Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty

 


30 listopada
Pacyfik
Mały prosiak

Rano złapał się tuńczyk wielkości małego prosiaka, chciałam zrobić mu zdjęcie z Wackiem, żeby było widać, jaki nasz Wacuś malutki przy tej rybie, Wacek jednak był bardzo "odważny"... i chował się cały czas za moimi plecami.
Tuńczyk o delikatnym białym mięsie został podzielony na części; do smażenia, do zasuszenia, do zamarynowania i na zupę.
Będziemy tą rybę jeść pewnie z tydzień, pod różnymi postaciami.
Narazie wędki zza burty zostały wyjęte... dopóki nie zjemy tego prosiaka.

 

 


 

29 listopada
„... musiałbym być nieodpowiedzialnym idiota..."
Pacyfik

Kiedy Tomek stwierdził "zawracamy i idziemy przez Panamę", pierwsze moje pytanie było:"a co z Kubą?"
Tomek skwitował "duży jest, przetrawi...", ale jeszcze tego samego wieczora napisał maila do Kuby.

Kubę poznaliśmy rok temu, jeszcze w Panamie, był to początek jego podroży po Ameryce Południowej, spędziliśmy razem kilka tygodni na Luce, dyskusje Kuby - inteligentnego i wrażliwego młodego człowieka z Tomkiem, także inteligentnym i wrażliwym, chociaż stwardniałym "solą" żeglarzem filozofem, trwały codziennie do późna w nocy, mimo przysłowiowej "różnicy pokoleń".
Umówiliśmy się, że spotkamy się w Ushuaia, Kuba jest juz blisko... my coraz dalej...
(Polecam link do bloga Kuby - My Grand Tour)

Po wymianie podwięzi wantowych, w które Tomek juz nie wierzy, i po zwrocie w stronę Panamy, zrobiłam kapitanowi drinka, sobie wlałam wina...
Chwila ciszy... i zaczęliśmy rozmawiać.
Tomek stwierdził:"...musiałbym być nieodpowiedzialnym idiotą żeby w obliczu takich awarii płynąć dalej na południe i narażać twoje i moje życie i nasz jacht..."

Widocznie tak miało być...
Tylko jak pomyślę o tych ponad 3, 5 tyś mil do Panamy, to... musze sobie zaraz wyobrazić jakieś ładne zajęcie, bo zwariuję:-) Kapitan obiecał, że to juz nasz ostatni tak długi przelot, ale jeśli nie doprowadzi Luki na Boże Narodzenie do Panamy to grozi mu bunt załogi, a na świątecznym stole puszka kanadyjskiej szynki i zasuszone, zapleśniale śliwki...

 


 

28 Listopada
Pacyfik
Do Panamy 3200 mil

Na razie jedziemy w stronę Japonii, musimy opłynąć obszar bezwietrza, który kilka dni temu, płynąc na południe, przechodziliśmy na silniku.
Pada i buja...
Do Panamy 3200 mil.

 


 

27 listopada

Pacyfik

Kierunek Panama

 

 

Szliśmy ostro do wiatru, krótko po napisaniu wczorajszej relacji usłyszeliśmy głośny trzask, wyskoczyłem na pokład i okazało się, że pękła kolejna podwieź wantowa... To już nie jest przypadkowy błąd materiału w jednej podwięzi, wszystkie, wymieniane trzy lata temu zamocowania want, zrobione są z felernego materiału. Wymieniliśmy kolejną podwięź, ale więcej zapasowych juz nie ma...Nie musiałem się długo zastanawiać, oznajmiłem Beacie ze w tym roku Horna nie zobaczy...Próba opłynięcia potencjalnie najbardziej burzliwych wód na świecie, z pękającym już w umiarkowanych wiatrach owantowaniu byłaby głupawa...

Po zamocowaniu kolejnej wanty zrobiliśmy zgrabny zwrocik i obróciliśmy dziob w stronę Panamy, na Karaiby dostaniemy się jak większość normalnych ludzi, przez kanał.

 


 

25 listopada

Pacyfik

Znowu pod żaglami z słodką wodą 

Po 30 godzinach na silniku dziś znowu pod żaglami, zrobiło się przyjemnie cicho, słychać tylko szemranie śmigieł generatora wiatrowego i pluskanie wody opływającej kadłub. Płyniemy trochę zbyt na południe, ale niedługo wiatr powinien wykręcić i przez następne dwie doby powinniśmy mieć dość silny wiatr z baksztagu.

Następnego dnia po wyjściu z Wyspy Wielkanocnej, gdy po 3 tygodniach oczekiwania, z duża pomocą Roberta Krasowskiego, uporaliśmy się z problemem komunikacji (Iridium), okazało się, że nasza odsalarka funkcjonuje tylko na niby i w kranach pojawiła się słonawą woda.

Membrana odsalarki pękła i zasoliła wodę w zbiornikach, która smakuje teraz jak wodnisty, niedosolony rosół. Mięliśmy na Luce nową, zapakowaną fabrycznie membranę odsalarki, więc wymieniliśmy ją, ale okazało się, że ta nowa zestarzała się nie będąc nawet używana, i zamiast 70 litrów/godz. przepuszcza 10 litrów/godzinę, ale dobre i to, będziemy mieli, co pic.

Wczoraj po raz pierwszy od długiego czasu odprężyłem się z poczuciem ze nareszcie wszystko na Luce funkcjonuje zadowalająco, i w tym momencie wyjrzałem przez okno sterówki i zauważyłem ze na lewej burcie pękła jedna z podwięzi wantowych, i przednia wanta buja się bezradnie...  Zrobiłem zwrot, co w tych okolicznościach trwało irytująco długo, zrzuciłem żagle z grotmasztu, i potem długo zastanawiałem się jak ona mogła tak sobie pęknąć... Wszystkie podwięzi wantowe, które na Luce zbudowane są z grubego pręta nierdzewnego, wygiętego w kształcie litery U, były wymienione niecałe 3 lata temu...

Mam nadzieje ze to wada materiału w tej jednej tylko podwięzi...

Wykopałem z części zamiennych zapasową podwięź (zrobiłem kilka więcej na wypadek wypadku...) zdjąłem sufit w środkowej kabinie, Beata pomagała od strony pokładu, i założyliśmy ją, po czym przymocowaliśmy do niej Wantke i po dwóch godzinach żeglowaliśmy dalej.

 


21 listopada
Pacyfik
Wariacje kulinarne a'la Luka

Mieszamy pół na pół słodką wodę, której zabrałam mały zapas z Golfito, z nasza słonawą wodą ze zbiornika, w ten sposób, nawet gdyby Tomkowi nie udało się naprawić odsalarki, powinno nam wystarczyć tej słodko - słonej wody na dłużej.
Może w międzyczasie spadnie jakiś większy deszcz i nazbieramy trochę deszczówki...

W nocy wiatr zdechł zupełnie, Luka bujała się na wszystkie strony, spać się nie dało, więc zeszłam z mojego stanowiska w sterówce i rozejrzałam się w kuchni.
Obiecałam kapitanowi, że upiekę w nocy świeży chleb i zrobię smalec ze "skwarkami."
Smalec a'la Luka wygląda ostatnio tak: przetopiona słonina z Panamy, wielka cebula z Wyspy Wielkanocnej i konserwa - Corned Beef (produkt brazylijski), której w stanie "nieprzerobionym" zjeść się nie da absolutnie, za to świetnie nadaje się do smalcu, spaghetti... etc. udając mięso.
Po upieczeniu dwóch bochenków chleba zostało jeszcze trochę ciasta drożdżowego, wiec zrobiłam wielkiego, na całą patelnię pieroga, którego nadziałam podsmażoną cebulą, kapustą kiszoną i kolejną konserwą: Corned Beef, udającą mięso.
Upiekłam pieroga na patelni i ugotowałam do niego Barszcz Czerwony - Winiary pt: Nowy Lepszy Smak:-) wzbogacając go oczywiście kilkoma ząbkami świeżego czosnku.
Smakowało nie najgorzej.

 


 

20 listopada
Pacyfik
Słona herbata i wściekły kapitan

Robert Krasowski zadzwonił do firmy USWaterMaker z Oregonu, okazało się, że firma wciąż istnieje, i właściciel przysłał nam na @ dokładne instrukcje jak otworzyć obudowę odsalarki aby obejrzeć membranę i uszczelki.
Okazało się, że nie mamy odpowiedniej uszczelki o-ring aby uszczelnić membranę, Tomek założył podobną rozmiarem, ale woda wciąż leci słonawa, choć nie tak bardzo ja wczoraj.
Będziemy musieli przestać solić potrawy i słodzić mocno herbatę żeby smak soli nie był wyczuwalny.
A właściwie to do herbaty i kawy będziemy używać te 50 litrów słodkiej wody z Kostaryki... dopóki jej wystarczy.
Tomek chodzi wściekły.
Nawet Wackowi się dziś dostało, został wyzywany od idiotów, że szczeka na środku oceanu, kiedy nie ma nic dookoła.
Ja się wiec w ogóle na wszelki wypadek nie odzywam...


18 listopada
Pacyfik
Problem z odsalarką

Mieliśmy wyjść 16 listopada po południu.
Ale kiedy zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy na jacht była juz 15:00, później wizyta kapitana portu i odprawa celna na Luce.
Było też trochę zadymy, aby wciągnąć ponton na pokład i zamocować go do specjalnie w tym celu przygotowanych uchwytów, silnik od pontonu schować do kabiny rufowej, następnie na pokładzie zamocować liny bezpieczeństwa... zrobiło się późne popołudnie.
Tomkowi nie chciało się, juz wieczorem wyciągać ręcznie kotwicy, wiec wypłynęliśmy następnego dnia o 7 rano.
Wczoraj wieczorem, kiedy Tomek włączył generator i robiliśmy wodę, okazało się, że woda z kranu leci słonawa...

Wygląda to na membranę, albo uszczelki w obudowie membrany odsalającej wodę.
Tomek będzie próbował otworzyć obudowę odsalarni i zobaczyć, co tam nie działa, miejmy nadzieje ze uda mu się to naprawić.
Na razie jednak potrzebuje informacji jak tą obudowę membrany otworzyć.
Napiszemy e-maila do Roberta Krasowskiego, może jemu uda się skontaktować z producentem odsalarki i otrzyma dla nas dokładną instrukcje wymiany membrany.

Na szczęście jeszcze w Golfito w Costarica, napełniłam baniaki 50 litrami słodkiej wody.
Tomek się wtedy pytał, po co...
- "a tak na wszelki wypadek"

Dzień ładny, wieje 10-15 węzłów z E, przed chwila złapała się smaczna rybka - dorado...:-) Będzie zupa z głowy i filety na obiad.

 


15 listopada
Hanga Roa - Isla de Pascua - Chile
Oczekiwana przesyłka

 

 

Wczoraj wieczorem, pogoda była łaskawa, Luka solidnie przywiązana i właśnie, gdy postanowiliśmy zrelaksować się, napić drinka i może zapalić świeczkę...:-) zawołano nas na kanale 16 że właściciel boi, do której jesteśmy przywiązani, wraca, i musimy się przestawić.
Faktycznie, na horyzoncie było już go widać.

Odwiązaliśmy się, więc, rzuciliśmy kotwicę dalej i atmosfera relaksu prysneła...
Ale jak trzeba to trzeba.

Dzisiaj rano znowu zawołano nas na 16, tym razem z milsza wiadomością
- przyszedł telefon satelitarny od Roberta Krasowskiego:-)

Wybraliśmy się, więc do Armada de Chile aby go odebrać... prawdziwa radość nastąpi, kiedy podłączymy go do naszego komputera i będzie współpracował z programem Airmail.
Przy okazji wybraliśmy się na spacer do malutkiej mariny i porobić trochę zdjęć, warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki wyciąga się tu barki z wody, oraz wejście do mariny ( na zdjęciach poniżej) Kiedy wracaliśmy na Lukę, jeden z lokalnych ( Rapa Nui ) kąpał się ze swoim koniem w malej zatoczce, w której zostawiliśmy ponton, Wacuś na ten widok mało nie oszalał, cały trząsł się z podniecenia, popiskiwał i powarkiwał ( "co to za duży pies?") Tomek musiał go przywołać do porządku stanowczym: siadaj na d...
Dla Wacka dzisiejszy, dłuższy niz. zwykle spacer, to było trochę za dużo, w drodze powrotnej powłóczył juz łapami, a kiedy dotarliśmy na Lukę... natychmiast zasnął.
Przy podłączaniu telefonu okazało się... ze nie tylko nasz telefon satelitarny wysiadł, ale także zewnętrzna antena, zostaliśmy, więc tylko z małą ręczną anteną.
Ale ta mała antena wystarczyła żeby połączyć Iridium od Roberta z Airmailem, i przekonać się, że wszystko działa:-) Jutro Tomek rozbierze antenę stacjonarną, może uda się ją naprawić...
Uda się czy nie...jutro po 15:00 podnosimy kotwicę i ruszamy na południe, do Ushuaia.
###

 

     

     


 

11 listopada - B

Hanga Roa - Isla de Pascua – Chile

Wspinaczka na maszt oraz Polka na Wyspie Wielkanocnej.

Od paru dni, kazdego ranka Tomek przekladal wspinaczke na maszt - "na jutro".
Dzis w koncu kapitan wszedl na maszt, i zamocowal nowy blok falu foka marszowego, ktory zjechal na dol jakis czas temu. Ubezpieczalam Tomka na dole i cyknelam pare fotek.

Potem w kafejce internetowej niechcaco podsluchalam rozmowe jednego z klientow z wlascicielka kafejki, w rozmowie dominowaly dwa slowa: Polonia i Polacka.
Wtracilam sie wiec, i powiedzialam ze ja jestem Polacka z Polonia:-) Mezczyzna zaczal cos do mnie mowic, ale trudno bylo mi go zrozumiec, w koncu powiedzial jedno zrozumiale slowo: dzien dobry.
To zalapalam:-)
Za chwile podszedl do mnie ze swoja zona, jak sie okazalo, Polka zamieszkala w Kanadzie, ktora wyszla za chilijczyka, i przy okazji odwiedzin rodziny w Santiago, zafundowali sobie wycieczke na Wyspe Wielkanocna.
Porozmawialam pare minut z ta sympatyczna para.
Pytalam jak dlugo tu zostaja, majac w planie zaproszenie na Luke, niestety okazalo sie ze to ostatni dzien ich pobytu na wyspie.

Kiedy po poludniu Tomek przyjechal po mnie do kafejki, przeszlismy jeszcze glowna ulica miasta, robilismy drobne zakupy na kolacje.
Spotkalismy znajomego z zeszlego roku, ktory od razu rozpoznal Tomka i serdecznie powital.
Nasz znajomy wraz z zona, to byly pierwsze osoby ktore poznalismy rok temu bedac na Wyspie Wielkanocnej, opowiedzieli nam wtedy historie wyspy, cierpliwie odpowiadali na nasze pytania, i poczestowali muszlami, ktore akurat zbierali na rafie.
Teraz prowadza wycieczki dla turystow: jaskinie, moai, nurkowanie i grill z ryba na plazy.


10 listopada - B

Hanga Roa - Isla de Pascua – Chile

Poczta od Janusza

Odebralismy wlasnie poczte.
Janusz - nasz dobry internetowy znajomy, ktory w zeszlym roku odbyl z nami rejs z Panamy na Pearls Island, jest bardzo pomocny, na wiesc o naszych problemach z radiem, jako ze sam radiowiec, wyslal nam konkretne info, jak nasze radio uruchomic i zmusic do przynajmniej czesciowej wspolpracy, tzn. odbioru.
Janusz przyslal nam takze adresy stron internetowych oraz czestotliwosci do odbierania pogody przez radio fax, kiedy bedziemy juz blizej przyladka Horn.
Januszu - dzieki ogromne.

 


9 listopada - B

Hanga Roa - Isla de Pascua – Chile

Polacy na Wyspie Wielkanocnej oraz Dobra i Zła Wiadomość.


Wczoraj otrzymaliśmy dwie wiadomości. Pierwsza - nasz przyjaciel Ryszard może znów prowadzić www.zeglarz.net, czyli strona będzie mieć z powrotem troskliwego opiekuna, Ryszard będzie także kierował do nas pocztę z adresu zeglarz@zeglarz.net . Druga, mniej przyjemna wiadomość: telefon satelitarny od Roberta Krasowskiego zamiast dziś dotrzeć do nas, jest w San Domingo, i aby DHL przesłało go dalej musimy zapłacić $240 cła. Ech, jak trzeba to trzeba.

Tomek wracając z kapitanatu portu spotkał dużą grupę turystów, okazało się, że są z Wielkopolski, nie pogadali jednak za dużo, turyści byli, delikatnie ujmując - bardzo przejęci ze kierowca czeka... hmmm, chyba dopiero przylecieli i nie wiedzieli ze w krajach Ameryki Południowej nikomu się nie spieszy, tak jak w Europie. W Ameryce Południowej życie płynie na zwolnionych obrotach, ulubiony termin to "maniana" (jutro), a kierowca spokojnie chwile poczeka, ma przecież zapłacone... Szczególnie tu, na Wyspie Wielkanocnej, gdzie samoloty z turystami przylatują tylko 2 razy w tygodniu. Szkoda, fajnie by było pogadać z Polakami, ale pewnie ich juz nie spotkamy.

Kiedy po południu wracaliśmy na jacht, przybój był dosyć duży, dowiedzieliśmy się że niedawno para żeglarzy z Czech spędziła 2 noce na plaży, z powodu wysokiego przyboju nie mogli dostać się na swój jacht. Tomek jednak wyczekał na "okienko", kręciliśmy się na wolnych obrotach silnika tuz przy wyjściu z malutkiego portu i kiedy stado wielkich, załamujących się fal przeleciało nad rafa, kapitan dodał gazu i bezpiecznie przeskoczyliśmy przez krawędź rafy, wyskakując w powietrze, i twardo opadając, tylko na ostatniej dużej fali. Gdyby nie to, że trzymałam w uścisku Wacka - dla jego bezpieczeństwa, a w plecaku miałam laptopa i aparat fotograficzny, to chyba bawiłaby mnie ta zabawa z falami i ryzyko wylądowania w wodzie. Z tych fal cieszą się tylko surferzy, których było pełno, i trzeba było uważać żeby nie najechać na któregoś pontonem.

 

 


7 listopada - B

Hanga Roa - Isla de Pascua – Chile

Stress

Czekamy na telefon satelitarny, przywiązani do boi pewnego rybaka, który chwilowo nie łowi. Tomek dokładnie się jej przyglądał, ale do końca nie wiemy jak mocna jest lina boi, i do czego jest przywiązana... więc wachty 24/24. Ale dzięki temu nie trzeba będzie ciągnąc kotwicy.( no i nie będę musiała słuchać nieładnej "szanty kotwicznej" kapitana przy jej wyciąganiu:-), cytować nie będę:-) ) Ostatnio Tomek rzucił naszą zapasową, lżejszą kotwice z 30 metrami łańcucha i 60 metrami calowej liny, w ten sposób zakotwiczyliśmy po drugiej stronie wyspy. Dno chronionego - od północno zachodniego wiatru -kotwicowiska, to gładką, prawie jak stół, rafa z nielicznymi tylko lachami piasku i po pierwszym rzucie kotwicy ciągnęło nami szkaradnie. Wyciągnęliśmy kotwicę, podpłynęliśmy bliżej brzegu, rzuciliśmy ją ponownie i tym razem chwyciła, a wiało chwilami ze 30 węzłów. Kotwicowisko było nieźle osłonięte od północnego zachodu, ale gdyby wiatr odwrócił się gwałtownie, jak to się stało w tym miejscu poprzednio, i odwrócił nas w stronę kamieni, mogłoby być niewesoło... Trzymamy wiec nieustannie ostre wachty i tęsknimy do bezpieczeństwa otwartego oceanu i większego luzu... Odstresujemy się dopiero wtedy, gdy podłączymy działający telefon satelitarny do naszego systemu ściągania pogody i oddalimy się od tego posągowego "raju". Airmail info: sys: Win7/519/1013MB/31.36 modem: None/COM1/9600/USB/1500

 


6 listopada

Wyspa Wielkanocna

Po drugiej stronie wyspy...

Przez ostatnie dni staliśmy na kotwicy po drugiej stronie wyspy. Nie ma tam nic oprócz lotniska i mega-zbiorników z paliwem. Przed chwila wróciliśmy do Hanga Roa, na jak długo? Będziemy wiedzieli po ściągnięciu "świeżej" prognozy pogody.


2 listopada

Hanga Roa - Easter Island

Znów ta kotwica...

Wyciąganie kotwicy zajęło nam ostatnio 2 godziny, kotwica zaczepiła się o skałę... Leciał przy tym potok k..ew i innych takich...

Prognoza na najblizsze kilka dni mówiła, że wiatr gwałtownie skręci z NWN na NW, w związku z tym, aby znów nie wałczyć z kotwicą, postanowiliśmy jej nie rzucać po drugiej stronie wyspy, tylko wyjść w morze i dryfować dopóki wiatr się nie zmieni... I bardzo dobrze, bo kiedy ostatniej nocy byliśmy po drugiej stronie wyspy, zaczęło lać, wiatr zmienił kierunek prawie o 180 stopni, zerwał się z siłą 25- 30 węzłów i dopychał nas do wyspy... prosto na wystające z wody skały. Decyzja by dryfować zamiast rzucić kotwicę była szczęśliwa, bo musielibyśmy rzucić ją blisko brzegu i byłoby trudno przy dopychającym nas do skal wietrze i deszczu, w środku nocy, szybko ją wyciągnąć...

Wróciliśmy wczoraj do Hanga Roa.... tym razem uwiązaliśmy się do czyjejś boi... Pytaliśmy o marinie, ale maxymalne rozmiary jachtu, którym pozwalają tam sie przywiązać to 13m i 1.6m zanurzenia... czyli o marinie musimy zapomnieć.

Pogoda znów się zmienia wiec trzeba stąd uciekać... tym razem na parę dni.

Czekamy na przesyłkę od Roberta Krasowskiego: telefon satelitarny, powinien przyjść około 10 listopada, i przez ten tydzień - dwa, będziemy musieli, co kilka dni się przestawiać... bez windy kotwicznej na Luce to masakra..

 


Październik 2010 r