Panama
 

 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


31 stycznia

No i lecimy do Polski.
Bilety już kupione, najpierw lecimy do Niemiec na kilka dni odwiedzić moją rodzinę, 18go lutego lądujemy w Gdańsku, a stamtąd do Tomka Iławy.
Wygląda na to że trzeba będzie ubrać grube majtki... i wygrzebać z magazynku na rufie ciepłe ciuchy, przygotowane na wizytę u zimowego Pana Horna.
Od lat chodzimy w japonkach a śniegu nie widzieliśmy od lat 12... może w ogródku u mamy Tomka ulepimy sobie bałwana:-)

 


27 stycznia

Janusz odleciał do zaśnieżonego Nowego Yorku.
Siedzieliśmy z Tomkiem i Kubą pod pokładem, panowie popijali przedobiednie drinki, ja swoje białe wino.
Nagle usłyszeliśmy że ktoś gwiżdże i woła Wacka... ale bez odzewu ze strony naszego Wacusia, normalnie reaguje głośnym szczekaniem na każdy ruch wokół jachtu.
Tomek wyszedł na pokład i okazało się że... Wacek wypadł za burtę.
Nigdy mu się to dotąd nie zdarzyło, opłynął z Tomkiem świat, i teraz w porcie na kotwicy prawie utonął...
Gdyby sąsiedzi z kotwicy nie zauważyli jak próbował wdrapać się na burtę Luki, pewnie po kilku minutach osłabłby i ...
Szczęśliwie uratowany Wacek kichał, pokasływał, a serce przez godzinę waliło mu jak miech kowalski.
Tomek zarządził Wackowi areszt domowy, do momentu uszczelnienia siatek rozpiętych na relingach, które nie są jeszcze do końca naciągnięte po żelkotowaniu pokładu.
Kuba zaoferował że jutro się tym zajmie a póki co, Wacek siedzi pod pokładem.

 

 


25 stycznia

Życie na Luce wraca na stary kurs.
Ryszard z Waldkiem odlecieli do mroźnego Nowego Yorku.
Tomek wrócił do remontowania jachtu Abrahama, Kuba pojechał na lotnisko sprawdzić swój plan “B”, tzn. dowiedzieć się o loty do Tubuala - miasta na pograniczu Panamy i Kolumbii. Poprosiliśmy Kubę aby przy okazji zrobił zakupy, min. grzbiety kurczaka na obiad (przysmak kapitana), a ja z Januszem wybrałam się na wycieczkę do Miraflores Locks.
Obserwowaliśmy ogromne kontenerowce i statki pasażerskie, które ocierały się prawie o ściany śluzy. Olbrzymom po obu stronach zostawało tylko 12 inczy luzu.
Z głośników dobiegał głos przewodnika: skąd i dokąd jednostka płynie, jakie ma zanurzenie, co wiezie... etc. a na końcu tych danych technicznych padała suma z dokładnością do jednego centa: ile statek zapłacił za przejście kanału.
I tak np. pasażerski statek “Coral Princess” zapłacił 240 tysięcy, 150 dolarów i 62 centy, japoński kontenerowiec załadowany dwoma tysiącami samochodów osobowych – zapłacił ponad 260 tysięcy (z centami).

Prace nad budową kanału zostały ukończone w 1914 roku, kanał posiada trzy śluzy, które „wynoszą” jednostki na wysokość 26 metrów ponad poziom morza, a woda która je „podnosi” pochodzi z jeziora Gatun.

Niedawno zaczęto prace nad budową kolejnych śluz, które będą większe, i w odróżnieniu od dotychczasowych, nie będą spuszczały słodkiej wody do oceanu, woda będzie cyrkulować w obiegu zamkniętym, w obecnym systemie słodka woda, którą wypełniane są śluzy, spływa do morza.

Po południu wróciliśmy z Januszem na Luke, Kuba z Tomkiem właśnie gotowali obiad.
Okazało się że Kuba zamiast grzbietów, kupil 5 funtów szyjek z kurczaka:-)
 W jakiś sposób Kuba skojarzył grzbiet z karkiem, i przetłumaczył sobie „kark” na hiszpański... no a że sprzedawcy z karków wyszły szyje to już nie jego wina:-))

W sumie potrawka z szyjek była smaczna, panowie "dopchali się" hamburgerami przyniesionymi przez Janusza z miasta, kupił ich wielką torbę, gdy dowiedział się o szyjkach w potrawce. Postanowił chyba uratować załogę od zagłodzenia :-)
Troskliwy facet z tego Janusza...

   

   

 


Rejs na Las Perlas

( 16 - 24 stycznia )


13 stycznia

Tomek poszedł niewyspany do pracy... zasiedzieliśmy się wczoraj.
Kuba pojechał do Colon w poszukiwaniu jachtu-stopu, a ja zrobiłam sobie wycieczkę do kafejki internetowej i "przemeblowałam" trochę naszą stronę.
Spotkaliśmy się wszyscy o 16, i razem wróciliśmy na Luke, wieczór był podobny do poprzedniego: dyskusje, przerywane muzyką. W międzyczasie panowie porównywali swoje tatuaże...

Następnym celem podróży Kuby jest Columbia, z Panamy nie można się tam dostać lądem, chyba że z maczetą przez dżunglę, więc Kuba szuka jachtu, który płynie w tamtą stronę, póki co został wcielony do załogi Luki i Tomek przygotowuje go do zdobycia nowej sprawności „harcerskiej” : nurkowanie i czyszczenie dna.

Porównują tatuaże


12 stycznia

Kuba jest interesującym młodym człowiekiem, otwartym i inteligentnym, więc Tomek z tym swoim szelmowskim uśmiechem prowokuje go do dyskusji na tematy bosko-filozoficzne...
Zdradziłam Kubie sposób na "zamknięcie" Tomka, gdy będzie miał już dość, wystarczy podnieść obie ręce do góry:-)
Działa.
Wieczór upłynął w atmosferze poważnych dyskusji przeplatanych dzieleniem się „ dobrami”.
Wertowaliśmy internet, YouTube, wrzuta.pl  a także nasze twarde dyski i „dzieliliśmy się” swoją ulubioną muzyką, zdjęciami i filmikami.
Kuba zapoznał nas z muzyką, której do tej pory nie znaliśmy, myślę że my też podrzuciliśmy mu jakiś kawałek, który mu się spodobał, mimo „różnicy pokoleń”.


11 stycznia

Odwiedził nas Kuba: żeglarz, taternik, a ostatnio wędrowiec. Poznaliśmy go jakiś czas temu poprzez National-Geographic.pl, włóczył się wtedy po Ameryce Środkowej.
Kuba mówi o swojej podróży – pielgrzymowanie, ja nazwałabym to poszukiwaniem.
Teraz odpoczywa u nas, choć aktywnie, bo Tomek prowokuje go do dyskusji zasadniczych, albo wynajduje robotę na pokładzie…
Biedny Kuba... Więcej na temat jego podróży można przeczytać na stronie:
http://mygrandtour.tk/

 


5 stycznia

Nasi znajomi Bob i Alex polecieli do Londynu wziąć ślub, odwiedzą nas jeszcze w drodze powrotnej, już jako para młoda...
Bob ma jakieś kłopoty z wizą do Mexyku i obawia się że go nie wpuszczą tam z powrotem, zapytał więc Tomka czy w razie czego, nie przeprowadziłby mu jachtu do El Salvador, oczywiście odpowiedz Tomka brzmiała: „ a od czego ma się przyjaciół”.
Skomplikowałoby nam to trochę plany... no ale z drugiej strony, byłaby to mała przygoda, nasi znajomi zostaliby na Luce, a my pożeglowalibyśmy ich jachtem:-).

Filmy z LUKI

Tomek

Trzyczęściowy film z nurkowania na Socorro :

Part 1     Part 2   Part 3

 


4 stycznia

Znajomi przypominają o relacjach.
No więc, a to Święta, goście, a to praca na Luce... a ostatnio pożyczyliśmy od znajomego z kotwicy zewnętrzny dysk z 1 terabyte filmów.
3 dni przeglądania, co już oglądaliśmy, a czego nie, i kopiowanie...
Ale za to w długich przelotach następnego rejsu będziemy mieć dużo nowych filmów.
Tomek coraz częściej marudzi że chce już płynąć... musimy jednak czekać do marca na wyjaśnienie pewnych spraw i „przyjazne wiatry” na południe.

Zanim wypłyniemy w nasz rejs będziemy mieć dwa krótsze rejsy, w styczniu odwiedzą nas znajomi z N.Y. Popłyniemy z nimi na Pearl Islands, a w lutym zaprzyjaźnieni nurkowie z Polski – w końcu mamy nowy solidny kompresor:-)

Żeglarz, od którego go kupiliśmy, wypłynął jeszcze tego samego dnia przez Kanał do Cartageny, nie czekając nawet na pieniądze i umówiliśmy się że przelejemy je na jego konto, przez internet.
Niestety okazało się że z naszego banku przez internet, możemy przelać tylko 1000 dolarów dziennie, więc dzień po dniu przelewałam po $1000, w końcu „spłaciliśmy raty” i wszyscy są szczęśliwi. Tomek bardzo chciał mieć ten kompresor, poznaliśmy Jima w Manzanillo MX, na rufie jego jachtu szczelnie obudowana stała wielka maszyna do nabijania butli, kompresor wyglądał jak nowy, a licznik pokazywał że pracował tylko 15 godzin...
Napędzany jest jednocylindrowym deaslem, Yanmar, z rozrusznikiem (ale można go też odpalić ręcznie) który pobiera paliwo prosto ze zbiorników jachtu. Już wtedy w Manzanillo mój kapitan powiedział: „ten  kompresor znajdzie się u nas na Luce”.
Zabrzmiało to w tych okolicznościach dziwnie, za kilka dni odpływaliśmy w stronę Hornu, a właściciel na razie nie chciał go tak naprawdę sprzedać i wyskoczył z ceną 8 tysięcy dolarów.
Cena była stanowczo za wysoka, choć nowy kompresor tego typu, z ochraniającą go solidną skrzynią ze stali nierdzewnej kosztowałby ok. 11 tysięcy dolarów.
Ale co ma popłynąć, popłynie…   
Z powodu awarii  przy Wyspie Wielkanocnej zmieniliśmy plany i skierowaliśmy Luke do Panamy, i cóż za niespodzianka. Po tygodniu zjawił się tu także nasz kompresor. Jim na swoim s/v Seahorse przypłynął do Panamy i zaczęły się pertraktacje, które z przerwami trwały do ostatniego dnia pobytu Jima w Panamie.
Teraz ładowacz butli stoi solidnie zamocowany na rufie Luki i chyba trzeba będzie wymyślić mu jakieś imię.
Nasz autopilot nazywa się "kochanie", bo gdy się buntuje, Tomek gada do niego: "kochanie przestań lecieć ze mną w ch...  i włącz tą pompę", albo:"kochanie nie możesz teraz przestać działać, zepsuj się w porcie" itp.  Może nazwiemy naszego ładowacza Heniek od Herkulesa :)