Manzanillo MX 2009
 

 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


T. 17 Marca
17*16’424”N & 105*17’484”W


W końcu udało się nam wypłynąć. Mark, nasz nowy znajomy z Manzanillo, któremu pomogłem zainstalować telefon satelitarny i zaznajomiłem z obsługą programu, nie potrafił ukryć rozczarowania, liczył, że pomogę mu także zainstalować nową stację nawigacyjną, zamienić komputer z ekranem, pracujący na napięcie 12V, ale Mama Ocean woła nas coraz mocniej, czas ruszać w morze. Poprzedniego dnia zrobiliśmy ostatnie zakupy, zostało nam trochę pesos, więc zatrzymaliśmy się na piwo w marinie, wystarczyło na trzy piwa, pożegnaliśmy się z miłą obsługą baru, po chwili jednak kelnerka przyniosła nam kolejne trzy piwa i z szerokim uśmiechem powiedziała, iż to mały podarunek dla nas :).
Skoro świt wyrwaliśmy kotwicę, w zatoce nie było wiatru, ale gdy już się z niej wyczołgaliśmy powiało trochę  mocniej, potem zrobiła się przyjemna 4-ka i przez resztę dnia grzaliśmy 7 węzłów w stronę Clipperton Island.  Po drodze przepłynęliśmy przez lokalne morskie eldorado, kawał morza przecinały sznury unoszące się na małych pływakach z tysiącami haków, i mimo że starałem się je ominąć,  jeden nas złapał... Linka z hakami zaczepiła się o ster, szczęśliwie wędka, którą ciągnęliśmy za rufą, zahaczyła się także o linę z hakami i dość łatwo dało się ją podciągnąć  i przeciąć... Uwolnieni ruszyliśmy od razu 3 węzły szybciej. Kilka razy podpływały do nas delfiny i pluskały przed dziobem, a  powierzchnia morza usiana była śpiącymi żółwiami, na których jak na małych wysepkach odpoczywały zmęczone lataniem głuptaki.
Beata nie ma tym razem objawów choroby morskiej, choć nienaturalnie dużo śpi. Jesteśmy nadal zbyt blisko brzegu, więc trzymamy ścisłe wachty, tej nocy nie mogłem jej podnieść z kanapy...Ok... zaraz wstanę, jeszcze chwileczkę, daj mi jeszcze chwilę pospać..,  nawet zapach świeżo zaparzonej kawy nie zrobił na niej wrażenia, dopiero, kiedy powiedziałem, że gdy spała zmieniłem trochę konfiguracje w jej laptopie... Zerwała się jak sprężyna, z okrzykiem pewnie znowu coś zepsułeś... Podstęp się udał hehehe...

Głuptak wypoczywający na  spiącym żółwiu


B. 15 marca

Jutro rano podnosimy kotwicę.


B. 12 marca

Tomek czyścił dziś dno, zajęło mu to ze trzy godziny, wrócił na łódkę cały oblepiony „narybkiem” krewetek....brr, wyłaziły mu z uszu i z pępka, przykleiły się do brody i szyji, miał je wszędzie... Okropne. Musiałam szorować go gąbką bo jęczał że coś po nim łazi. Kąpielówki i koszulkę trzeba było wyrzucić, nie dało się wyłuskać z nich tych „morskich wszy”. Podczas gdy Tomek nurkował, zmieniłam twardy dysk w naszym zapasowym laptopie, sformatowałam go i wgrałam system operacyjny. W komputerze nawigacyjnym nr.2 ustawiłam nasz plan B, czyli ściąganie e-maili przez Iridium. Iridium skonfigurowałam z Outlookiem żeby za bardzo nie mieszać w Sailmail, który jest już "ustawiony" z pactor modem. Co prawda Outlook w połączeniu z Iridium to nie najlepsze rozwiązanie, jest za wolny i nie kompresuje e-maili, ale jako system awaryjny może być. Teraz tylko ostatnie testy – ściąganie pogody pactorem. Do tej pory do ściągania pogody używaliśmy Iridium w połączeniu z programem OCENS WeatherNet, ale za obydwie te usługi trzeba płacić. Dziś ściągnęłam bezpłatny program UGRIB ze strony www.grib.us, o którym dowiedziałam się z www.sailforum.pl . Jeżeli Tomek uzna że jakość tego serwisu jest porównywalna z naszym dotychczasowym, spróbuje go połączyć z Iridium, jako awaryjny system ściągania pogody, gdyby zawiódł nas pactor modem i program do ściągania pogody i e-maili - Sailmail. Bezdochodowa organizacja Sailmail (www.sailmail.com) pokrywa sygnałem radiowym cały świat ( tak twierdzą), kosztuje $250 rocznie, i daje nam 90 minut tygodniowo na ściąganie prognozy pogody i poczty.

Narazie wszystko dziala


B. 11 marca

Wygląda na to że niedługo w końcu stąd ruszymy:-)
Wczoraj zrobiliśmy zakupy na kolejny etap rejsu, głównie warzywa i owoce, gdyż zapas puszek i suchego prowiantu mamy wystarczający.
Kupiliśmy 40 kilo pomarańczy ( za jedyne $14 ) 10 kg jabłek, 360 jajek, dużo małych zielonych cytryn, 20 kg cebuli, trochę ziemniaków, pomidorów, kalafior, kapustę etc.
Mamy ręczne wyciskarki do soku z „limonek” i pomarańczy, made in Mexico.
Sok z świeżo wyciśniętych pomarańczy czy cytrynówka z kroplą alkoholu to zbawienny napój na tutejsze upały.
„Limonki” mają też dodatkową zaletę, można je dość długo przechowywać na jachcie, nie gniją, i nawet jeżeli z wierzchu są pomarszczone i suche, długo zachowują sok i aromat.
Zostało nam już tylko parę puszek z kapustą kiszoną, tu w Mexyku niestety nie można jej dokupić, a przydałoby się, oboje z Tomkiem przepadamy za rybą z surówką z kiszonej kapusty.
Spróbowałam ostatnio zakisić trochę kapusty ale wyszła przeokropnie słona....nic to, spróbuję jeszcze raz, może tym razem wyjdzie kiszona zamiast solona:-)
Życie na jachcie zmusza do eksperymentów kulinarnych.

wyciskarka


B. 4 marca


Korzystając z okazji że kolega „mrówa' ma do dyspozycji samochód pojechaliśmy napełnić butle do nurkowania (nasz kompresor w dalszym ciągu nie działa) i butle z gazem.
Z butlami do nurkowania nie było problemu, zostawiliśmy je w sklepie ze sprzętem do nurkowania, a w międzyczasie pojechaliśmy napełnić butle z gazem do kuchenki.
Miejsca żeby napełnić te butle szukaliśmy trzy godziny, pytani po drodze tubylcy wysyłali nas co rusz do innego miejsca, miasto zwiedziliśmy dosyć dokładnie...
W końcu zirytowany Tomek zatrzymał taksówkę, która za 100 pesos posłużyła za pilota i zaprowadziła nas wąskimi zaułkami do „gazowni". Co za ulga ! 3 butle z propanem pełne.
Zrobiło się już dość późno i nie zdążyliśmy odebrać naszych butli do nurkowania, zatrzymaliśmy się przy ulicznej budce z taco, gdzie każdy z nas pochłonął po dwie sztuki, a później jeszcze przy ulicznej restauracji na kolejne, tym razem mega - taco, oddałam połowę swojej porcji Tomkowi, admirał „mrówa” męczył swoją porcję dobre 40 minut.
Dzisiejszy wieczór na jachcie przebiegł pt : szanty.
Mrówa wybiera się na koncert Andrzeja Koryckiego, który będzie gościł dwudziestego marca w Vancouver, znalazłam w moich zbiorach piosenki Andrzeja i włączyłam chłopakom „Trzech bogów”, „Fale” i parę innych, Tomek wziął w ręce gitarę i zaczął śpiewać piosenki żeglarskie i ballady o miłości, później pałeczkę przejął admirał mrówa, i uraczył nas sprośnymi szantami, których zasób miał niewyczerpalny :-)
Wieczór pod względem artystycznym był bardzo zróżnicowany :-)
Około pierwszej w nocy znużona „żeglarskimi opowieściami” dwóch podróżników, którym „rum zaszumiał w głowie i świat nabrał treści" zostawiłam kapitana i admirała (sic!) samym sobie, poszłam do koi i pozwoliłam się objąć trzeźwemu Morfeuszowi :-)

   

                                                             admirał                                                                   sprośny mrówa

    

                                            kapitan i admirał na taco                                                                  w gazowni

 


B. 3 marca


Musiałam zrobić coś na internecie ale połączenie zanikało co 5 minut, poprosiłam więc Tomka aby mnie zawiózł pontonem do mariny, do kafejki internetowej.
Dobijaliśmy do kei, byłam gotowa żeby wyskoczyć i umocować ponton, gdy jakiś facet wyciągnął rękę i czystą polszczyzną powiedział „podaj mi cumę”, spojrzałam zdezorientowana na Tomka, który nie usłyszał chyba dokładnie, bo powiedział „esxcuse me...?” i wysyczałam „ten gość mówi po polsku...”
Jerzy Łubisz z Kanady, w środowisku żeglarskim zwany „mrówą” swoją nieoczekiwaną wizytą sprawił nam super przyjemność, okazało się że urwał się żonie z rodzinnych wczasów w Mexyku i wpadł do nas. Prawdziwy żeglarz.
Dzisiejsze popołudnie i wieczór panowie spędzają w sterówce przy drinku, te męsko - techniczne paplanie nie bardzo mnie interesuje, więc zostałam w mesie przy komputerze, ale żeglarze po każdym drinku rozmawiali coraz głośniej i słyszałam wszystko dokładnie, w końcu temat zrobił się żeglarski, co rusz padają imiona i nazwiska polskich żeglarzy: Wojtek Jacobson, Jurek Knabe, Ludek Mączka, Jerzy Jaszczuk, Andrzej Straburzyński, Jacek Rajch... i wielu, wielu innych.
Dochodzi północ a w sterówce tematy zmieniają się jak w kalejdoskopie: załoga na jachcie, ile i jaka..., wspomnienia „mrówy” z rejsów..., silniki, pompy...
Ciekawe jak długo oni tak mogą ?:-)
Pierwsza rano.
Temat: jeżeli na jachcie z polską banderą w Mexyku będzie zadyma, i ktoś zadzwoni na policje, czy policja meksykańska przyjedzie, a jeśli przyjedzie to kogo zakują w kajdanki, kapitana czy załogę ?:-) Noooo kapitana nie, ale co zrobią jak Jurek powie że jest admirałem ?:-) I tu „mrówa” mianował się admirałem. Ponieważ nazwał swojego psa „skipper”, doszedł do wniosku że przecież pies nie będzie nim rządził. Poza tym przyszło mu to o tyle łatwo że admirał Szpetulski udał się na wieczną wachtę i flota żeglarska pozostała bez admirała.
1:30
Każą mi szukać Zygmunta Perlickiego w Google, znalazłam tylko Zygfryda, okazało się że Zygfryd też może być :-) Pogadają sobie teraz o Zygfrydzie.

1: 45
Tomek mówi „Beata polej se bo z nami nie wytrzymasz”
Zaparzyłam sobie kolejną herbatę z cytryną...

2:00
Tomek namolnie przekonuje Jurka że powinien sprzedać swój kuter rybacki „Pathfinder 3”, kupić jacht żaglowy i popłynąć w rejs swych marzeń.

2:30
Rozmawiają o Romanie Paszke, podejrzewają że w tym roku "Bioton" także nie wypłynie w rejs dookoła świata, kiedyś było za dużo lodu, teraz może być za dużo piany na morzu...

Koło czwartej budzę się na chwile w koi, pewnie obudziła mnie cisza... żeglarze w końcu padli:-)