Panama
 

 

Share

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


30 sierpnia


Płyniemy, przez ostatnie 3 doby miałam tylko jedną, 4 godzinną wachtę, resztę czasu przespałam, dopiero dziś czuje się trochę lepiej, jestem w stanie wstać... (ciekawe na jak długo) Tomek sam musiał czuwać i wszystkie wachty były jego:-) No ale przecież opłynął świat, to nie poradzi sobie z autostradą przy Panamie?:-) Zapach mięsa przyprawia mnie o mdłości, a Tomek jak na złość, kiedy płyniemy, je co 2 godziny... i to głównie mięso...
Uff, jeszcze jakoś jestem w stanie przeżyć zapach smażonego kurczaka (chociaż też z trudem, normalnie czuje nawet zapach piór, których już nie ma), ale zapach kiełbas ( które sama przecież robiłam) powoduje że mną targa..
Wymusiłam na Tomku żeby nie jadł ich przez kilka dni, dopóki ja nie poczuje się lepiej.
Musiały też zniknąć ze sterówki, skąd ich zapach rozprzestrzeniał się po całym jachcie. Mój kochany kapitan posłusznie przewiesił wszystkie kiełbaski i suszone mięso do środkowej kabiny.( a i tak je czuje przez drzwi) Ale inaczej nie byłabym w stanie wysiedzieć w sterówce, jedyną czterogodzinną wachtę przesiedziałam na dachu sterówki  tam nie było czuć kiełbasek... i tych wszystkich przypraw; gałki muszkatowej, oregano, kolendry, etc.
Ja chyba już zostanę wegetarianką...
Tomek się wkurza, podczas ostatniej mojej choroby morskiej nie mogłam znieść zapachu czosnku i cały czosnek wylądował za burtą... tym razem padło na mięso...
Podsumowując: Tomek i Wacek jedzą ciągle mięso, i już sami pachną jak smażone mięso i lepiej żeby trzymali się z dala ode mnie:-)

  

 


26 sierpnia


Przez ostatnie 2 dni Tomek przygotowywał jacht do rejsu, a ja byłam w szale ostatnich zakupów  żywności na rejs, głównie świeżych warzyw, owoców i mięsa, oraz marynowania i suszenia go.
Rano podnieśliśmy kotwicę. Gdy tylko zacznie bujać - rozpocznie się mój tydzień absencji, większość tego czasu pewnie prześpię - tak reaguje na chorobę morską. To niesprawiedliwe, że ja choruje tydzień a Tomek w ogóle nie choruje, i na początku rejsu je dwa razy więcej niż zwykle, ja nie jem w ogóle...

 


24 sierpnia


Czas płynąć, na kotwicowisku w Amador zrobiło się duszno. Na sąsiadujących z nami jachtach dwoje ludzi zachorowało na raka, Tomek wszedł w konflikt z właścicielem tutejszej mariny, z powodu pontonu, który obiecał komuś przypilnować, i nawtykał Abrahamowi od złodziei, na co ten - ważna osobowość lokalna (wypasa swoje owce w swojej marinie) - zaczął się wygrażać i odgrażać. Mimo że mieliśmy ruszyć w rejs za 2 tygodnie, zmieniliśmy plany. Luka zapakowana jest żywnością, zbiorniki pełne paliwa, ruszamy, czas zostawić za rufą brudną zatokę panamską.

 

 


20 sierpnia

Śmierdzący dzień.
Rano przez sen usłyszałam wściekłego Tomka, wymyślał Wackowi od śmierdzących debili, tudzież innych... których nie będę tu przytaczać. Okazało się że Wacuś dostał „zwarcia” i podczas kiedy my wczoraj wieczorem zasnęliśmy na kanapach w mesie, Wacek zrobił kupę na środku naszej koi, i wysikał się na Tomka poduszkę.
Szukałam na internecie powodu tego świra naszego pieska, znalazłam info że pies miał pewnie jakąś traumę... ale żadnego jej powodu sobie nie przypominam. Może Wacuś miał jakiś zły sen...
Przed południem popłynęliśmy do sąsiedniej mariny zatankować Luke pod korek, był duży przybój, Luka prawie wyrywała pomost przy którym tankowaliśmy, właściciel w obawie że go rozerwiemy próbował nas odłączyć od smoczka, silnie sugerując żebyśmy przypłynęli po południu, zagadałam Tomka, który w tym momencie tankował zbiornik wewnątrz jachtu, Tomek posłusznie założył na powrót schody zejściówki, pod którymi był wlew do jednego ze zbiorników, by wyjść i pomóc mi rozwiązać pyskówkę z właścicielem, ale wtedy pistolet który pompował ropę wyskoczył z wlewu zbiornika, i dokładnie zlał ropą najpierw Tomka a później kabinę nawigacyjną, łącznie z sufitem i ścianami...

Sprzątanie jachtu, pranie pościeli z Wacka traumy, i ciuchów z ropy zajęło mi całą reszte dnia, i pół wieczoru...

 


 17 sierpnia

Zaprosiliśmy na wieczór Jima z Luizą, mieszkających na pandze.
Luiza wraca do Kolumbii, więc chcieliśmy się z nią pożegnać.
Później wpadli jeszcze nasi znajomi Francuzi, Katoon i Filip... i podczas kiedy tak sobie dyskutowaliśmy, zadzwonili znajomi z s/v Attila – płynącego na Antarktykę... aby złożyć mi życzenia urodzinowe.
Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zapomnieć o własnych urodzinach – gdyby nie ten telefon... uciekł by mi jeden rok życia:-)
Tomek w ogóle nie pamięta żadnych dat, zwykle to ja przypominam mu o różnych urodzinach... ale o swoich zapomniałam:-)
W sumie impreza, chociaż nieoczekiwana była bardzo udana, przyszli jeszcze jedni znajomi, i na zasadzie „czym chata bogata” bez przed imprezowego szału w kuchni, przyjemnie spędziliśmy wieczór, nawet udało mi się namówić Tomka na gitarę, oczywiście wmawiając mu że jest mi to winny bo zapomniał o moich urodzinach:-)

Następnego dnia mój kapitan powiedział: jedz do miasta i kup sobie coś ładnego na urodziny (leń śmierdzący).
Nie lubię sobie sama kupować prezentów, ale wykorzystałam to jako okazje żeby kupić maszynkę do mielenia mięsa - której mi nie pozwalał kupić, mówiąc że na jachcie nie ma miejsca na takie rzeczy.
A ja myślałam o maszynce jako o jeszcze jednym sposobie na przyrządzanie ryby – których jemy najwięcej kiedy płyniemy, i zamiast ciągłych filetów, można by zrobić paluszki rybne.
Gdy wróciłam z miasta, i pokazałam Tomkowi co sobie kupiłam na urodziny, popukał się palcem w czoło.
Tej samej nocy zmieliłam 10 funtów mięsa i obwiesiłam cały jacht kiełbaskami własnej roboty i kawałkami mięsa zapeklowanymi w różnych przyprawach, do zasuszenia... ciekawe jak to wyjdzie...
Czytałam masę przepisów na internecie, i wybrałam przepis na cured - dry kiełbasę , w związku z tym że nie miałam ich jak uwędzić.
Teraz snuje plany nad wędzarnią:-)
Ale kapitan powiedział że niedługo nasz jacht zatonie od tych wszystkich rzeczy które znoszę na pokład, w związku z tym muszę wykombinować coś z czegoś co już mamy:-)

A ten pomysł z kiełbaskami to przecież przez to, że Tomek jest mięsożerny i zastanawiam się jakby tu zakonserwować mięso dla niego na nasz rejs... no chyba że uda nam się jeszcze naprawić zamrażarkę zanim wyruszymy.

 


15 sierpnia


Od kilku dni Tomek uszczęśliwia żeglarzy na kotwicowisku, jeśli tylko mają starsze modele UKF-ek.
Otóż można przerobić zwykle radio VHF (UKF)  tak że będzie działać także jako odbiornik AIS. Tomek wstawia w radia oporniki i małe gniazdka do połączenia radia kablem dźwiękowym z komputerem,  a później  ja wgrywam program nawigacyjny Open CPN, który zawiera w sobie opcje AIS i wszystko ślicznie działa.

Ja ostatnio zajmuje się komputerami – okazuje się że mnóstwo żeglarzy wie tylko jak włączyć i wyłączyć program, i kiedy chodziliśmy do kafejki internetowej,  zamiast zajmować się naszymi sprawami – wciąż komuś  z czymś pomagałam.
Stwierdziłam że przecież mogę zarobić na tym parę dolców, i tak się zaczęło...
Oczywiście od znajomych, ludzi, których lubimy, nie bierzemy pieniędzy, a wręcz przeciwnie.
Ostatnio Tomek, oprócz pomocy z komputerem, dał sympatycznym Niemcom naszą zapasową antenę GPS i programy nawigacyjne – ponieważ nic na jachcie nie mieli...  lub pewnemu Węgrowi,  który wyszedł w morze z zamiarem dotarcia do Antarktyki, i w ostatniej chwili trzeba było wszystko zainstalować, spędziłam całą dobę, aby wszystko funkcjonowało perfekcyjnie, oczywiście na zasadzie przyjacielskiej pomocy.

Są jednak ludzie, którzy np. przeprowadzają jachty na zlecenie, potrzebują pomocy, w takich wypadkach zleceniodawca płaci za wszystko, także za naprawę komputera, skonfigurowanie telefonu satelitarnego i programów nawigacyjnych z komputerem etc.
I w końcu i ja się czuje lepiej że nie tylko Tomek zarabia:-)
A poza tym wciąż się czegoś nowego uczę, każdy program nawigacyjny jest inny, inne anteny GPS, inne oprogramowanie komputera, inne konflikty etc.

 


14 sierpnia


Poznaliśmy Scotta na motorowym jachcie Mona Mona, Scott dostał swoją łódkę za 1$ od starego moto - żeglarza, któremu znudziło się już morze i wrócił na ląd.
Na początku wydał mi się interesujący, mówił o sobie że jest słynnym wynalazcą - wynalazł aparat do nauki mowy dla głuchoniemych dzieci. Opowiadał o wielu latach spędzonych w Wenezueli, i o zagrożeniu ze strony zdegenerowanych rybaków, którzy w nocy odkładają sieci i biorą w ręce karabiny, okradają, czasem mordują swoje ofiary na kotwicowiskach lub na pełnym morzu.
Mimo rosnącego każdego roku zagrożenia (w Wenezueli robi się coraz bardziej niebezpiecznie) zwłaszcza dla samotnego starego człowieka, siedział tam z 10 lat (bo tanie paliwo) i sfustrowany zaczął produkować  bomby zapalające:-)
Pokazał nam film demonstrujący wybuch takiego „urządzenia” - oraz składniki, półprodukty i gotowe bomby.
Do ich produkcji wykorzystywał duże bombki na choinkę, na których było napisane: „Merry Christmas” :-) i wypełniał je sobie znaną kompozycją; z benzyny, prochu, czegoś tam jeszcze, zapalnikiem zrobionym z wodoszczelnych zapałek.
Ukrywał je przed ewentualną kontrolą, w puszkach po zupach Campbell, którym wycinał denka, tak że otwierając szafkę z zapasami wyglądały jak zapuszkowane zupy...
To wszystko zrobiło na mnie wrażenie i zapytałam czy mogę zrobić zdjęcia, (z myślą o naszej stronie) ale Scott postawił warunek, zgodzi się na zdjęcia, jeśli najpierw pomogę mu rozwiązać problemy z jego  komputerem nawigacyjnym i poszukiwaniem kobiety do załogi.
Oczyma wyobraźni już widziałam opis produkcji bomb wraz ze zdjęciami:-)
Sformatowałam Scottowi komputer, wgrałam całe oprogramowanie, skonfigurowałam nawigację etc., zrobiłam także zdjęcie Scott'a i jego Mony Mony i umieściłam anons o poszukiwaniu załogi – kobiety  na kilku stronach żeglarskich.
Wszystko zgodnie z życzeniem Scotta, poświęciłam na to całe 2 dni.
Jednak po bliższym kontakcie okazało się że Scott jest troszkę niezrównoważony psychicznie, generalnie gościu od przebywania w samotności swojego jachtu dostał świra, mój poemat pt. „bomby zapalające Scotta" przestał mnie podkręcać.

jacht Scotta Mona Mona


 

13 sierpnia

Dawno nie pisaliśmy relacji na stronę.
Oboje zajęci byliśmy remontem jachtu, a później nie kończącym się porządkowaniem i sprzątaniem.
Po remoncie pokładu jacht wewnątrz pokryty był białym pyłem, dodatkowo, skoro już i tak trzeba sprzątać – zrobiłam to generalnie.
Zapasowe części, których mamy masę, trzeba było naoliwić, ułożyć puszki według terminu przydatności do spożycia. Nasz „stalowy” zapas składający się z wielkich puszek zawierających różne produkty z przydatnością do spożycia na 30 lat, zaczął już rdzewieć, trzeba było puszki odrdzewić i malować... etc., etc.
Później jeszcze drobne naprawy wewnątrz jachtu, lakierowanie miejsc, które już tego wymagały... i tak czas zleciał.
Po całodziennej pracy na jachcie, wieczorem myśleliśmy już tylko o wypoczynku, tzn. obiad, czasem drinka i obejrzenie jakiegoś filmu do snu, nie chciało się nam pisać relacji na naszą stronę.
Ale jesteśmy zadowoleni z efektu, przydałoby się jeszcze odnowić podłogę i dobudować nowy, duży zbiornik na wodę, ale to zrobimy już na Karaibach – inaczej nigdy stąd nie wyruszymy...

Tydzień temu zaczęliśmy robić zakupy na rejs, kupiliśmy 600 jajek, mąke, cukier, itp. i wtedy nasz znajomy Janek - Australijczyk polskiego pochodzenia, zapytał czy nie zajęlibyśmy się jego jachtem przez 3 tygodnie.
Janek kupił 25 m katamaran gdzieś na Jamajce, i zamierzał przeprowadzić go do swojej Australii. Przeszedł kanał, i w drodze na Galapagos, tuż po wyjściu z Panamy stracił maszt, więc postanowił przetransportować go do Australii na pokładzie statku.
Firma, która podjęła się tego zadania za jedyne 70 tys $, zawaliła sprawę, termin wciąż się przesuwał, w związku z tym Janek zażądał rekompensaty, albo zwrotu pieniędzy, i zagroził że skorzysta z usług konkurencji.
Otrzymał rekompensatę za opóźniający się transport jachtu w postaci biletu do Australii i z powrotem do Panamy, oraz firma będzie opłacała osobę opiekującą się katamaranem podczas nieobecności Janka – czyli Tomka, który sprawdza co kilka dni czy kotwica trzyma.
Janek wraca 6 września do Panamy, i myślę że my wyruszymy w nasz rejs, nie później niż 10go września.

katamaran Janka polskiego kangura


 

CZERWIEC