Panama
 

 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty 


31 października

Tomek nadal pracuje przy remoncie jachtu motorowego.
Właściciel tego jachtu, pochodzi z Izraela, jest również współwłaścicielem tutejszej mariny i właścicielem okolicznych sklepików i knajpek. Problemów finansowych więc raczej nie ma, ale gdy musi zapłacić Tomkowi za pracę, odwleka sprawę, robi się bardzo zajęty, nagle ulatnia się z mariny i jest nieosiągalny telefonicznie...  a przyciśnięty do muru, płaci z wyrazem twarzy jakby mu właśnie matkę zabijano... 
Ech ci "oszczędnisie"...

 


30 października

Znów w marinie „siadł” internet, czyli nie mamy też internetu na jachcie.
Znając tutejsze realia, potrwa z miesiąc albo dwa zanim go naprawią.
W Panamie podobnie jak w Meksyku, szanuje się pracę, aby jej nie zabrakło:-)
„Mańana” (jutro) jest typowym słowem kiedy próbuje się cokolwiek załatwić.
Turyści przyzwyczajeni do europejskiej punktualności i rzetelności, czy amerykańskiej, prostej zasady załatwiania spraw „od ręki”, jeśli to tylko możliwe, muszą uzbroić się w cierpliwość...
No więc… mańana, mańana, mańana...

 


28 października

Dzisiaj na zakupach w supermarkecie spotkałam naszego znajomego Anglika, Jima, kupił małą puszkę fasoli i jeszcze mniejszą paczuszkę makaronu...
Wiem że wcześniej szukał pracy...
Wygląda na to że nie ma kasy nawet na jedzenie, opowiedziałam o tym Tomkowi i postanowiliśmy pomóc mu w miarę naszych możliwości, pod jego nieobecność zawieźliśmy na jego „jacht” puszki mięsne i warzywne, zupy w proszku, cukier, ryż, makaron, herbatę...etc.

 


27 października

Od dawna zwracałam uwagę Tomkowi że nasz pokład jest już brzydki, farba z wykładziny antypoślizgowej wyleniała, a chciałabym żeby był znowu lśniący i biały...

W końcu Tomek stwierdził że nie ma zamiaru robić tego już nigdy więcej i zamiast farby kupił żelkot. Ale gdy zaoferowano mu remontowanie jachtu motorowego, nasz pokład został "na potem". 

Zaproponowałam że ja to zrobię, Tomek odpowiedział że ten pokład to mój pomysł... więc czemu nie...
No i teraz żałuję, w sumie to prosta praca, ale bardzo żmudna i czasochłonna...
Zachciało mi się białego pokładu...

 


22 października

Wybraliśmy się na otwarcie nowego baru, zachęcani przez managera mariny. Bar okazał się zupełnie nieżeglarski, a i ceny jak w knajpie dla bufonów:-)
Do tego ta głośna muzyka... którą trzeba było przekrzykiwać...
Wróciliśmy do "naszej” starej knajpki, czyli do stolika na zewnątrz małego sklepu z internetem i tam dokończyliśmy wieczór w towarzystwie znajomych żeglarzy.
Zrobiło się późno więc postanowiliśmy dziś nie gotować i iść na pizzę, mamy tu niedaleko super miejsce, niedrogie a pizza bardzo smaczna.
Ale kilka dni temu kiedy czekałam na autobus, poznałam Włocha, który twierdził że jest właścicielem oryginalnej włoskiej pizzerii, kawałek dalej, po drugiej stronie ulicy.
Zaczęłam więc wyciągać Tomka w „nowe” miejsce, Tomek trochę się opierał i przekonywał że „nie naprawia się tego co dobrze pracuje...”, mamy tu blisko pyszną pizzę, po co gdzieś łazić...
Ale ja się uparłam...
Wcześniej sąsiad z kotwicy, poprosił by go podwieźć na jego jacht... (no właśnie), a ponieważ najpierw szliśmy na pizze, zabraliśmy go z sobą.
Czekaliśmy na naszą pizzę "la lena" dobre 45 minut, już wtedy wyczułam że to chyba jakaś pomyłka... chciałam zrezygnować i wyjść, Tomek mnie jednak przekonał że tak "się nie robi"...
Później przyniesiono nam dwie pizze, spieczone i suche jak stare bułki, jedną z słonymi jak solanka anchovies (sardelowate –  z rodziny ryb śledziokształtnych), z plastrami topionego sera jakiego się używa do tostów, zamiast mozzarella, oliwkami z pestkami... i w ogóle „kaszana” jakiej chyba jeszcze nigdzie nie jadłam...
Pizza była droga i niesmaczna, i jeszcze długo po zjedzeniu musiałam słuchać że to moja wina...
Tomek nie zrezygnował jednak ze swoich planów, wróciliśmy do „naszej” pizzerii i zamówiliśmy ogromną pizzę – 50% pepperoni i 50% hawajskiej.
Ledwo ją w trójkę zmęczyliśmy.
Miałam trochę wyrzuty sumienia że wydaliśmy dziś za dużo kasy...
Żeglarze się tak nie rozbijają po knajpach:-)
Ale kiedy nasz znajomy żeglarz zaczął opowiadać jak dotarł tu z Kolumbii na łodzi rybackiej z… namiotem, bez steru...
Jak zbiera wodę deszczową do picia, i od roku je tylko fasole, ryby i ryż, przestałam żałować, sprawiliśmy tą pizzą naszemu znajomemu Anglikowi dużą przyjemność, wciąż powtarzał że nie pamięta już kiedy jadł pizzę... Tomek w weekend pomoże mu napełnić zbiorniki wodą... tu nie ma tylu deszczów co w Kolumbii i brakuje mu wody pitnej, nie ma pontonu więc nie ma jej jak sobie przywieźć...
Ciekawy facet, mieszkał przez wiele lat w górach Kolumbii, na pytanie co tam robił, odpowiedział że dużo o sobie myślał...
Jakiś czas temu kupił łódź rybacką, wzmocnił ją, założył silnik i przerobił na "jacht" , przypłynął tym "jachtem" do Panamy...

         

                                            jacht naszego znajomego Anglika Jima                   od lewej Scott- kanadyjczyk, Jim - anglik i Tomek Big Polack

 


21 października

Dni mijają szybko.
Na naszej nowej stronie pozostała do zrobienia już tylko mapa rejsu i parę drobiazgów...  bardzo podoba nam się interaktywna mapa na stronie www.conceptsailing.org, niestety nie potrafię takiej zrobić, nawet nie wiem jak się do tego zabrać...
Tomek remontuje wielki jacht motorowy, ale tak właściwie to raczej buduje go od nowa.
Sprawia mu to chyba przyjemność bo wraca z pracy uśmiechnięty, a przy tym uzupełnia naszą skarbonkę.

motorówka ktorą remontuje Tomek

   


18 października

Dziś zaprosiliśmy na jacht paru znajomych, takie luźne spotkanie w małym gronie.
Absolutnie żadnego gotowania, jest zbyt gorąco aby stać przy garach i popisywać się „polską gościnnością”, mała zakąska, wino i coś mocniejszego dla kapitanów.
Towarzystwo było umuzykalnione, Joel to pianista i żeglarz, ma na swoim jachcie wielki fortepian, (wspominałam o nim kiedyś) Ronald namiętnie śpiewa niemieckich klasyków... Wieczór upłynął miło, choć trochę nudnawo. 
Chyba czas zmienić „wyspę”...

 


17 października

Radość z powodu powrotu na Luke zakłócił mi kompletny bałagan na jachcie. Nie jestem pedantką, uważam jednak że są pewne normy.
Tomek organizował jakiś czarter i jak to facet, porządek to ostatnia rzecz, którą by się przejął, czarterujący też raczej to olewali, kuchnia wyglądała jakby przebiegł przez nią tabun dzikich koni, w salonie walały się niedomyte kubki i narzędzia z maszynowni, a w sterówce było... chyba wszystko, czego nie powinno tam być, więc z kwaśną miną zabrałam się za sprzątanie. Tomek w tym czasie taktycznie się ulotnił... doskonale wie jaki mam nastrój, kiedy muszę po kimś sprzątać... wolał zejść mi z drogi...

 


 

16 października

Wróciłam do Panamy.
Chociaż i tym razem nie było łatwo...
Córka odwiozła mnie na lotnisko do Fort Lauderdale, i stanęłam w długiej kolejce przed stoiskiem Spirit, aby mój elektroniczny bilet zamienić na papierowy, i tu spotkała mnie niespodzianka. Okazało się że nie mogę wylecieć z USA do Panamy, mając bilet tylko w jedną stronę... Kompletne zaskoczenie.
Tego było już za wiele, najpierw nie chcieli wypuścić mnie z Panamy, a teraz nie chcą mnie wypuścić ze Stanów, prześladuje mnie pech wyjazdowy i postanowiłam z nim skończyć.
Powiedziałam że chce rozmawiać z kierownikiem, z sąsiedniego stoiska przytoczyła się półtonowa murzynka, ale rozmowa potoczyła się mniej więcej w podobny sposób. Panama nie życzy sobie turystów z biletem w jedną stronę.
Szefowa stoiska Spirit zaczęła się nawet uśmiechać i przekonywała mnie że nie chcą mi utrudniać życia, ale takie są przepisy...
Zdeterminowana, gotowa byłam kupić bilet powrotny do Stanów, z którego i tak nie skorzystam.
Po długiej kolejce nie pozostało śladu, byłam ostatnią osobą, która wciąż stała przy okienku.
Nie dopuszczałam myśli że i tym razem mogę nie polecieć... W końcu murzynka stwierdziła że jeśli pokaże jej jakiś dowód że mieszkam na jachcie, to pozwoli mi polecieć i wtedy przypomniało mi się że przecież zabrałam różne dokumenty na Luke, i wśród nich jest kopia własności jachtu.
Zadziałało:-)
Pracownik linii lotniczych zrobił kopie kopii:-), i zaczęliśmy ważyć moje bagaże, okazało się że obydwie torby są dużo za ciężkie, wiozłam w nich części które zamówił Tomek, żagiel sztormowy i worek kiełbasy z polskiego sklepu dla Tomka. Mimo to pracownik linii Spirit powiedział że na dowód że wcale nie zamierza mi utrudniać życia - przepuści je i nie zażądał dopłaty za ekstra bagaż... Uff, wyleciałam i po trzech godzinach lotu wyściskałam na lotnisku Tomka.