Relacje archiwalne  -  Styczen 2009 r

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


B.  29 stycznia - Socorro Island

18*45"222 N & 110*53"434 W


Od jakiegoś czasu panowie zaczynają się dziwnie zachowywać,
Rysiu popada w depresje, patrzy w stronę gdzie powinien być ląd i ciężko wzdycha, małomówny jakiś się zrobił, Czako szuka swoich białych skarpetek do biegania – chyba ma zamiar polatać po pokładzie.. no bo on sportowiec taki, że już mu poranne pływanie w morzu nie wystarcza...
Przemek śpi jakby więcej, co jakiś czas wychodzi na pokład i sprawdza czy jego telefon złapał zasięg....pewnie martwi się o żonę.
Mamaroza leży na pokładzie wysmarowany oliwką dla dzieci, zbrązowiał i błyszczy jak wypolerowany heban, on też źle znosi ten wydłużony rejs, pewnie wyobraża sobie że leży na plaży pełnej ludzi....                                                                                                                                   
Tomek zameldował nas przez radio, kazali nam trochę poczekać, po pół godzinie podpłynęła do nas duża motorówka , było na niej 8 żołnierzy w kamizelkach kuloodpornych i gotową do strzału bronią maszynową, jeden wskoczył na dziób, drugi na rufę, a oficer w nienagannym mundurze wszedł do środka jachtu.
Gdy podpływali, z jakichś powodów nachalnie robili nam zdjęcia....( ja myślę że to znowu te frywolne majtusie naszych gości.... :)
Niestety oficer nie mówił po angielsku, Maciek próbował dogadać się z nim swoim łamanym hiszpańskim, ale tak naprawdę do porozumienia doszliśmy dopiero po flaszce polskiej wódki.
Już tradycyjnie ( jak poprzednio ) wyskoczyłam z miedzianą tabliczką Tomka, którą dostał od mera Ensenady, jako honorowy obywatel miasta, a Mamaroza przybiegł z globusem , na którym była zaznaczona trasa rejsu Tomka.
Dostaliśmy pozwolenie na 2 dni pobytu, nurkowania, łowienia ryb i zejścia na ląd.
Okazało się że mexykańska navy podeszła do sprawy pozwolenia „po słowiańsku”.
I gdyby nie helikopter, który oblatywał nas cały dzień z czymś przywiązanym na długiej linie, co wyglądało jak torpeda, choć Przemek z miną znawcy twierdził że to sonar do wykrywania łodzi podwodnych, dzień można by uznać za uroczy.
W końcu i Mamaroza miał swoje nurkowanie, korzonki mu przekwitły i tego dnia złapał za ogon swoją wielką mantrę.
Maciek nawiózł mnóstwo przynęt i po tygodniu odgrażania się złapał rybę, wygląda na to że będziemy ją teraz jeść przez miesiąc...

                              

                                                        wyspa Socorro                                                    helikopter z torpeda

              

sniadanie, obiad, albo kolacja

       

                          rozbawione lwy morskie- kamera Macka                                                                 lwica podrywa Macka

                  

duza ryba


                                                                                           B. 28 stycznia
Płyniemy na Socorro.
Chyba każdy łącznie ze mną ma dość ryb i langust.
Śniadanie typowo polsko- żeglarskie, kanapki z mielonką wieprzową z puszki i wczorajszy żurek z jajkiem, który kilka dni wcześniej zakisiłam. Maciek przyglądał mu się podejrzliwie i pytał ile jest w nim ząbków czosnku... Kiedyś wygadał się że mama karmiła go trzy razy dziennie masłem z czosnkiem , nabrał chłopak uprzedzeń..
Po śniadaniu zaparzyłam pełen dzbanek herbaty z cytryną i zaczęłam nalewać ją do kubków, oczywiście najpierw mojemu mężowi, nieszczęśliwie dla Tomka w tym momencie coś nami bujnęło, i polałam go tą gorącą herbatką po jajkach....
Wydał z siebie dziwny, przeraźliwy dźwięk i zaczął sciągać gacie przy stole....hmm.
Potem jakoś nikt więcej nie chciał już ode mnie tej herbatki. Delikatni jacyś....


     B.  27 stycznia - Wyspa Clarion


        18*22"332 N & 114*40"232 W


Trzeci dzień stoimy na kotwicy przy wyspie Clarion. Już pierwszego dnia mieliśmy na pokładzie wizytę celników meksykańskich. Podpłyneli w potarganych koszulkach i tylko jeden z nich miał buty...
Okazało się, że aby wejść na wyspę potrzebujemy pozwolenie, przy okazji wysępili od nas cytryny, piwo, flaszkę polskiej wódki, 2 pornole i "Hustlera"
Jeden z nich chciał jeszcze maskę i płetwy, ale usłyszał od Tomka "maniana"...
Nastroje radosne, chłopaki nurkują 2 razy dziennie, oprócz Mamarozy, który leży niedysponowany w swojej koi "poskręcany"korzonkami"
Biedny Marek zwleka się z koi tylko na posiłki i nie chce posłuchać Czaka, który żarliwie zapewnia go że"winiunio" na pewno by mu pomogło....
Rekinów przy tej wyspie jest mało, ale są za to wielkie mantry, wieloryby i całe mnóstwo innych morskich stworów,.

Pierwszego wieczoru siedzieliśmy na pokładzie przy drinku, morze było idealnie spokojne, pogoda bezwietrzna, wsłuchiwaliśmy się w odgłosy wielorybów, które gdzieś przy samym jachcie wzdychały głęboko i wydmuchiwały słupy piany.
Spokój zakłócał tylko Wacek, który czuł obowiązek aby nas bronić i awanturował się na pokładzie,
panowie wpadli na pomysł i wrzucili go do śpiącego sobie spokojnie Mamarozy.... stwierdzając że i tak kocha zwierzęta:-)
Wacek jednak rozpaczał tam i popiskiwał, więc zabrałam go i podrzuciłam śpiącemu w salonie "wujkowi Przemkowi" ....ten jednak szybciutko się pozbył Wacusia... i wypchnął go na pokład przez okno...

Chłopaki codziennie łapią jakieś ryby, dzisiaj jednak był dzień naprawy silnika od pontonu, który gdzieś zassał wodę, oraz mały remont sprężarki do ładowania butli, więc ryb nie było, ale i tak Maciek złapał na obiad ośmiornice i osobiście nam ją przyrządził...
W sumie tą całą akcję naprawczą słyszałam zza zamkniętych drzwi swojej kajuty, potrzebowałam relaksu, poza tym obraziłam się na Tomka, który nie załapał mojego żartu i śmiertelnie się na mnie obraził, wrażliwy jakiś taki:-)
Więc jak on się na mnie obraził to ja na niego też, przecież nie będę gorsza:-)

               

                                        Clarion                                                                                             dryfujemy

                                  

jacht pelen ludzi - klocic mozemy sie tylko na dziobie

                             

                                         zaraz bedzie wielkie zarcie                                                   najsmaczniejsze ryby z rafy

                              

  podwodny raj z kamery Macka         


                B .22 stycznia  - Skała „Partida Roca”  

      18*59"624 N & 112*04"750 W

Drugi dzień kotwiczymy przy samotnej skale gdzieś na Pacyfiku:-)
Wczoraj przypłynął tu także Solmar, wypełniony nurkami z Francji i USA, co okazało się nam bardzo na rękę, ponieważ panowie obliczyli że paliwa do sprężarki ładującej butle wystarczy tylko na jakieś 8 nurkowań. Nurkowie z Solmara wracający wielkimi pontonami na swój okręt okrążyli nas ciekawie i uśmiechali się do Wacka , który obszczekiwał ich zajadle.
Poczułam lekkie zakłopotanie, grupa naszych gości musiała wyglądać dla nich jak wycieczka pedałów z San Francisco.....
Dla wyjaśnienia: panowie paradują po pokładzie w skąpych, obcisłych kąpielówkach, uwypuklających ich tyłeczki i genitalia... to co w Polsce i Europie normalne, na tej półkuli przyjmowane jest z wyrazem pewnego niesmaku... W obcisłych slipach paradują tylko zadeklarowani homoseksualiści...
Podróże kształcą, nabieramy innego spojrzenia na pewne rzeczy, dystansu, zmieniają się nam gusta i w tym momencie gdyby mój Tomuś założył takie obcisłe majteczki, miałby zakaz wychodzenia na pokład albo ja bym siedziała pod pokładem żeby się za niego nie wstydzić:-)

Popłynęliśmy z Tomkiem i Maćkiem (ubranym już po ludzku, w normalne gacie ) do "Solmara" odkupić od nich trochę paliwa, udało nam się wycyganić pełny kanister za butelkę 'żubrówki". Solmar to wielki jacht czarterowy, mają swojego kucharza, fajnie by było się tam na trochę przenieść, i nie musieć zmywać garów...
Kapitan Solmara był nam pomocny jeszcze raz, przy wciąganiu pontonu na Luke zapomnieliśmy że został tam Tomka pas z ołowiem do nurkowania i płetwy Rysia, w rezultacie czego straciliśmy i "wagę" i płetwy.
Tym razem Maciek z Czakiem popłynęli do Solmara dobić targu, w sumie nie wiem ile za te ciężarki zapłacili, słyszałam tylko że były najdroższe w ich życiu...
Dni mijają leniwie, Czako przejął dowództwo nad warczącą sprężarką, Maciek ciągle stuka w klawiaturę, pisze relacje, Przemek drzemie na kanapie, Rysiu z Mamarozą czytają gazety na pokładzie, smażąc się w słońcu, a Tomek w ciągu dnia zwykle zajęty jest nawigacją jachtu albo jakąś pracą wewnątrz.
Panowie niezmordowanie nurkują dwa razy dziennie, Maciek przegania z podwodnych szczelin śpiące w dzień rekiny, a na kolacje jak zwykle gotujemy langusty i pochłaniamy je maczając w roztopionym maśle... Uczta.

                                                       

partida roca

                     

                                          poobiednia sjesta (by Maciek)                                                 wkurwiona murena(by Maciek)

                               

        szczesliwa murena w kapeluszu(by Maciek)

 

 


B.  19 stycznia -   San Benedicto 
                                    

19*18"482 N  &  110*48"282 W

Po 2 dniach żeglugi dopłynęliśmy do wyspy San Benedicto.
Ocean przywitał naszych gości bardzo łagodnie, większość drogi płynęliśmy pod żaglami, Luka przechyliła się lekko i sunęliśmy z szybkością 8 węzłów.
O dziwo nikt nie chorował i apetyty dopisywały ( a ja im kupiłam tyle krakersów, bo podczas choroby morskiej nic innego jeść się nie da..., rozczarowali mnie i całe dwa dni żarli kiełbasę...)
Panowie przywieźli przepyszną polską kiełbasę, (widziałam jak Tomek podkrada im ją na nocnej wachcie), w Cabo San Lucas dokupiliśmy pieczywo i warzywa i przez 2 dni Marek (Mamaroza) przygotowywał nam super kanapki, a Rysiu z pomocą Przemka wyczarował 5 litrowy kociołek zupy warzywnej – pycha. Co prawda miałam się zamiar obrazić na Rysia bo mi ukradł z lodówki marchewkę (przydział był 2 sztuki), którą oszczędzałam do surówki z kiszonej kapusty, ale w obliczu tej zupy warzywnej... to małe złodziejstwo uszło mu na sucho:-)
Pogoda super, załoga albo nurkuje albo smaży się na pokładzie, i byłoby naprawdę bajecznie
gdyby nie ta hałaśliwa sprężarka, która zaczyna warczeć zaraz po ich pierwszym nurkowaniu aż do kolejnego, potem jest chwila ciszy, do momentu kiedy nie wrócą, i później warczy od nowa do późnej nocy, ładując butle na kolejny dzień.
Maciek, nasz rekinowy szajbusek jest w swoim żywiole, złapał jakiegoś rekina za ogon, na co ten w odpowiedzi wyszarpał mu kawałek pianki z rękawa, Paweł (Czako), który operował w tym czasie kamerą, relacjonuje że nie bardzo wiedział co zrobić, bo Maciek z rekinem trwali dobrą chwile w tym miłosnym uścisku - Maciek trzymał rekina za ogon, a rekin złapał Maćka za rękaw i wyglądało że żaden nie zamierza ustąpić.
Pawła ukąsił wąż i swoje być może ostatnie godziny życia zakrapiał rumem z lodem i cytrynką... cała reszta towarzystwa dzielnie mu w tym sekundowała....
No bo co facet ma sobie tak samotnie i tak na trzeźwo umierać ... w końcu kolesi ma....

 

                         San Benedicto    delfiny

                                                     San Benedicto                                                                         delfiny

                                  

                                                                                              milosny uscisk


                                                                                                    T. 16.01

Jeśli nie zmienimy planów wieczorem ruszamy na Socorro, chłopaki ładują butlę, zaraz będą robić ostatnie nurkowanie przy Cabo San Lukas, potem ostatnie zakupy, benzyna do motorówki i kompresora, i wieczorem odpływamy. W okolicy wyspy powinniśmy znaleźć się za dwie doby.

ps.Jutro rano ruszamy, pactor nadal nie dziala , odezwiemy sie jak zadziala, albo jak gdzies zlapiemy internet

 

 


                                                                                                    T. 15.01

Nie dało się załatwić pozwolenia na nurkowanie w okolicy wyspy Socorro, więc płyniemy tam na „wydrę”. Na wyspie mieszkają głównie żołnierze meksykańskiej marynarki z rodzinami, więc oficjalnie wejdziemy prosto do małego portu by.... nabrać słodkiej wody.... ,a potem może uda nam się z nimi zaprzyjaźnić... Jeśli się nie uda to kawałek dalej są inne wyspy i ponurkujemy wokół nich.

Skład nowej załogi to:„ rekinowy szajbus” Maciek, Rysiek który szuka nowych podniet, kupowanie nowych samochodów z podgrzewaną kierownicą już mu się znudziło, Śpioch Przemek tak naprawdę budzi się tylko gdy wkłada kombinezon nurka, Paweł;przedsiębiorca budowlany patrzy czasem na poutykane ciasno na plaży hotele, ocenia je fachowym wzrokiem i kręci coś głową, i Marek, restaurator z Kościerzyny, próbuje każdego nowego żarcia w lokalnych knajpach, ale pod wodą zmienia się w delfina. Chłopaki dobrali się w zgrany zespół kilka lat wcześniej podczas jakiegoś nurkowania w Egipcie, i od tego czasu skrzykują się kilka razy w roku, najpierw przekupują żony a potem ruszają w jakieś niezwykłe miejsce „naładować baterie”, znaleźć to czego im w normalnym życiu brakuje...

 


                                                                                                    T. 14.01

Zajadamy się langustami, chłopaki przywożą je jak ze sklepu rybnego, wieczorem pakują sprzęt na ponton, sprawdzają latarki i polują w czarnej jak smoła wodzie. Wygląda że typowe nurkowanie miedzy kolorowymi rybkami już ich nie interesuje, musi być przynajmniej ciemno i bliskie towarzystwo lwów morskich obdarzonych kłami, których nie powstydził by się ich afrykański „kuzyn” , no i ta ciemność...nie wiadomo gdzie jest dół a gdzie góra, i w każdej chwili coś może złapać za tyłek...

 

  

 


                                                                                              

                                                                                                    T. 13 01

Jutro przylatują do Los Cabos koledzy z Polski, pięciu zapalonych nurków, to grupa przyjaciół, która od lat, co pewien czas podróżuje na wspólne nurkowania w ciekawe miejsca świata. Nurkowanie w ciepłych rafach dawno im się znudziło, teraz szukają mocnych wrażeń, najlepiej blisko otwartej paszczy rekina... W okolicy wyspy Socorro , pewnie z powodu stykających się prądów morskich, zimnego, który opływa zachodnie wybrzeże północnej Ameryki i ciepłego prądu pasatowego kwitnie podwodne życie. Soccoro to ulubione miejsce śpiewających wielorybów, olbrzymich płaszczek i wielkich rekinów Tygrysich. Moim zdaniem kolesie mają lekkiego świra, nikt nie namówiłby mnie na taką zabawę...Pręgowana bestia może być akurat głodna i choc na ogół te duże rekiny nie zwracają uwagi na nurków, może się zdarzyć że pomylą nurka z młodym lwem morskim i odgryzie któremuś tyłek. Zwłaszcza Maciek wykazuje specjalne zainteresowanie takimi zabawami, kiedyś na jachcie Stary przepływając obok Archipelagu San Blas natknął się na żarłoczne przyjęcie. Rekiny szatkowały właśnie zdechłego wieloryba, Maciek wskoczył im na środek „stołu ” i nagrał podwodną kamerą to wielkie żarcie. Na co dzień spokojny i zrównoważony, ale gdy mowa o rekinach zapalają mu się żarówki w oczach .