Relacje archiwalne  -  Luty 2009 r

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


B. 28 luty


Iridium i pactor modem działają, przyszły także części ze Stanów, które zakupiliśmy przez internet, właściwie można by już stąd ruszać. Tomek jednak obiecał Mark'owi że pomoże mu zainstalować antenę i podłączyć telefon satelitarny do komputera, w związku z tym będziemy musieli poczekać kilka dni aż zamówiony przez Marka telefon dojdzie, Tomek i tak od 3 dni szuka jakiegoś przecieku w systemie paliwowym, musimy także pozszywać trochę genuę.
Wieczorem odwiedziło nas sympatyczne małżeństwo, Polacy, żeglarze, którzy osiedlili się w Barra de Navidad, niedaleko Manzanillo. Podobnie jak Mark i Kathy, Ivo z Jolą i córką żeglowali przez 13 lat, aż któregoś dnia dobili do Barra de Navidad, w porze roku gdy wszystko tu kwitło. Wybrali się na spacer by rozprostować nogi po rejsie, weszli na góre przy zatoce, spojrzeli z zachwytem po obsypanej kwiatami okolicy i zatokę, gdzie widać było ich jacht, i Ivo powiedział - „w tym miejscu zbudujemy nasz dom”. Spędziliśmy miło wieczór, rozmawiając głównie o ich rejsach na Alaskę, padło wiele nazwisk polskich żeglarzy, wyglądało że Tomek słyszał je po raz pierwszy... rozmowy kształcą.

Jola i Ivo

Jola i Ivo


B. 27 luty


Kathy i Mark znowu zaprosili nas na obiad, o osiemnastej Mark przyjechał po nas wózkiem golfowym i zawiózł do swojego drugiego domu, równie ciekawego jak ten poprzedni. Kathy przyrządziła super appetizer z karczochów i parmezanu, zapiekany w piekarniku ser rozpuścił się i przypiekł. Zapiekanka ta z krakersami smakowała wyśmienicie. Mark złapał tego dnia 100 kilowego marlina i przyrządził kawałek na obiad. Najpierw nawilżył filety oliwą z oliwek, sokiem z cytryny, solą, pieprzem i czymś jeszcze, ale mimo że pytałam go kilka razy, nie chciał zdradzić sekretu . Ryba była przepyszna. W pewnym momencie, naszych gospodarzy odwiedził znajomy, warto tu o nim wspomnieć. Przedstawił się, jak to zwykle bywa imieniem, ale zaraz potem dodał, „nurse practicioner" z Kalifornii, pomyślałam sobie „ znowu jakiś bufon”.W USA „ nurse practitioner” (pielęgniarka praktykująca ) to prawie lekarz, nie może tylko wykonywać operacji. Po paru minutach dyskusji zmieniłam o nim zdanie, facet przyjeżdża z dziećmi i żoną do Meksyku na urlop, nie po to jednak by leżeć na plaży i przepijać upał zimnymi drinkami, jak to tu robi większość „gringos”. Całą rodziną jeżdżą do odległych wiosek meksykańskich Indian, by leczyć ludzi, którzy żyją tam w skrajnej nędzy, i z własnej kieszeni kupują żywność, lekarstwa, dokonują drobnych zabiegów, przeprowadzają badania profilaktyczne dzieciom i kobietom w ciąży... Tak spędzają urlop od wielu już lat.

zachód slonca- widok z pokoju goscinnego u Marka i Kathy            basen wizualnie laczy sie z zatoka

                     zachód slońca- widok z pokoju gościnnego u Marka i Kathy                               basen wizualnie łączy się z zatoką

 

 


T. 25 luty


 
W rejsie dookoła świata widywałem dziwne punkty na niebie, zwłaszcza nocą. Na ogół były jaskrawe i wyraźnie odcinały się od rozgwieżdżonego nieba, niektóre przecinały horyzont z zawrotną szybkością, zatrzymywały się i robiły gwałtowne zwroty tak szybko, że trudno było za nimi nadążyć wzrokiem. Podczas niedawnego rejsu na Socorro, Beata obudziła mnie na swojej wachcie ponieważ zobaczyła niezwykle silne światło... zawsze budzi mnie gdy ma wątpliwości. Światło wisiało nad horyzontem i składało się z trzech kolorów: białego, czerwonego i zielonego. Takie kolory mają światła pozycyjne statków, tylko to akurat wisiało 30 stopni nad horyzontem...
Do poprzedniej relacji wkleiłem zdjęcie Paula, któremu zebrało się na miłość, dziś zwrócił moją uwagę przedmiot na tym zdjęciu, który pojawił się w tym momencie tuż nad naszym radarem, powiększyłem zdjęcie i nie mam wątpliwości że kolejny raz coś się nam przyglądało. To coś pozornie wygląda jak księżyc, tylko że w tym momencie księżyca na niebie nie było, poza tym zdjęcie zrobione w oświetlonej sterówce, aparatem z lampą błyskową pokazałoby co najwyżej niewyraźny punkt, tymczasem na naszym dysku dość wyraźnie widać detale.
Na drugim zdjęciu, zrobionym przez Beatę kilkanaście sekund później, gdy wycierałem ośliniony policzek, można zauważyć jak nasz gość leci podglądać gdzie indziej...

 

        


T. 23 luty


Beata wyciągnęła mnie rano na lokalny bazar, wyglądał dokładnie jak mały, polski rynek, może poza niektórymi owocami, które w Polsce można znaleźć tylko opatulone serwetkami w firmowych supermarketach, a tu leżały w skrzynkach i workach na ziemi. Zatrzymaliśmy się przy stoliku z cygarami, sprzedawca mówił trochę po angielsku, zadałem mu kilka pytań, okazało się że sam zwija cygara i to z "kubańskiego" tytoniu. Po embargo nałożonym na Kubę przez USA, które było głównym odbiorcą kubańskich cygar, wiele z krajów Ameryki Środkowej próbowało przejąć biznes i wyszmuglowało z Kuby sadzonki tytoniu, teraz wszędzie tu można kupić cygara a’la kubańskie, ale dla kogoś kto zna temat prawda wychodzi z dymem zaraz po odpaleniu. Poza jakością tytoniu, nie mniej ważne jest jak się go potem traktuje. Kubańskie podróby drapią gardło i zostawiają nieprzyjemny posmak... Mimo to zapytałem czy nie zrobiłby dla mnie jednego, zgodził się chętnie i za chwile trzymałem w dłoni swoje cygaro. Było trochę chamsko zwinięte i zbyt luźne, ale gdy po drodze na jacht znaleźliśmy zacieniony bar z chłodnym piwem, okazało się że cygaro smakowało zupełnie nieźle...
Wieczorem przypłynęli nasi „polscy” goście, Beata ugotowała na kolacje żurek z polską kiełbasą, którą znaleźliśmy w dużym sklepie, nazywała się „Chorizo Polaco” i choć od prawdziwej polskiej kiełbasy dzieliła ją przepaść, okazała się zjadliwa i nie było w niej ostrej jak brzytwa papryki... Po trzecim drinku Pawłowi nr.1 puściły hamulce i nie przestawał gadać. Opowiedział nam że jakiś czas mieszkał w Kalifornii i był gwiazdą porno hehehe, wymienił nawet tytuły filmów: „Taxi Driver II” i „Taxi Driver III”, oraz kilka innych, gadał o sobie do późna w nocy, jedną jego opowieść muszę trochę opisać.
Jakiś czas temu chłopaki postanowili iść na dziwki, ale z powodu oszczędności czy też osobistych predyspozycji wynajęli sobie jedną dziewczynę na spółkę. Paul stwierdził że wydali na nią aż 500 dolarów, więc skomentowałem że za te pieniądze musieli mieć dziewczynę z klasą... Zdrowo podcięty i rozżalony Paul snuł dalej swoją opowieść – „Traktowałem ją jak księżniczkę, kupiliśmy dobrą kokainę i schłodzonego szampana, wynajęliśmy pokój w super hotelu, i potem pół nocy kochałem jej stopy” - dokładnie określił to – „I made love to her feet ”( ciekawe co dokładnie miał na myśli heheh) - „a potem mieliśmy z nią sex do rana... ( dziewczyna musiała ciężko tej nocy pracować...) Rano pojechaliśmy na eleganckie śniadanie a potem odwiozłem ją do domu. I wtedy zażądała żebym za to wszystko co dla niej (?) zrobiłem zapłacił... wyrzuciłem ją z samochodu. Co za bezczelna dziwka !...” Nie wiedziałem czy bardziej chce mi się śmiać, czy bardziej szkoda mi biednej dziewczyny, która próbowała tylko jakoś zarobić na życie... Na koniec wyszliśmy zapalić do sterówki, tam podciętemu ex gwiazdorowi zebrało się na całowanie i to już definitywnie zakończyło imprezę.

 

                                                            rynek                                                                        cygaro     

pocałunek gwiazdora


T. 22 luty


Wieczorem popłynęliśmy do mariny na piwo, trafiliśmy na Happy Hour, więc impreza trwała tam na całego. Poznaliśmy kilku ludzi, każdy z nich miał swoją opowieść, ale na ogół były rozwlekłe i mało ciekawe, choć nie wszystkie. W skrócie, było tam starsze małżeństwo z synem, przypłynęli z Kapsztadu (Południowa Afryka), podróżują na starym, drewnianym jachcie motorowym, któremu dostawili dwa maszty i całość wygląda teraz jak słoń z szyją żyrafy. Szukają dla siebie miejsca na świecie, nienawidzą czarnych, pewnie mają swoje powody. Jak „zacięta płyta” powtarzali w kółko, że w ich kraju co 2 sekundy ktoś jest gwałcony, i co 20 min podcinają komuś gardło... Było także wielu nudnych Amerykanów, w pewnym momencie zagadał do nas wysoki, dokładnie opalony gringo ( tak się tu nazywa Amerykanów ), przedstawił się imieniem Paul i zapytał skąd jesteśmy. Gdy usłyszał że jesteśmy z Polski, rozpromieniał i trochę niewyraźnie, ale zrozumiale powiedział „ zimno jak cholera ”, a potem „ głupi osioł” i uśmiechnął się szczerze. Okazało się że w pewnym sensie to nasz rodak, pochodzi z Buffalo NY, ale jego rodzice urodzili się i wychowali w Polsce. Słowiańskie geny dały o sobie znać, gdy w pewnym momencie zaproponował że możemy używać jego samochód kiedy tylko będziemy potrzebowali jechać do miasta - a to nie było anglosaskie zachowanie, Amerykanin przed wyjściem z imprezy zastanawiałby się, czy nie powinien zabrać do domu niedopitej butelki wina, którą z sobą przyniósł... Paul mieszka na swoim jachcie z kolegą, także „Polakiem”, tamten zna tylko jedno słowo po polsku - „ pierogi” i też ma na imię Paul. Nazwaliśmy ich dwa Pawły i zaprosiliśmy następnego dnia na Luke.

slon z szyja zyrafy

słoń z szyją żyrafy


T. 21 luty

Udało mi się uruchomić system ściągania prognozy pogody. W końcu doszedłem do wniosku że to musi być telefon satelitarny, a dokładniej jego część odpowiedzialna za wysyłanie danych. Wziąłem głęboki oddech i rozkręciłem telefon na kawałki. Elektronik ze mnie taki sam jak krawiec, pojęcia nie mam o tych wszystkich półprzewodnikach i płytkach scalonych, ale z drugiej strony nie miałem nic do stracenia, telefon nie działał, w najgorszym razie i tak musiałbym go wysłać do naprawy i czekać miesiąc zanim go odeślą. Miałem szczęście bo problemem okazało się małe gniazdko do ładowania baterii, które wygięło się, częściowo oderwało z miejsca w którym było przylutowane i dotykało innej części na płytce. Przylutowałem gniazdko na właściwym miejscu, używając przy tym dużej lupy, miejsca na płytce do których powinny być przymocowane nóżki gniazdka, były tylko trochę większe od główki szpilki. Teraz pozostał do rozwikłania nasz drugi system komunikacji, działający na zasadzie paktor modem w połączeniu z radiostacją. Wszystko niby działa jak powinno, modem błyska lampkami jak świąteczna choinka, ale nie łączy się z żadną stacją. Być może to wina radia, od początku działało kiepsko, bardzo rzadko udawało mi się nawiązać łączność i podejrzewam że ma to związek z „uziemieniem”. Próbowałem wczoraj znaleźć przewody łączące radio i urządzenie dostrajające antenę, do przymocowanej pod dnem jachtu płytki, pełniącej role „uziemienia”, ale to beznadziejna sprawa, musiałbym rozebrać połowę jachtu żeby się do nich dostać... Dziś pojadę do miasta, kupie palnik do lutowania grubych kabli i dużą szpule cyny. Mam na jachcie kilka kawałków miedzianego przewodu, grubego jak palec, polutuje go w całość i połączę wszystko od nowa.


B. 20 luty

 

O 13:00 spotkaliśmy się wszyscy w marinie, 16 osób, przycumowaliśmy pontony, i stromą ulicą wdrapaliśmy się na górę aż do przystanku autobusowego. Spodziewaliśmy się poznać jakiegoś bufona w wielkim domu, ale okazało się że domek był mały i to w trakcie remontu, a ludzie którzy nas zaprosili - interesujący i bardzo mili. W pewnym momencie Tomek, z typową dla niego otwartością zapytał Stan'a z jakiego powodu zaprosił chmarę nieznanych mu ludzi do swojego domu... Stan odpowiedział że są otoczeni Meksykanami i brakuje im towarzystwa żeglarzy. Kilka lat temu przypłynęli do Manzanillo jachtem i zakochali się w tym miejscu, więc sprzedali jacht, kupili stary dom i teraz powoli go remontują. Spędziliśmy miłe popołudnie na rozmowie z Mary i Stanem, a potem dyskretnie się ulotniliśmy. Dom naszych nowych znajomych był oddalony kawał drogi od mariny, mimo to postanowiliśmy nie czekać na autobus i przejść się ulicami. Po drodze chciałam zajrzeć do sklepu z deskami do surfingu, ale sprzedawczyni śniła o czymś uśmiechnięta... więc poszliśmy dalej. Czytałam w przewodniku po mieście, że w Manzanillo są restauracje zwane „botanas”, w których dopóki zamawia się drinki ( w naszym przypadku piwo) kelnerzy podają nieustannie jedzenie, coś jak bar w którym płaci się raz przy wejściu i potem można próbować wszystkich potraw do znudzenia. Było gorąco, więc weszliśmy tam na piwo i od razu kelner zastawił połowę stolika lokalnymi przekąskami. Po drugim piwie i kilkunastu przekąskach Tomek zaczął wiercić się na krześle, co znaczyło że ma ochotę już wracać na jacht. W tym momencie na estradę wszedł zespól Mariachi, wiedziałam że teraz nigdzie się nie ruszymy, poza żeglarstwem, drugą pasją Tomka jest muzyka. Mariachi skończyli występ i rozglądali się za chętnymi którym mogliby prywatnie zagrać. Tomek wstał i przywołał ich do naszego stolika, wysyczałam mu do ucha żeby chociaż zapytał ile nas to będzie kosztować , ale Tomek stwierdził że jesteśmy w Meksyku i pewnie nas to nie zrujnuje... Potem okazało się że miał racje, Mariachi zażądali 150 pesos (11$) za piosenkę. Dwunastu „grajków” okrążyło nas kołem, panowie którzy grali na trąbkach oddalili się trochę od stolika, za co jestem im wdzięczna bo i tak trąbiło mi potem w uszach do wieczora, ale Tomek uśmiechał się rozanielony i bił im brawo...

 

Mariachi

  

                                                         mariachi                                                                     śpiąca królewna

Stan i Mary

Stan i Mary


B. 19 luty


Wczoraj podpłynęli do nas sąsiedzi z kotwicy, zapukali grzecznie w burtę i zaprosili nas na.... grę w domino. Spojrzałam na Tomka, Tomek spojrzał na mnie, w końcu trochę zakłopotany, co mu się na ogół nie zdarza, podziękował za zaproszenie i z widocznym „żalem” w oczach odmówił, wykręcając się czymś pilnym do zrobienia... John i Mery stwierdzili że chyba nie mamy włączonego radia, bo nigdy nas nie słychać, a codziennie o 8 rano na kanale 22, jachty głównie amerykańskie, których większość zakotwiczyła tu na stałe, mają swoje pogadanki, informują się wzajemnie w której restauracji można tanio i dobrze zjeść i gdzie są Happy Hours ( Szczęśliwe Godziny) tzn. bary których właściciele aby zwabić klientów, o określonych godzinach serwują podwójne drinki w cenie jednego, potem dyżurny „meteorolog” wchodzi w eter i podaje reszcie prognozę pogody, czasem ktoś pozbywa się jakiś części zapasowych itd.
Nasi sąsiedzi powiedzieli że Amerykanin osiedlony w Manzanillo zaprasza wszystkich żeglarzy z kotwiczących tu jachtów do swojego domu na małą imprezkę.
Wybraliśmy się kiedyś na podobną imprezę w Ensenadzie, które często organizowane są w tamtejszej marinie, oboje nie przepadamy za takimi „spędami”. Większość amerykańskich jachtsmanów to ludzie starsi , którzy sprzedali lub wynajmują swoje mieszkania w Stanach i traktują swój jacht i pobyt w Meksyku jako tani sposób na życie, na ogół to starzy nudziarze. Rozmawiają głównie o tym, jacy to są bogaci i jakie piękne domy mają w Stanach, a potem dzielą się informacjami gdzie można kupić podrabiane, tanie lekarstwa... etc. ( w Meksyku można kupić wszystkie lekarstwa bez recepty, łącznie z Viagrą )
Postanowiliśmy jednak tym razem pójść, zaintrygowani dlaczego jakiś człowiek zadaje sobie trud i zaprasza całą chmarę nieznajomych ludzi do własnego domu...


B. 17 luty

Tomek wstał wcześniej rano (jak zwykle), zajął cały stół w mesie i lutował przewody do komputerów nawigacyjnych, postanowił połączyć je w taki sposób żeby można było używać ich na zmianę, bez  konieczności uchylania ciężkiego panelu w którym są zamocowane i przełączania kabli. Zabrakło mu jakichś przewodów i pojechaliśmy do miasta. Lutowanie pochłonęło go bez reszty, zapomniał nawet o swoim śniadaniu składającym się niezmiennie z jajek na boczku, albo jajek na miękko, albo jajek w ogóle. Pamiętam że w swój samotny rejs zabrał 300 świeżych jajek i 1000 jajek w proszku, taki jajcarz z niego...
Po drodze oboje poczuliśmy głód i stanęliśmy przy straganie z orzechami kokosowymi, Tomek wybrał dwa duże orzechy i obserwował jak sprzedawca, a była nim duża spocona Meksykanka, macha wielką maczetą rozłupując orzechy. Po chwili odwrócił się do mnie i skomentował: ”od takiej baby trzymałbym się z daleka”. Sprzedawczyni rozcięła orzechy w taki sposób że pokazała się mała dziurka w białym miąższu, na migi poprosiłam o słomki do picia, ale Meksykanka z maczetą chwyciła jeszcze jednego orzecha, rozcięła go sprawnie, przyłożyła małą dziurkę prosto do ust, przechyliła orzech i szybko wypiła zawartość. Woda z orzecha spływała jej po brodzie, na koniec cicho beknęła i z szerokim uśmiechem pokazała na pustą skorupę, sugerując że nie potrzeba nam żadnych rurek do picia. Tomek uśmiechnął się kurtuazyjnie ale mimo to poprosił o słomki.
Woda w orzechu była chłodna, słodko - kwaśna i smaczna. Potem sprzedawczyni rozpołowiła puste skorupy i półokrągłym nożem wycięła z nich biały miąższ, który smakował trochę jak niedojrzały włoski orzech.

To kokosowe śniadanie było przyjemną odmianą od jajek na boczku, ale pewnie tylko rozdrażniło żołądek Tomka, nie sądzę aby mój dwumetrowy facet zaspokoił głód słodkawą wodą i kawałkiem orzecha...

Sandra i Tim, których poznaliśmy niedawno, poprosili nas o wpis w pamiętniku z ich podróży.
W pamiętniku tym, ludzie których poznawali na swojej drodze wklejali różne, czasem śmieszne rzeczy, małe śrubki z jachtu, naklejki syren morskich, odciski palców lub zdjęcia swoich jachtów i życzenia pomyślnych wiatrów dla załogi Ultimy...
Spodobał mi się ten pomysł, Tomek skomentował to po swojemu: że przeszłość poza wyciąganiem z niej wniosków nie ma znaczenia i wracanie do niej to strata czasu, mimo to chcę mieć taki pamiętnik z podróży, myślę że fajnie będzie kiedyś do niego wrócić....
Muszę tylko znaleźć solidny, gruby zeszyt.

Dzisiaj zmuszę Tomka i Wacka do małej sesji zdjęciowej.
Dostaliśmy email od jednego z redaktorów Księgi Rekordów Guinnessa, przygotowują edycje na rok 2010 i proszą o zdjęcia Tomka i Wacka w dobrej rozdzielczości.
W związku z tym zrobiłam wczoraj Wackowi nową apaszkę, napisałam na niej „Wacek – załogant S/V LUKA”  i przyszyłam ją do obroży. Uważam że wygląda w niej nieziemsko przystojnie:-)
Chciałam uszyć taką samą apaszkę Tomkowi, ale chyba mu się to nie spodobało, bo spojrzał na mnie przeciągle i popukał się w czoło...

kokosowe sniadanie

kokosowe śniadanie


T. 13 luty - Manzanillo 


Mark zadzwonił zmartwiony i powiedział że nie będzie mógł dziś do nas wpaść bo musi iść do lekarza. Zapytałem o powód, powiedział że właściwie czuje się dobrze, ale ma chory żołądek i nerki, rano zobaczył coś czerwonego w muszli klozetowej i sika też na czerwono. Beata przysłuchiwała się rozmowie i parsknęła śmiechem, wzięła telefon i powiedziała: Mark to czerwone co jadłeś wczoraj z plackami, to była sałatka z czerwonych buraków i nie martw się, jutro zrobisz już normalną kupę. Hehehe.

Mark odzyskał pogodę ducha i zapytał co bym powiedział gdyby on i Kathy popłynęli z nami (czytaj za nami) na Kubę. Wczoraj oglądałem jego jacht, wymuskane cacko, miedziane, wypolerowane na lustro poręcze, klimatyzacja, której i tak nie będzie mógł używać na morzu, chyba że włączy na stałe generator prądu, hydrauliczne kabestany, hydraulicznie zwijane żagle, i choć jacht nie jest nowy, wszystko tam błyszczy i pachnie nowością.
Lisa Marie jest trochę mniejsza od Luki i doskonale wyposażona na sobotnio-niedzielne żeglowania, i choć Mark stwierdził z dumą że w tym roku wydał 170 tysięcy dolarów na nowy tikowy pokład, nowe żagle, klimatyzację i hydrauliczne zabawki, nie ma jednak przyzwoitego systemu nawigacji, możliwości ściągania pogody, a z centralnego miejsca kabiny nawigacyjnej smutno patrzy archaiczny ekran starego radaru.
Mark starannie zamknął zejściówkę, z dumą włączył klimatyzację i otworzył szafę z rzędem butelek. Poprosiłem o wódkę z lodem, kostki lodu były wielkie, a wódka tak doskonale przefiltrowana, że zapytałem czy na pewno mi jej tam dolał. Zwróciłem uwagę że przy tej kasie którą wyłożył w remont jachtu, zapomniał o istotnym temacie, a mianowicie informacji, która podczas żeglugi pomoże mu określić gdzie dokładnie znajduje się jacht i co na niego idzie… Biedak, nie zdaje sobie widać sprawy że na morzu nowiutki tikowy pokład i kostkarka do lodu za 2 i pól tysiąca dolarów przestaje cieszyć, gdy trzeba gonić przez godzinę generator żeby zrobić pięć kostek lodu, a na rozgrzany w słońcu tik będzie mógł wejść tylko w butach, inaczej poparzy stopy. Niemniej z punktu widzenia Jachtsman'a, czyli posiadacza jachtu, który głównie stoi w marinie, nasz nowy znajomy definitywnie ma się czym pochwalić.
Tak jak poprzednio zdziwił mnie jego niezwykły dom, tak dzisiaj nie wiedziałem co mam zrobić z oczami, kiedy przed wyjściem z jachtu Mark zebrał szklanki po drinkach, wyjął z nich nie do końca rozpuszczone kostki lodu, opłukał je w zlewie i włożył z powrotem do zamrażarki... Ech ci bogaci Amerykanie...


T. 12 luty


Beata wsypała sobie do buzi garść mentosów i połknęła z nimi plombę... Bardzo z tego powodu rozpaczała i taksówką „na sygnale”szukaliśmy w Manzanillo dentysty. W końcu kierowca zatrzymał się przed tablicą z napisem La Dentista i obskurnym korytarzem między budynkami dotarliśmy do małego biura. Na stole leżało pudełko z narzędziami, haczyki i skrobaki o przedziwnych kształtach, wyglądały jakby dawno ich nikt nie używał... Zapytałem Beatę czy na pewno chce tu zostać, ale desperacja w jej oczach odpowiedziała za nią. Pani dentystka mówiła trochę po angielsku i wyraźnie rozczarowała się że nie chcemy wstawiać implantów, albo chociaż włożyć zęba pod koronkę. Ciekawe jak te implanty w tej szopce zakłada, pewnie wbija je młotkiem. Wyszedłem na zewnątrz, nie mogłem znieść gwizdania wiertarki, to gwizdanie zawsze wprawia mnie w przerażenie... Beata wyszła po godzinie, uśmiechnięta i zakomenderowała, teraz idziemy na zimne piwo i kurczaka z rożna...
Wieczorem odwiedzili nas znajomi z domu na górze, liczyli na polską kolacje, więc Beata ugotowała czerwony barszcz z grzybami, zagoniła mnie do tarcia ziemniaków, zrobiła ostry gulasz, zasmażane buraczki, i nasi amerykańscy znajomi wchłonęli „polskiego” placka ziemniaczanego po węgiersku, hehe. Usmażyłem je na wielkiej patelni i każdy miał ze 3 cm grubości. Do połowy szło im zupełnie dobrze, potem coraz wolniej je przeżuwali, a w końcu postanowili że muszą odpocząć i wyszliśmy z drinkami na pokład. Podejrzewałem że udają tylko że placki im smakują, ale po godzinie pocąc się, (sos był chyba trochę za ostry) wchłonęli resztę i cmokali że takiego dobrego, polskiego jedzenia jeszcze nie jedli. Dużo było w tym kurtuazji, ale wyczyścili talerze do sucha, więc placki musiały być zjadliwe.

Kathy i Mark

Kathy i Mark


B. 10 luty


Połączenie internetowe dzisiaj fatalne, psuje to nasze plany, musimy przeinstalować wszystkie programy i może w ten sposób zbliżymy się do problemów pactora i Iridium, jeżeli te systemy nie będą działać, nie będzie możliwości odbierania ani wysyłania poczty, relacji, i co najważniejsze ściągania prognozy pogody, a Tomek powiedział że bez obu działających systemów nigdzie się stąd nie rusza, zwłaszcza że gdzieś tam czeka na nas zimowy przylądek Horn.
Niestety przy takim kiepskim połączeniu nie możemy ściągnąć nowego programu do wheaterfax.
Popłynęliśmy więc pontonem do kafejki internetowej na chłodne piwo i internet:-)
Resztę dnia spędziliśmy ściągając programy i robiąc zakupy na internecie, zamówiliśmy nowy data kit do telefonu satelitarnego i twardy dysk do zapasowego laptopa.

Mama Tomka robi dla mnie na drutach super sweter z kapturem, na pewno będzie ciepły i ładny, widziałam swetry które zrobiła Tomkowi, przy okazji powiedziała że nie lubi moich relacji... miała na myśli to moje niefortunne rozlanie herbaty, z teściową trzeba żyć dobrze, więc spróbuję opisać to zdarzenie jeszcze raz:

Po śniadaniu zaparzyłam pełen dzbanek herbaty z cytryną i zaczęłam nalewać ją do kubków, oczywiście najpierw mojemu mężowi, nieszczęśliwie dla Tomka w tym momencie coś nami bujnęło, i polałam go tą gorącą herbatką po worku mosznowym...
Spojrzał na mnie wyrozumiałością i czułością, trochę tylko zmarszczył czoło, a potem wstał i zaparzył nową herbatę, zachował się jak prawdziwy mężczyzna i wzór do naśladowania.

Zielone Manzanillo podobne trujace

Zielone Manzanillo podobne trujace


B. 9 luty - Manzanillo


Udało mi się wyciągnąć Tomka do miasta, nawet długo nie musiałam namawiać, wspomniałam tylko meksykański „rożen”pełen pieczonych kurczaków, które ostatnio jedliśmy... przełknął ślinę i zaczął się ubierać...
Potwierdza się… przez żołądek do serca mężczyzny.
Zaplanowałam drobne zakupy; warzywa, owoce, poza tym trzeba coś z robić ze stosem prania, głownie pościeli, kołder i kocy po naszych pięciu gościach.
W marinie jest samoobsługowa pralnia, ale jedno pranie kosztuje 50 pesos (4 dolary) suszenie tyle samo, szybko obliczyłam w myślach że mamy przynajmniej z 10 wkładów prania plus tyle samo suszenia, i że wydamy na to minimum 1000 pesos, postanowiłam więc sprawdzić ceny w mieście.

Znaleźliśmy pralnie i okazało się że za 250 pesos, nie tylko będziemy mieli wszystko uprane i ładnie poskładane, ale także nie będę musiała spędzać całego dnia w pralni. Trzeba je tam tylko zawieźć...

Drobne rzeczy piorę na jachcie, niestety jeszcze w Cabo San Lukas, mała pralka którą mamy na Luce jakoś dziwnie zadymiła i wypluła całą wodę na podłogę, teraz nie mogę się doprosić Tomka żeby ją naprawił. Pozostaje pranie w rękach... a raczej stopami, ugniatam pranie w misce... rzeczy nie są uprane perfekcyjnie, ale lepsze to niż nic. Mam uczulenie na dłoniach, nie mogę dotykać żadnych płynów i proszków, więc pranie stopami jest idealnym rozwiązaniem, przypomina trochę ugniatanie kiszonej kapusty :-)
Generalnie moje życie bardzo się zmieniło, na lądzie pranie oznaczało włączenie pralki przed wyjściem do pracy, w przerwie wpadałam do domu i przekładałam je do suszarki i po pracy pranie było skończone. Nie wspominając już o takich, „luksusach” jak modelowanie brwi i pedicure u kosmetyczki, czy wizyty u fryzjera....
Teraz pranie to długi „spacer” w misce, albo wyprawa do miasta, brwi muszę „rwać” sobie sama, a włosy obiecał mi obciąć Tomek... i choć zapewnia mnie że podetnie je równo, myślę o tym z niepokojem. Kiedyś widziałam jak obcina Wackowi paznokcie... robił to z jakąś niezdrową pasją...

Wacek po nocnej wachcie

Wacek po nocnej wachcie


T. 7 luty  - Manzanillo
19*06”054 N & 104*24”580 W
 
Wieczorem podpłynęła do nas podcięta Amerykanka z jachtu obok i wcale niedelikatnie domagała się żebym uciszył Wacka, bo jego szczekanie zakłóca jej wieczorny posiłek. Z natury ugodowy, obiecałem że dziś w nocy Wacek będzie zamknięty pod pokładem. Beata skomentowała to po swojemu… jakaś podpita amerykanka itd... ale z drugiej strony, kotwicowisko to jakby mała społeczność, a życie w społeczności oznacza kompromisy... Siedzieliśmy tego wieczoru dość długo, Beata „nocny marek” robiła coś jeszcze na komputerze i w końcu przysnęła na kanapie w mesie, która na Luce znajduje się na rufie, a ja grzecznie przeniosłem się do naszej kabiny i zasnąłem jak kamień. Nad ranem Beata usłyszała hałas, Wacek także się rozszczekał, zaciekawiona wyszła na zewnątrz, ale w ciemnościach nic niezwykłego nie zauważyła. Luka ma niezłą małą motorówkę z podwójnym plastikowym dnem i gumowymi pływakami, a także zupełnie przyzwoity silnik. Rano gdy wyszedłem na pokład, motorówka wyczepiona była z uchwytów, którymi zwykle wyciągam ją z wody, i trzymała się Luki tylko na cienkiej cumie... Uchwyty są bardzo solidne i niełatwo je odpiąć, zwłaszcza z wody. Ktoś definitywnie próbował rąbnąć naszą dinghy. Wieczorem sklarowałem platformę do nurkowania, która uchyla się na solidnych zawiasach, ale szczęśliwie dla nas kiepsko ją tym razem zamocowałem. Złodziej żeby odpiąć motorówkę z uchwytów, musiał się nieźle wychylić i złapał się pewnie podniesionej do góry platformy, a ta z wielkim hukiem spadła mu na łeb, heheh. To obudziło Beatę i dzięki temu nadal mamy naszą ładną dinghy... Oczywiście gdyby nie ta podpita Amerykanka, Wacek wyczułby złodzieja na długo zanim by ten się do nas zbliżył... Od dzisiaj nasz załogant będzie miał wachty kotwiczne w sterówce, a podpitą Amerykankę wyślemy do zatoczki obok...

Manzanillo wieczorem - widok z Luki

Manzanillo wieczorem - widok z Luki


T. 6 luty  - Manzanillo
19*06”054 N & 104*24”580 W

 

Od rana Beata wyciąga mnie do miasta, śniła się jej sałatka ze świeżych, słodkich pomidorów...
Niedaleko mariny czekał na turystów rząd taksówek, trzeba było tylko wdrapać się na wysoką górę. Beata złapała mnie za rękę, niby tak w przypływie miłości, ale naprawdę uwiesiła się na mnie jak na pociągowym koniu, podobno klapki się jej ślizgały... Cwaniaczek.
Taksówka do centrum handlowego kosztowała 45 pesos (13,5 pesos = $1), na ulicy mijaliśmy dymiące pieczonym mięsem smażalnie, zwłaszcza jedna była typowo meksykańska. Głęboki, prostokątny dół z żarem pośrodku, a po bokach piekły się rzędem kawały mięsa i rozcięte płasko na połowę kurczaki. Nie mieliśmy pesos, więc najpierw musiały być zakupy w dużym sklepie, gdzie je nam wymienią, potem wrócimy na wielkie żarcie. Przy centrum handlowym zwróciłem uwagę na pewną parę, wiedziałem że to muszą być żeglarze. Łatwo nas odróżnić w tłumie szczurów lądowych - postrzępione przed kolanami dżinsy i wyblakła od prania w słonej wodzie koszulka... Podszedłem do nich i zagadałem. Okazało się że to Niemcy, sympatyczna para która opływa Amerykę na swoim niedużym (11 metrów) choć dobrze wyposażonym jachcie. Wystartowali z Neustadt/Holstein, prawie opłynęli Horn, przepływając fiordami po jego północnej stronie, i teraz płyną na Alaskę a potem planują zrobić Przejście Północno Zachodnie. Super podróż, choć będzie im tam zimno, a na razie nie mają pod pokładem żadnego ogrzewania. Ich Ultima jest zbudowana z aluminium, a to oznacza że nie mogą używać typowej farby przeciwporostowej, składającej się głównie z miedzi, która jest bardziej „szlachetnym” metalem od aluminium, i zamiast utleniać się i truć otoczenie spowodowałaby że najpierw zacząłby się utleniać aluminiowy kadłub. Istnieją specjalne farby przeciwporostowe do kadłubów aluminiowych, ale są nieziemsko drogie i oszczędnym żeglarzom pozostaje częste skrobanie dna, zwłaszcza gdy żeglują po ciepłych wodach.
Tim powiedział że jutro mają zamiar czyścić dno, muszą także pozbyć się liny, którą złapali gdzieś po drodze i podróżowała z nimi nawinięta na wał i śrubę. Nie mieli jednak nic poza maską i rurką, więc zaoferowałem pomoc. Następnego dnia przycumowali bokiem do Luki. Włączyłem generator i pozwoliłem im skorzystać z naszego kompresora do płytkiego nurkowania... Choć nigdy nie nurkowali inaczej niż na bezdechu, operacja przebiegła sprawnie. Tim co prawda niechętnie zszedł do wody, gdy okazało się że Sandra, która była na tym jachcie etatowym nurkiem, nie może poradzić sobie z rybacką liną, mocno zaciśniętą na wale, ale wynurzył się z uśmiechem i obiecał Sandrze, że kupi jej taki kompresor.
Po południu Ultima wyruszyła w kolejny etap rejsu, sprawdziłem przy okazji nasze radio i rzeczywiście jak podejrzewałem, kiepsko działa, radio na Ultimie zdecydowanie lepiej odbiera, będę musiał przejrzeć połączenia. Na pożegnanie zrobiliśmy kilka zdjęć, a Sandra podarowała Beacie odnóżkę kaktusa. Na Luce znowu zrobiło się przyjemnie i cicho...

 Sandra i Tim na Ultimie

Sandra i Tim na Ultimie


 

T. 5 luty  - Manzanillo
19*06”054 N & 104*24”580 W


Na Luce zrobiło się przyjemnie cicho, miło jest mieć gości i równie miło gdy wyjeżdżają... Chłopaki mieli dużo wielkich toreb, głównie ze sprzętem do nurkowania, a do miejsca gdzie stały taksówki było kawał drogi, i to pod stromą górę. Podszedłem do jankesa, który podjechał właśnie na swój jacht wózkiem golfowym i grzecznie zapytałem czy nie byłby skłonny wwieźć toreb mojej załogi na górę. Jak zwykle w takich sytuacjach rozwinąłem trochę „bajer”, pocmokałem na jego jacht, choć prawdę mówiąc, trudno mi było zachwycać się wielką motorówą z dwoma kwadratowymi silnikami. Okazało się jednak że trafiłem na żeglarza, po drugiej stronie mariny stał jego drugi jacht, zupełnie przyzwoity, 15 metrowy slup. Motorówe kupił sobie na ryby. Musiałem przesadzić z bajerowaniem, bo nie tylko pożyczył nam samochodzik, ale także zaprosił nas na drinka do swojego domu, a potem na kolacje. Głupio było w tej sytuacji odmówić więc przyjęliśmy zaproszenie, choć niechętnie, mieliśmy dziś z Beatą inne plany... Pewnie zawiezie nas do jakiejś wymuskanej białymi obrusami restauracji, a kelnerzy będą zginać się na połowe przy podawaniu talerzy... To nigdy nie był nasz klimat, a poza tym z zasady nie pozwalam płacić za siebie, więc od razu wyobraziłem sobie monstrualny rachunek... Mark przyjechał wieczorem swoim wózkiem, a potem krętymi, brukowanymi uliczkami wjechaliśmy na czubek góry. Nie przyglądałem się okolicy zajęty konwersacją, weszliśmy do jego domu. Generalnie wyznaje zasadę „niczemu się nie dziwić” a mimo to zatrzymałem się w miejscu i otworzyłem szeroko oczy. Dom nie przypominał niczego co dotąd widziałem. Sam dom (czytaj meksykański pałacyk) wybudowany był na wiszącej skale, a główną jego część, olbrzymi salon zadaszał gigantyczny dach z palmowych liści, całość ograniczały trzy ażurowe ściany, wybudowane z na pozór niedbale wyciosanego piaskowca, front tego niezwykłego salonu, zupełnie otwarty, patrzył na błękitną zatokę Manzanillo i kończył się dużym basenem, który był przedłużeniem podłogi wykładanej czerwonymi, kamiennymi płytami i urywał się na krawędzi głębokiej przepaści. To jeszcze bardziej potwierdziło nasze obawy że po drinku pojedziemy do jakieś bufoniastej restauracji, ale znowu się zdziwiliśmy. Mark zapytał gdzie chcielibyśmy zjeść, na co Beata wypaliła że naszymi ulubionymi restauracjami są uliczne smażalnie ryb lub taco, Mark wyraźnie się ożywił i obiecał że zabierze nas do swojej ulubionej knajpy z super jedzeniem. Zatrzymał samochód obok ulicznej smażalni, usiedliśmy przy plastikowym stoliku ustawionym na środku chodnika, i po chwili uśmiechnięta Meksykanka w trochę zatłuszczonym fartuchu przyniosła na stół olbrzymie porcje ostro przyprawionej wołowiny, zawiniętej w kukurydziane placki i małą skrzynkę dobrze schłodzonego, lokalnego piwa. Pozory mylą, mimo że ten golfowy wózek i nieprzyzwoicie wielki dom sugerowały że Mark z żoną to rodzaj jankeskich „pustaków”, okazało się, że to ludzie z fantazją, zamierzają popłynąć swoim jachtem do Australii, a może i dalej....

Ciekawe co wygra... wielka motorówa i zabijanie ryb, czy gotowy do drogi jacht żaglowy i Wielka Podróż...

 

Stopy wody Mark, niech Mama Ocean zawsze się do Was uśmiecha

 


T. 4 luty  - Manzanillo
19*06”054 N & 104*24”580 W

Wracamy na kontynent, poza Maćkiem chłopaki dostają stresa.
Przemek albo śpi, albo leży nieruchomo i obserwuje sufit, pewnie tęskni do żony, o której poza tematem o łodziach podwodnych, najchętniej rozmawia. Rysiek od dwóch dni nie roztaje się z butelką rumu i odgraża się że w tym roku wyprowadzi motor z garażu i ruszy przed siebie. Marek z pasją polewa się oliwą i wyciska dołek w pokładzie, musiał odziedziczyć po którymś przodku południowe geny, bo czarnieje w oczach, zastanawiam się czy po tym rejsie kiedykolwiek zblednie... Paweł ćwiczy pompki na pokładzie, albo obwiązuje się liną i skacze za burtę , twierdzi że mu gorąco, ale coś mi się wydaje że on także chciałby już wyskoczyć na ląd. Maciek nadal poluje na dużą rybę, choć połowę lodówki zapełnia potworek którego niedawno złapał. Poza wieloma umiejętnościami Maciek posiada także talent robienia super zdjęć, i mimo że niełatwo wprowadzić mnie w zachwyt, patrze na niektóre z zapartym tchem. Murena w „kapeluszu” zasługuje na okładkę National Geographic.
Bladym świtem wsunęliśmy się do zatoki w Manzanillo (od nazwy drzew z których budowano tu kiedyś okręty), najpierw wjechaliśmy do portu, podobno największego w Mexyku, ale po krótkiej konwersacji z kapitanem portu okazało się że wylot węża do tankowania ma średnicę wiadra, a przepływ paliwa mierzy się tu w hektolitrach. Popłynęliśmy na drugą stronę zatoki, która jak czubkiem szpiczastego buta osłania przytulną, malutką marine. Niestety Luka ledwo się w niej mieściła, jachty stały prostopadle do kei, przywiązane dziobem do małych bojek, od których się tu roiło, a mały basen pocięty był pajęczyną lin trzymających jachty . Przy pierwszym podejściu do pomostu złapaliśmy line w śrubę, trzeba było zrzucić kotwice i Maciek wkroczył do akcji. Skoczył do wody na bezdechu z nożem w zębach i po chwili śruba była uwolniona. Luka to ciężka łajba i zupełnie nie reaguje na ster gdy próbuje ją wycofać. Zniecierpliwiony Paweł chwycił cumę i kraulem dopłynął do nabrzeża, teraz mogliśmy dociągnąć rufę popuszczając łańcuch kotwiczny i solidnie zacumować. Nie będę ukrywał że lepszy ze mnie żeglarz niż cumownik...
Nie zdążyłem jeszcze przywiązać ostatniej liny, gdy pokład zapełnił się torbami załogi, musieli spakować się już wczoraj, wyskakiwali na brzeg jakby moja solidna łódka miała za chwile zatonąć, a przecież nie krzyczałem na nich podczas rejsu i pozwalałem nawet sikać za burtę... Zdaję się że poza Maćkiem i może Pawłem, dupy z nich nie żeglarze hehe, choć każdy z nich jest doskonałym nurkiem i świadomie zdecydowali się na niewygodę w drodze do celu...Większość atrakcyjnych miejsc do nurkowania na świecie jest już skomercjalizowana, i tylko w tych oddalonych można znaleźć podwodne życie, które patrzy na bomblującego stwora z równą ciekawością z jaką on je obserwuje.

   Manzanillo        ktos jej nadepnal na ogon

                                                            Manzanillo                                                               ktos jej nadepnal na ogon