczelnił dziś właz w środkowej kabinie, który ciekł od jakiegoś czasu, później trzeba było materace z tej kabiny wyjąć na pokład i wysuszyć na słońcu. Ja tez wyszłam na pokład... Kiedy słońce zaszło, zrobiło się chłodno i trzeba było znów założyć swetry i skarpety, niezły ten równik... Wieczorem wiatr znów zdechł zupełnie

 


3 Października
Pacyfik
Minęliśmy Równik

Jest podejrzanie zimno... Najcieplej jest w sterówce i to, kiedy świeci słońce. Gdyby nie ten zimny wiatr, to na pokładzie też byłoby zupełnie przyjemnie, za to w salonie jest najchłodniej, ponieważ w tej części jachtu dno dotyka prawie podłogi, a zimny prąd Kalifornijski, który zakręca wzdłuż równika robi nam z salonu lodówkę. Jeszcze w Panamie kupiliśmy na tą okazję wykładzinę dywanową, teraz trzeba by ja tylko dociąć odpowiednio i rozłożyć... W miarę żeglowania na Północ w pewnym momencie w salonie zrobi się naprawdę zimno. Wieczorem wiatr zdechł zupełnie i całą noc bujaliśmy się na martwej fali..

 


3 Października
Pacyfik
Złodziej

Mimo ze zbliżamy się do równika, jest chłodno. Szczególnie w nocy, trzeba się ubierać. Sprawiają to dwa stałe zimne prądy: kalifornijski i peruwiański, w których zasięgu przebywamy. Wieczorem siedzieliśmy z sterówce, gadając o czymś, a Wacek po cichutku zamelinował się pod pokładem... Wydało mi się to podejrzane, zwykle Wacek jest tam gdzie my. Poszłam sprawdzić... Złodziej był cicho, bo ukradł ze stołu ćwiartkę świeżego chleba... Nie ruszył swojego jedzenia z miski... zachciało mu się chleba:-) Tomek powiedział ze idzie go ukarać za podkradanie jedzenia ze stołu, a kiedy spróbowałam go powstrzymać, powiedział: "ok to ty zrób." Dla pozorów, tak żeby Tomek słyszał nakrzyczałam na Wacka, ale zaraz pogłaskałam go, a niech sobie piesek dokończy ten chleb w spokoju, bez stresu... Rozśmieszył mnie widok Wacka zapychającego się suchym chlebem i zrobiłam mu zdjęcie..

 

 


2 Października
Pacyfik
Walka ze sprzętem

Z tym wiatrem prędzej dopłyniemy do Australii niż do Galapagos... Wciąż w głębokim przechyle na prawą burtę oddalamy się od archipelagu de Colon. Tomek znowu wałczył dziś z radiem SSB, rozebrał je i pół dnia przy nim majstrował, efekt jest taki ze radio się włączą... ale to wszystko. Ja próbuję wymusić połączenie telefonem satelitarnym. Kiedy wymieniłam stacjonarna antenę satelitarną na "malą" i wyszłam z telefonem na pokład, raz udało mi się złapać krótkie połączenie. Będę próbować, co jakiś czas, może w końcu uda się wysłać, chociaż wiadomość o naszych awariach, i powodu braku kontaktu z nami...

Kapitan zarósł jak prawdziwy wilk morski, poprosiłam go żeby się ogolił, ale mówi, że jak to zrobi to głowa mu zmarznie na Hornie...

 


Listopad 2010r.