Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


 

01/31/2011, Panama

Kula w nogi

Wstać było ciężko... 6 rano to jakąś strasznie nieprzyzwoita godzina...

Wcześniej rano pojechaliśmy z Markiem i Grzegorzem do Colon, odwiedzić Krzysztofa w szpitalu.
( Krzysztof Masior jest I oficerem na kontenerowcu APL Bogota, i został postrzelony przez jakiegoś łobuza w nogi i okradziony)

Krzysztof ucieszył się z naszej wizyty, mimo ze jutro mieli go juz wypisać, i prosto ze szpitala miał jechać na lotnisko i lecieć do Polski.

Jak się okazało później, sprawy przybrały inny obrót.

W drodze ze szpitala spotkaliśmy się z Wiesią i jej mężem - Ozirisem, który oczywiście jak przykładny mąż - nauczył się pięknie mówić po polsku.
Nasi znajomi zaprosili nas na lunch, po czym odwieźli na Lukę, to właśnie ta nasza słynna polska gościnność.

Obiecaliśmy sobie, że na jakiś czas koniec imprez, i od jutra bierzemy się ostro za prace na Luce, a dziś juz tylko film i relaks...
No i wtedy zadzwonił Brat Franek ze ma do nas pilna sprawę i chciałby przyjechać.
Bliźniemu się nie odmawia, no a proboszczowi to juz w ogóle... :-)

Kiedy tak dyskutowaliśmy z Frankiem... telefon zadzwonił znowu... Krzysztof. Wypisali go ze szpitala wcześniej, jest w hotelu w Panamie... no i fajnie byłoby się spotkać.
Złożyło się tak, że nasz niespodziewany gość - Franek, przyjechał samochodem i mógł jechać z nami po nieoczekiwanego gościa ... Krzysztofa.

Oczywiście resztę wieczoru wypełniły dyskusje o żeglarstwie, jachtach i ich budowie, jako ze Krzysztof oprócz tego, że pracuje na kontenerowcu, jest właścicielem dwóch jachtów, i buduje trzeci, więc obydwu kapitanom tematów do rozmów nie brakowało...

I spać znowu poszliśmy o czwartej nad ranem....


 

01/30/2011, Panama
Grill u Michała

Ledwo otworzyliśmy oczy i dobudziliśmy się... tzn. przed południem, zadzwonił do nas Michał: "gotowi?"
Dzisiaj zaproszeni jesteśmy do Michała i Zaidy na grilla... jednak w związku z tym, że wczoraj wróciliśmy późno, gotowi jeszcze nie byliśmy.
W ciągu kilkunastu minut przygotowaliśmy sałatę i mięso na grilla, wzięliśmy szybki prysznic i niedługo potem przyjechała po nas Zaida.
Zaida wracała z pracy, trochę zmęczona, ale w dobrym nastroju, przeprowadziła rano skomplikowana operacje jelit u trzymiesięcznego dziecka... Jest świetnym chirurgiem, dobrym człowiekiem, i równą koleżanką.

Pojechaliśmy do sąsiedniej, ładnej dzielnicy Panamy - Balboa, gdzie mieszkają nasi znajomi.
Michał i Zaida mają 8 letniego syna - również Michała. Michałek mówi po polsku, hiszpańsku i angielsku.

Na grillu była również Wiesia, która poznaliśmy już poprzedniego wieczora u Braci Werbistow, jednak dopiero dziś mięliśmy okazję porozmawiać dłużej.
Wiesia jest wspaniałą kobietą, to miedzy innymi dzięki jej pomocy Marek mógł dokończyć projekt budowy domu spokojnej starości dla misjonarzy weteranów, ale nie tylko dla nich, chętnie przywitają w nim każdego wędrowca.

Poznaliśmy nowe grono naszych rodaków, a także parę ex-zeglarzy, którzy, zmęczeni życiem na morzu - osiedlili się w Panamie.

Dowiedzieliśmy się, że I oficer, pracujący na kontenerowcu APL Bogota - Krzysztof Mąsior został postrzelony w nogi i leży w szpitalu w Colon. Mama Zaidy - Bethania, zna dobrze dyrektora szpitala, w którym leży Krzysztof, więc zadzwoniła dowiedzieć się o stan zdrowia naszego oficera.

Na grillu miał również zjawić się Artur z zona.
Artur w pewnym momencie zadzwonił z wiadomością, że żona " chyba rodzi".
Na poród wydawało się być dużo za wcześnie - 5 miesiąc, Zaida zareagowała i po chwili cała trojka była w drodze do szpitala.

A my znowu wróciliśmy na Lukę późno w nocy... ale jak można było inaczej... towarzystwo super, drinki z lodem i pyszne mięso z grilla...


 

01/29/2011, Panama

Spotkanie u Braci Werbistow

Po południu przyjechał po nas Grzegorz i razem wybraliśmy się w odwiedziny do Brata Marka, mieszkającego na obrzeżach miasta Panamy. Na spotkaniu był również mieszkający niedaleko Brat Franek - proboszcz lokalnej parafii, oraz Wiesia, którą przybyła tu jako jedna z pierwszych polskich emigrantów: poślubiła swojego kolegę ze studiów i ... przyjechała z nim do jego kraju - Panamy.

Powoli zaczęli pojawiać się również inni goście; Bożenka z mężem, którzy przywieźli nasze radio ICOM z San Diego. Mirek, który, nie tylko z imienia, bardzo przypomina nieżyjącego brata Tomka, i Tomek od razu zapalał sympatią do tego szczerego i otwartego człowieka.
Śpiewaczka operowa z Ukrainy, Angela, z mężem, rodowitym Panamczykiem... który świetnie omowi po polsku, wraz z ich urocza córeczka, oraz Michał, który przyjechał tu na trochę w interesach, i za tydzień wraca do Europy.
Swoja obecnością spotkanie zaszczycił także Konsul Honorowy Polski w Panamie, konsul nie mówi po polsku, ale lepszy taki, niż żaden...

Ogólnie - bardzo sympatyczni ludzie. Bracia Werbisci; Marek i Franek zaserwowali smaczne kiełbaski z grilla, jako że spotkanie odbyło się w celu uczczenia ukończenia budowy małego domu spokojnej starości, z czterema pokojami dla misjonarzy weteranów.(na zdjęciu)

Wieczorem goście powoli zaczęli zbierać się do wyjścia, i została nas tylko garstka, Brat Marek, Mirek i Michał, wrócił tez Brat Franek, który opuścił nas wcześniej, aby odprawić wieczorne nabożeństwo.

I wtedy zaczęły się dyskusje, na tematy, które Tomka najbardziej interesują: "gdzie, skąd , dokąd" itp..

Niewiadomo kiedy zrobiła się 2:00 w nocy... najwyższy czas, aby wracać do domu... na Lukę.


 


01/27/2011, Panama

Pies na d...

Wczoraj wpadł do nas Grzegorz, którego poznaliśmy kilka dni wcześniej, przywiózł, jako mały upominek kiść bananów no i przepyszne polskie kabanosy i Żywca.
Pycha:)
Dziś natomiast Grzesiek zaprosił nas do siebie do domu.
Grzegorz wynajmuje na pół z kolega Henrym super mieszkanie w pięknej, starej dzielnicy Panamy. Spędziliśmy bardzo przyjemne popołudnie przy drinkach, winie, i ciekawych dyskusjach, zakończone kolacją - pysznym chilli. Wacek jak zwykle nie potrafił się zachować. Grzegorz ma trzy łagodne suki, i Wacek przez kilka godzin, niezmordowany robił podchody do każdej, mimo ze duże suczki znajdowały się poza zasięgiem kurdupla Wacusia.
Chyba liczył na szczęście:-)
Kiedy zebraliśmy się do wyjścia, Wacek zaparł się nogami i ... absolutnie nie chciał z nami wracać...
Tomek musiał mu pomoc delikatnym kopniakiem...


 

01/25/2011, Panama

Winda kotwiczna ponownie.

 

Wyremontowany silnik windy kotwicznej już na pokładzie, a raczej pod pokładem, w moim małym warsztacie. Fachowcy wymienili, co prawda uzwojenia, armaturę na rotorze, założyli nowe uchwyty szczotek, ale zainstalowali także zbyt dużą śrubę mocującą szczotki do obudowy, której część wewnętrzna odstawała tak bardzo, że uzwojenia rotora o nią zawadzały. Silnik po prostu zawadzał o coś w środku, gdy próbowałem przekręcić nim ręcznie. No wiec rozebrałem kolegę jeszcze raz i dołożyłem trochę tej niezbędnej, technicznej dokladności "ludzi północy". Miejmy nadzieje ze reszty chłopaki nie popieprzyli, i winda wyciągnie nasza kotwicę...


01/23/2011, Panama

Niespodziewani, bardzo mili goscie

Po południu wybieraliśmy się na brzeg, aby załatwić coś na internecie, i wtedy zadzwonił telefon. Dzwoniła kobieta i płynną polszczyzną przedstawiła się, jako koleżanka Grześka, którego poznaliśmy kilka dni wcześniej, spacerując główna ulica Panamy. (Avenida Central) Zaida i Michał, a także ich mama, byli w naszej okolicy, wiec postanowiliśmy się spotkać, i wieczorem na Luce mieliśmy niespodziewanych, ale za to bardzo miłych gości. Wyjaśniło się potem, dlaczego Zaida, mimo ze rodowita Panamenka, tak doskonale mówi po polsku. Okazało się, że nasza nowa znajoma studiowała w Polsce medycynę, a po specjalizacji z chirurgii dziecięcej, zakończyła edukacje w Polsce tytułem Doktora Nauk Medycznych. Niezwykle uzdolniona kobieta. Michał, nasz rodak i mąż Zaidy, pracuje u dealera Toyoty, a mama Zaidy jest także lekarzem i od lat pracuje w tzw. Czerwonej Strefie Panamy, z przekonania, po "judymowsku" pomaga tym najbiedniejszym.


 

01/22/2011, Panama
Warto marzyć, warto wierzyć...

Kilka dni temu pisaliśmy o losach młodego, polskiego podróżnika i żeglarza - Kuby Fedorowicza, który z plecakiem przewędrował Amerykę i dotarł aż do Ushuaia, oraz o tym jak został przyjęty przez załogi dwóch jachtów, które stały w tamtejszym porcie.

Rok temu spędziliśmy z Kubą kilka fajnych tygodni w Panamie, potem umówiliśmy się, że spotkamy się w Ushuaia i razem popłyniemy na Antarktydę.

Niestety z powodu wielu awarii jachtu, w okolicy 40'S musieliśmy zrezygnować z opłynięcia przylądka Horn i wrócić do Panamy. Kuba dotarli do Ushuaia na umówione spotkanie, i wydawało się, że w tej sytuacji, dalej na południe podróżować się już nie da i będzie musiał udać się w drogę powrotna do Polski...

Nasz młody, ale twardy i zdecydowany podróżnik nie poddał się jednak, nie zdradził swoich marzeń, i zwyciężył... Płynie właśnie na Antarktydę w załodze luksusowego jachtu Katharsis, i to w doborowym towarzystwie.

Kuba jest także świetnym fotografem i na pewno na jego blogu ukażą się już wkrótce niesamowite ujęcia z rejsu na ten odizolowany, najbardziej wysunięty na południe kontynent.

Link do bloga Kuby.

 

 


 

01/19/2011, Panama

Navigatrix.net

Navigatrix

 

 


01/18/2011, Panama
Żeglarski system operacyjny do pobrania za darmo.

Wczoraj zaprosiliśmy na obiad Boba, starszego, samotnego żeglarza ze Stanów, który mieszka na swoim jachcie i kotwiczy w Panamie od 8 lat. Przy rozbijaniu 14 kotleta schabowego, powiedziałam do Tomka: wiesz co, może zaproś jeszcze kogoś na obiad, chyba za dużo mięsa kupiłam... Takiej propozycji nie musiałam Tomkowi dwa razy powtarzać, wsiadł w ponton i pojechał zaprosić znajomego - Davida z Niemiec i jego dziewczynę - Panamenke. Tak wiec towarzystwo było międzynarodowe, ale polski obiad wszystkim smakował, każdy chętnie brał dokładkę, schabowe, buraczki i pieczone młode ziemniaki zniknęły szybko ze stołu... Komplement dla kucharki:-) No... kapitan też pomagał;-)

Po obiedzie cale towarzystwo przeniosło się do sterówki, gdzie było zdecydowanie przyjemniej - chłodniej niż pod pokładem. Przy dźwiękach Gypsy Passion i butelce rumu gadaliśmy do późna...

David mieszka na swoim 30 stopowym trimaranie w Panamie od wielu lat, ale tak naprawdę to nie żeglarstwo jest jego pasja - Davida konikiem jest programowanie i elektronika.

Jest autorem programu Navigatrix, który stworzył z myślą o braci żeglarskiej. Navigatrix to oprogramowanie na bazie Linuxa, nie jest instalowane na twardym dysku - jak systemy operacyjne, ale na pen drive (usb stick).

Przy uruchomieniu komputera, wchodzimy w opcje BIOS-u i zmieniamy kolejność startowania komputera, tak, aby pierwszy na liście był USB. Nasz komputer ruszy z pen drive'u, na którym mamy oprogramowanie Navigatrix, i ominie twardy dysk - co jest super zaletą, zwłaszcza w trakcie żeglowania - oszczędność prądu, a także w przypadku, kiedy twardy dysk padnie lub system operacyjny komputera odmówi posłuszeństwa...

Navigatrix to żeglarski system operacyjny, ma wbudowane aplikacje przydatne każdemu żeglarzowi: program nawigacyjny Open CPN, z możliwością podłączenia AIS, przeglądarkę internetowa, skype, mapę nieba... itp. W całości to super rozwiązanie, jeśli doda się małą samochodowa antenkę GPS z wejściem usb ( -+30$), laptop zmieni się w chartplotter, a gdyby do tego zmodyfikować starą UKF-kę, na ekranie chartplottera pojawi się także pasywny AIS.

Mały pen drive z oprogramowaniem Navigatrix możną podłączyć do każdego komputera, który stanie się komputerem nawigacyjnym bez instalowania i konfigurowania wielu programów.

Używamy Navigatrix od 6 miesięcy i polecamy, jest do pobrania za darmo ze strony: http://navigatrix.net/ gdzie znajduje się także więcej informacji.

 

 


01/16/2011, Panama
Winda kotwiczna i Rodacy w Panamie

Udało się w końcu znaleźć specjalistę, który naprawi silnik naszej windy kotwicznej. Tomek zostawił silnik w zakładzie naprawczym tydzień temu, wczoraj mechanik zadzwonił do nas z wiadomością, że silnik jest, co prawda do naprawienia, a raczej do odbudowania, ale będzie to kosztować $600 i zanim sprawa nabierze rozpędu musimy przywieźć zaliczkę na części. Pojechaliśmy więc zawieźć tę kasę na drugi koniec Panamy. W drodze powrotnej kupiliśmy dla kapitana świeże jajka, prosto z fermy - 4 zgrzewki(120 sztuk)... i gdy tak paradowaliśmy główną ulicą Panamy - Avenida Central - z tymi jajami... usłyszeliśmy mowę ojczysta... Oczywiście Tomek zaczepił rodaków, którzy markując rozmowę z budki telefonicznej próbowali zrobić zdjęcie i uchwycić na nim wyjątkowo korpulentna Panamenke, w niezwykle oryginalnym stroju, tak, aby ona tego nie spostrzegła. Nowo poznani znajomi to Grzegorz, który mieszka w Panamie od 8 lat, i dwie urocze, młode dziewczyny: Ania z Gdańska i Ania z Olsztyna. Okazało się, że Ania z Olsztyna mieszkała poprzednio w Iławie, i to na osiedlu, na którym mieszkał Tomek. Jakiż ten świat mały...

Wymieniliśmy się numerami telefonów i zaprosiliśmy naszych nowych znajomych na Lukę. Grzegorz oznajmił, że ma tylu znajomych Polaków w Panamie, że musielibyśmy mieć Titanica, żeby wszyscy mogli wpaść, Tomek skonkludował, że wprawdzie Titanica nie mamy, ale pewnie jakoś damy rade:-)

 

 


01/12/2011, Las Brisas de Amador

Gówniani żeglarze

Wiele lat mieszkałam w USA, gdzie wyrobiłam sobie własną opinię na temat Polaków zamieszkałych za granicą: większość w pogoni za pieniędzmi gubi gdzieś po drodze przyjazną słowiańską duszę i staropolską gościnność... Zawsze jednak myślałam, że dotyczy to tylko Polaków zakorzenionych już trochę na obczyźnie, natomiast zupełnie nie spodziewałam się, że podobnie sprawa może się mieć z polskimi żeglarzami, którzy kilka dni wcześniej oderwali się od ojczystej ziemi.

Nasz dobry znajomy, rodak, żeglarz (z solidnym patentem) i sympatyczny młody człowiek, podróżujący z plecakiem po Ameryce Południowej, zawędrował kilka dni temu do Ushuaia. Oczywiście odwiedził lokalną marinę. Pierwsze swoje kroki skierował w stronę łódki z biało - czerwoną flaga. (też bym tak postąpiła) W odpowiedzi na przyjazne "ahoj" ze strony młodego podróżnika, ziomka - do relingu podszedł jeden załogant Selmy, i po chwili zdawkowej rozmowy, spotkanie rodaków na końcu świata zakończyło się, bez zaproszenia na/pod pokład, bez kubka gorącej herbaty w zimnym porcie Ushuaia...

Zajęci może chłopcy byli... albo zestresowani... no cóż...

Jeśli założyć, że żeglarz to nie tylko osoba, która lubi żeglować, ale że bycie żeglarzem reprezentuje przynależność do pewnej, określonej grupy ludzi, to w moim świecie dla załogi Selmy nie ma wytłumaczenia - gówno nie żeglarze.

Historia naszego sympatycznego znajomego żeglarza nie kończy się jednak smutno. W Ushuaia stał także ekskluzywny jacht z UK - Katharsis II, z polską załogą. Nasz znajomy podróżnik został ugoszczony gorąca herbatą i przyjazna atmosfera na pokładzie jachtu pływającego pod brytyjska bandera...


01/09/2011, 08°55.35'N:079°31.84'W

Las Brisas de Amador

 

Przestawiliśmy Lukę na kotwicowisko Las Brisas de Amador, w La Playita zauważyli już nowy jacht (Lukę) na kotwicowisku, skojarzyli nas z nim i trzeba było zacząć płacić $5 dziennie za dobicie pontonem do pomostu. Tutaj, dzięki prezydentowi Martinelli, pomost, przy którym zostawia się pontony jest bezpłatny. Trzy ostatnie dni na Luce były imprezowe, drinki, rozmowy do późna w nocy, ta trzydniówka trochę nas zużyła... poszliśmy spać z kurami...

 

 


 

01/08/2011, 08°54.50'N:079°31.46'W
Goście bez butów

Wczoraj Tomek pojechał do miasta z zamiarem naprawy silnika windy kotwicznej i okazało się, że jest duży problem ze znalezieniem specjalisty, który by go naprawił. Ja w tym czasie wybrałam się do kafejki internetowej, jednak internetu "zabrakło" już po 20 minutach, a potem zerwała się ulewa. Lało ponad godzinę i razem z Tomkiem, który właśnie wrócił z miasta, czekaliśmy osłonięci od porywów wiatru i ściany wody, i obserwowaliśmy naszą Lukę, co by nam jej nie wywiało w zatokę... Wychodząc nie zamknęliśmy włazów i okien, w Panamie jest sucha pora, i nie spodziewaliśmy się deszczu, więc po powrocie musieliśmy suszyć pościel i materace. Za to pokład był pięknie wymyty:-) Ulewa domyła zabrudzenia, których ja niedoszorowałam dwa dni wcześniej - wyszorowanie 17 metrów (długości) pokładu Luki na błysk to nie jest lekka praca... Wieczorem odwiedzili nas żeglarze z jachtu obok, jechali prosto z miasta, i brudnymi buciorami zapaskudzili cały pokład. Podjęliśmy niezłomną decyzje: goście zanim wejdą na pokład będą grzecznie proszeni o pozostawienie obuwia w pontonie. Nigdy dotąd tego nie robiliśmy, ale Tomek pracował kilka miesięcy w upale, aby zrobić nam ładny biały pokład, i fajnie byłoby gdyby na jakiś czas taki pozostał...


 


01/07/2011, Na pokładzie Luki
Żeglarskie spotkanie

Odwiedzili nas żeglarze z Kanady, Grażyna i Maciek. Przywieźli ze sobą polską wódkę i kiełbasę - czym sprawili ogromna przyjemność mięsożernemu kapitanowi Luki. Dyskusje o łódkach, żeglarstwie, a także z cyklu: morskie opowieści, trwały do pozna w nocy. Kapitan Tomek i kapitan Maciek nie przestawali mówić nawet na chwile... udało nam się z Grażyną wtrącić parę razy... kiedy jeden skończył, a drugi nabierał oddechu :-) A mówi się, że kobiety to gaduły...

Spędziliśmy bardzo przyjemny wieczór. Rano Tomek zaserwował nam pyszne śniadanie a la Luka: jajecznicę z cebulą i polską kiełbasą:-) Przed południem pożegnaliśmy naszych nowych, przesympatycznych znajomych, następnym razem spotkamy się juz pewnie na ich nowym, 45 stopowym jachcie...


 

01/06/2011, La Playita
464 kg kokainy

Kolejny nasz znajomy z kotwicowiska w Panamie, Holger z Niemiec, któremu kilka miesięcy temu, w ramach pomocy żeglarskiej zainstalowałam program do ściągania pogody i skonfigurowałam Iridium z komputerem, został złapany przez australijski Coast Guard 500 nm od wschodniego wybrzeża Australii w trakcie przeładowywania na inny jacht 464 kg kokainy. Szkoda tylko jego psa, który płynął z nim... Pewnie trafił do schroniska. Jego suczka Gabi, bawiła się często z Wackiem, opiekowaliśmy się nią, kiedy Holger pływał w rejsy zarobkowe na innych jachtach i nie mógł jej z sobą zabrać.
Wiecej informacji

 


01/05/2011, kotwicowisko La Playita de Amador
Zaciśnięte pośladki kapitana

Wczoraj Tomek rozłożył na części naszą windę kotwiczną i dziś spalony silnik powinien znaleźć się w naprawie. Potem wspinał się po grotmaszcie i sprawdzał zamocowania want i bloków. Jak zwykle wchodził na maszt bardzo niechętnie, za każdym razem oświadcza, że tyłek mu się zaciska, kiedy o tym myśli, to chyba wspomnienie tego dramatycznego wejścia w trakcie samotnego rejsu, gdy prawie spadł z masztu... Sprowadził też na dół róg falowy z kawałkiem sztaksla, który został na maszcie, podczas gdy jego reszta oderwała się i zjechała na pokład w czasie jakiegoś wyjątkowo silnego szkwału, i do Panamy przywieźliśmy trzepoczącą się pod topem biała chorągiewkę.

Ja zajęłam się sprzątaniem, myciem pokładu, okien - przez które niewiele już było widać, oraz innymi pracami porządkowymi. Zadzwoniliśmy też do agenta, aby wstępnie uzgodnić warunki przejścia kanału.

Po południu poszłam z Wackiem na spacer i internet, głownie, aby opłacić domenę - zeglarz.net (strona powinna znów działać w ciągu 72h), a Tomek wsiadł w ponton i popłynął na kotwicowisko obok - Brisas de Amador - tam gdzie staliśmy poprzednio. Spotkał wielu znajomych, ale nie udało mu się odszukać Steve'a, który woził na jachcie 4 zapasowe membrany do odsalarki, a my potrzebujemy nową... Większość jachtów tylko przepływa przez Panamę, stoją tu jakiś czas, w oczekiwaniu na przejście kanału, aby zaprowiantować jachty, albo naprawić awarie, ale są też tacy, którzy żyją tu latami na swoich jachtach. Okazało się, że do pomostu na kotwicowisku Brisas de Amador znowu można dobijać za darmo, stoi tam policjant, który pilnuje... aby właściciel nie kasował czasem żeglarzy $5 za przywiązanie pontonu, a to, dlatego że szef i właściciel mariny - Izraelita Abraham, uparcie odmawia swojego wkładu w rozwój Panamy i notorycznie unika płacenia podatków. Prezydent Panamy, pan Martinelli nie lubi chyba żartować, rok temu zjawił się w marinie z buldożerem i rozjechał nim biuro mariny, a teraz aresztował pomost i postawił przy nim policjanta.

Wieczorem spotkaliśmy się z Tomkiem w kafejce internetowej, i razem wróciliśmy na jacht, na kolacje - tym razem micha smażonej karkówki z cebulą dla Tomka i micha sałaty dla mnie:-)



 

01/03/2011, 08°54.50'N:079°31.46'W
La Playita de Amador - Panama

Wczoraj rzuciliśmy kotwice w La Playita de Amador - Panama. Biuro emigracyjne w niedziele było nieczynne, więc pierwsze kroki skierowaliśmy do miasta, na zakupy. Wieczorem na Luce była uczta żeglarska (czytaj - tylko konkrety), jedzenie, za którym tęskniliśmy na morzu. Micha pieczonego kurczaka dla kapitana, micha - sałaty dla mnie, zimne piwo marki Panama dla nas obojga:-) ... i kosteczki dla Wacka...

 

 


.01/02/2011, Panama - la Playita

Rzuciliśmy kotwicę

4 tysiące mil non - stop. 6 tygodni na Pacyfiku. Pół godziny temu rzuciliśmy kotwicę, Tomek właśnie zrzuca ponton z pokładu na wodę... przygotowujemy się do wyjścia na lad.

 


01/01/2011, 07°57.35'N:079°45.00'W

Śmierdząca ryba

Do Panamy 60 mil. Zaczęły się już pojawiać ćmy mutanty. Nazywam je mutanty, bo są wielkości wróbli. 2 lata temu, kiedy dobijalismy do Panamy, wystraszylam się, kiedy takie monstrum wpadło nagle do sterówki...

Wczoraj siedziałam, na nocnej wachcie, Wacek biegał po pokładzie, od czasu do czasu zaglądając do mnie do sterówki, w pewnym momencie w sterowce okropnie zacuchnęło, śmierdzącą rybą. Wacek znowu wytarzał się w zgniłej rybie, czasem nasz pies ma takie odchyły, chowa łatającą rybę pod worek z żaglem, a kiedy juz cuchnie odpowiednio - tarza się w niej. Ciekawe dlaczego... Po reprymendzie zeszłam z nim do łazienki pod prysznic. Przed 2: 00 rano poczułam się bardzo śpiąca, zwykle trzymam wachty do świtu, ale wczoraj musiałam obudzić Tomka żeby wziął antybiotyk i poprosiłam żeby posiedział z godzinkę a ja się troszkę prześpię. Moj kochany kapitan pozwolił mi spać do południa:-)

Zresztą na Luce nigdy nie trzymamy wacht z zegarkiem w ręku. Ja zaczynam wachtę po zmroku, i umówiliśmy się z Tomkiem, że siedzę dopóki nie poczuję się śpiąca. Z natury jestem tzw. sowa, i zwykle bez problemu trzymam wachty do świtu. A ponieważ Tomek wstaje jak skowronek szarym świtem, za to zaraz po zmroku zasypia jak niemowlę, nasze wachty same układają się w naturalny sposób :-) Uważamy, że byłoby bez sensu trzymać się zegarka, gdyby Tomek musiał się męczyć na nocnej wachcie, jeśli mi przychodzi to bez problemu, albo gdyby mnie obudzić na wachtę o 5 rano, kiedy mój organizm życzy sobie spać do południa:-)... a Tomek budzi się o 5 rano jakby miał zamontowany budzik :-)

Jutro dobijemy do Panamy i wachty skończą się na jakiś czas:-)


Grudzień 2010 r