Panama
 

 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


30 listopada

Tomek nadal pracuje na jachcie Abrahama, ostatnio wraca pokuty i podrapany od fiberglassu, ale za bardzo nie narzeka:-)
Ja układam i organizuje nasze zapasy, w związku z tym że dokupiliśmy trochę nowych puszek, wszystkie stare trzeba było wyjąć i przejrzeć pod względem przydatności do spożycia, puszki z najdłuższą datą ważności ułożyłam na dnie, a na wierzch te, które trzeba zużyć w pierwszej kolejności.
Kupiliśmy też duży zapas mąki, cukru, herbaty, kawy i ryżu, te rzeczy trzeba jeszcze popakować w indywidualne worki foliowe i szczelnie zamknąć.
Przy okazji nastąpiła mała reorganizacja, Tomek powiedział że jesteśmy lekko przechyleni na lewą burtę, więc ciężkie rzeczy przełożyłam na prawą stronę jachtu, aby to wyrównać.

Wyrzuciliśmy 25 kg ryżu, który kupiliśmy ostatnio w Meksyku, łaziły w nim jakieś małe czarne robaczki, zdecydowanie nie będziemy już kupować dużych opakowań, są bardziej ekonomiczne, ale później jest z nimi kłopot, trudno takie wielkie worki poupychać na jachcie, no i jeżeli taki duży worek zamoknie, albo coś się w nim zalęgnie, to trzeba cały wyrzucić.

 


28 listopada

Wczoraj “przyszkwaliło”, przez godzinę wiatr dochodził do 40 węzłów, ogromna barka zaczęła ciągnąć kotwice i dryfować... Tomek włączył silnik i za chwilę miał wyciągać nasze obie kotwice, ale wiatr ucichł i barka zatrzymała się kilkanaście metrów od nas.
Wołaliśmy załogę barki przez radio, ale nie było na niej żywej duszy więc Tomek powiadomił kapitana portu.

Dzisiaj rano przypłynęły dwa holowniki aby przestawić barkę, myśleliśmy że przestawią ją tam gdzie była, albo jeszcze dalej... pomyłka...
Barka była pewnie zamknięta i załoga holownika nie mogla uruchomić windy kotwicznej, więc holowniki ciągnęły barkę o wyporności pięciu tysięcy ton razem z kotwicą. Efekt był taki że przyciągnięto ją jeszcze bliżej zakotwiczonych jachtów i tak zostawiono.
W tej sytuacji to my się przestawiliśmy, jeżeli barka znów pociągnie kotwicę, co się pewnie zdarzy, “skosi” po drodze kilka jachtów... nie chcielibyśmy znaleźć się na jej “drodze”...

Gdy przeciągano barkę, kazano jednemu z żeglarzy przestawić swój jacht, ponieważ był zakotwiczony dokładnie tam, którędy zamierzano ją holować. Amerykanin zaczął więc wyciągać kotwicę, barka nieudolnie holowana była już kilka metrów od jego rufy i płynęła prosto na niego... a on zamiast jak najszybciej zejść jej z drogi, skrupulatnie płukał wężem łańcuch kotwiczny... aby sobie nie zabrudzić pokładu:-)... Doprowadziło to do jeszcze większego zamieszania, holowniki próbowały zmienić kurs barki, posypały się „merdy” po hiszpańsku i angielskie „fucki”.

Siedzieliśmy z Tomkiem w sterówce, popijając poranną kawę, obserwowaliśmy akcję holowniczą, żałowałam że nie mamy aparatu aby sfotografować tą całą “zadymę”.

 


25 listopada

Minął spokojny tydzień na Luce.
Tomek skończył wreszcie pomagać Ronowi i Kathy w naprawie ich silnika i na s/y Villisar wszystko znowu działa. Dzisiaj rano nasi znajomi podnieśli kotwicę i popłynęli na Pearl Islands.
Pomyśleliśmy z Tomkiem że fajnie by było przed zimowym rejsem na Horn  polecieć do Polski. Przylecielibyśmy w lutym na 2- 3 tyg, pod warunkiem że znajdziemy jakiś sposób żeby bezpiecznie zostawić Lukę. Na razie   rozglądam się za biletami i samochodem do wynajęcia po przyjaznych cenach.
A że internet jest tu z najniższej półki, i trzeba na niego jeździć na brzeg, „akcja poszukiwawcza” pochłania dużo czasu...
Wstępny plan: polecimy do Niemiec odwiedzić moją rodzinę i naszego chrześniaka, wynajmiemy tam samochód i pojedziemy do Polski odwiedzić Tomka rodzinę.

ostatni akt naprawy silnika na Villisar - dopasowywanie rury wydechowej


18 listopada

Nadal kłopoty z internetem, sygnał który do niedawna  „widzieliśmy” naszą anteną, zniknął jak kamfora... Tomek próbuje nakłonić właściciela mariny żeby go ponownie uruchomił, ale jak to określił, łatwiej byłoby nakłonić kota żeby zaszczekał niż Abrahama żeby dał coś światu za darmo. Będziemy musieli przestawić jacht bliżej brzegu i     złapać jakiś inny sygnał, ale Tomek myśli o tym niechętnie, prawie codziennie nad Panamą przechodzą burze i godzinne szkwały, czasami wiatr dochodzi do 45 węzłów, a dno w tej zatoce to kilka metrów mułu i wiele jachtów ciągnie kotwice. Kilka dni temu następny jacht oparł się o falochron, na szczęście skończyło się zdrapaną farbą i małymi wgięciami bo kadłub był stalowy, ale wcześniej jacht z plastiku zatonął...
Tomek pewnie wyrzuci drugą kotwicę i założy ekstra piszczek do alarmu kotwicznego w naszym GPS.


15 listopada

O 9 rano wybrałam się z znajomymi do miasta.
Zapraszałam Tomka żeby jechał z nami, ale stwierdził że „żeglarze to kiepscy piechurzy” i nie dał się namówić, został na jachcie i uszczelniał „włazy”.
Byliśmy z koszernym sklepie, gdzie kupiłam zapas ciemnej mąki na chleb, której nigdzie indziej w Panamie nie można dostać, udało mi się także znaleźć suszone nasiona kopru, które mam zamiar użyć do kiszenia ogórków.
Odwiedziliśmy niezliczoną ilość małych sklepików w części Panamy, której do tej pory nie znałam.
Wyprawę do miasta zakończyliśmy wizytą w kinie, obejrzeliśmy niezły, pełen akcji film pt. „2012”.

Kino w Panamie miło mnie zaskoczyło, duże, dobrze klimatyzowane wnętrze, świetny dźwięk, i wysokie, wygodne fotele. (jak w samolocie)
Muszę przyznać że standard był wyższy od tego jaki można znaleźć w wielu kinach w USA.
Do mariny wróciłam o 6 wieczorem, i prosto z niej Tomek „porwał” mnie na obiad na s/y Villisar do naszych znajomych, Kathy i Rona.

 

 


14 listopada

W Panamie kradną....
Robiłam zakupy, i gdy oddałam plecak do przechowalni w sklepie (w mieście Panama trzeba grzecznie zostawić plecaki i torby w stworzonych do tego celu przechowalniach), zauważyłam że wszystkie kieszenie są szeroko pootwierane i puste... jakaś świnia złodziej ukradł mój aparat fotograficzny i kilka innych drobiazgów.
Zaczęłam się zastanawiać kiedy się to mogło wydarzyć, w autobusie trzymałam plecak na kolanach, więc niemożliwe... z autobusu do sklepu było tylko kilkanaście metrów... i przypomniało mi się że w pewnym momencie na ulicy zrobił się koło mnie dziwny tłok, i przez dobrą chwilę nie mogłam się przez niego przecisnąć...
Byłam wściekła, to był nasz jedyny aparat, (Tomka zepsuł się jeszcze na morzu) i było na nim sporo zdjęć, których nie zdążyłam skopiować na twardy dysk, no i aparat był prezentem urodzinowym od mojej córki...
Jakiś czas temu w dziwny sposób opustoszał portfel Tomka, zrobiliśmy duże zakupy, w portfelu zostało już tylko jakieś 20 dolarów, kiedy następnego dnia Tomek zajrzał do portfela... przegródka z pieniędzmi była zupełnie pusta, zniknęły nawet rożne karteczki z numerami telefonów, które Tomek w niej trzymał, ten złodziej musiał być bardzo szybki, wyciągnął pieniądze w chwile po tym jak Tomek za coś zapłacił, zanim schował portfel do kieszeni. To był złodziejski majstersztyk....
Parę dni temu nasz znajomy Anglik, Owlen, wracając z zakupów w supermarkecie, zatrzymał się przy ulicznej budce na hot-doga, postawił plecak przy nodze aby zapłacić za hot-doga, kiedy sekundy później schylił się po plecak... już go tam nie było.
Sinco de Mayo to podobno ulica w Panamie która słynie ze złodziejstwa.
No ale trudno ją omijać, znajduje się tam rynek warzywny, supermarkety i setki małych sklepików i ulicznych straganów, można tam kupić dosłownie wszystko.

 


13 listopada

Dostaliśmy parę filmów DVD od Boba, cóż za radość, nareszcie wieczorem będziemy oglądać coś nowego, zamiast po raz n-ty ten sam film z naszej kolekcji:-)
Bob to starszy człowiek, Amerykanin, żyje w Panamie od lat na swoim małym, ale nieźle wyposażonym jachcie. Bob ma 77 lat i ostatnio coraz gorzej się czuje. Postanowił sprzedać swój jacht, i powoli przenosi się na ląd, więc za każdym razem gdy go podwozimy, zabieramy wielkie worki z rzeczami z jego jachtu, potem pomagamy zanieść mu je do samochodu.
Bob nie jest już w stanie bez pomocy wejść do pontonu, ani z niego wyjść, więc Tomek odwozi go na jacht i na brzeg, i dba o jacht Boba podczas jego nieobecności, np. kiedy Bob musi lecieć na jakiś zabieg do Stanów, a w zamian Bob wozi nas czasem w weekend swoim pickup truckiem po większe zakupy.

jacht Boba - na sprzedaż


12 listopada

Tomek laminuje dziś pokład na jachcie który remontuje, ja spędziłam popołudnie w kafejce internetowej, ale internet rozłączał się co chwilę, na dodatek kiedy zalogowałam się na nasz email, pokazała mi się wiadomość o „unusual activity” na naszej skrzynce pocztowej, to samo kiedy zalogowałam się do banku.
Nie dość że internet słaby to jeszcze pełno hakerów.
Odpuściłam sobie internet, obejrzałam jakiś film i porozmawiałam ze znajomymi, którzy właśnie wrócili z Pearl Islands.

 


11 listopada

Wczoraj kapitan Martin i kucharz Jerome z s/v Hanse Explorer przyszli się pożegnać, płyną na Pearl Islands, a stamtąd pewnie już prosto na Antarktykę.
Spędziliśmy z nimi kolejny miły wieczór, pożyczyliśmy chłopakom nasz zewnetrzny dysk z 300 Giga filmów, aby w ciągu nocy skopiowali je sobie.
Bardzo się ucieszyli i obiecali że rano przed podniesieniem kotwicy odwiozą nasz dysk. Tomek uprzedził że będzie w pracy, a ja pewnie jeszcze będę spała, więc poprosił żeby zostawili nasze filmy w sterówce.
Kiedy wstałam, znalazłam w sterówce nie tylko twardy dysk, ale również dwa wielkie worki z zapasami i starannie zapakowaną, jeszcze ciepłą babkę czekoladową z bananami.
Miła niespodzianka, w workach był także niezły zapas kawy, dwie wielkie paczki suszonych pomidorów, puszki z owocami i ze sto proszkowanych, tajlandzkich zupek w kubkach.

 


10 listopada

Wracając z miasta wstąpiłam do Tomka na jacht który remontuje.
Kiedy przechodziłam przez duży hangar, usłyszałam jednego z Panamczyków: „ kur...a”
Okazało się że pomocnicy Tomka zaczynają przyswajać od niego polski język i już pięknie umieją mówić słowo „ kur..”, nie znają angielskiego, Tomek nie zna hiszpańskiego, więc jak coś „spieprzą”, albo gdy Tomek sam coś zepsuje, słyszą jak przeklina pod nosem.
Teraz chodzą i popisują się swoją znajomością języka polskiego:-)

 


8 listopada

Praca nad pokładem stanęła w miejscu, potrzebujemy bardziej brutalną szlifierkę, żeby zeszlifować stary non slip, te które mamy nie dają rady, więc na razie trwają „prace” nad znalezieniem szlifierki taśmowej.

Wpadli do nas goście, kapitan i kucharz z s/v Hanse Explorer, spędziliśmy bardzo miło wieczór, głównie słuchając opowieści jak wygląda życie na luksusowym mini lodołamaczu, co dla nas było bardzo ciekawe.
Większość załogi s/v Hanse Explorer jest z Ukrainy, podobno świetni pracownicy... a jedyny problem jaki miewa z nimi kapitan to nadużywanie alkoholu... które jest wg. Martina trudne do kontrolowania i dość często pewne sekcje statku są nie do użycia...

Tymczasem na s/v Hanse Explorer każdemu załogantowi „przysługują” dwa piwa dziennie.
Tomek powiedział Martinowi że gdyby był na jego miejscu, wprowadziłby całkowity zakaz picia na morzu, ponieważ w jego sytuacji, gdy czuć od kogoś alkohol, nie można ustalić czy ten ktoś wypił właśnie swoje dwa piwa czy dwadzieścia albo flaszkę, a każdy ma inną tolerancje na alkohol.
Spojrzałam na mojego kapitana: popijając Smirnoffa, którego właśnie polał z dużej butelki z „uchem”, całkowicie poważnie mówił o zakazie picia alkoholu:-)
Martin jednak obawia się, że jeżeli wprowadziłby całkowity zakaz picia, mógłby mieć problemy ze znalezieniem dobrej załogi, w czym utwierdza go także agencja, przy pomocy której Martin zatrudnia załogantów z Ukrainy. Myślę że trochę go robią w balona... Ale pomaga w tym robieniu w bambuko tradycja niemieckiej floty, kufel Z PIWEM powinien być zamiast korony na przynajmniej jednej głowie ich dwugłowego orła...
W niemieckiej navy załoga ma prawo do dwóch piw dziennie, podczas kiedy w navy amerykańskiej (i wielu innych), dwa piwa przysługują załogantowi po sześciu miesiącach na morzu...

Wysłuchaliśmy też ciekawej opowieści o Elenie Simonowej, która po alkoholu była najlepszą kelnerką na świecie: ) Świetnie balansowała (podcięta) z tacą na przechyłach i była super dowcipna zabawiając gości... Szczególnie kucharz ciepło ją wspominał:-)
Albo historia pierwszego oficera, który rano, jeszcze nie do końca wytrzeźwiały, odesłał pilota, mówiąc że oni dziś nigdzie nie płyną :) Martin dostał białej gorączki i zwolnił zastępce w trybie natychmiastowym, kiedy Olek dowiedział się że będzie wysłany do Kijowa w najbliższym porcie z lotniskiem, zaczął upijać się do nieprzytomności.
Nie pomogły kłódki na drzwiach magazynu z alkoholem, co noc zgrabnie je przecinał...
W końcu zarządzono areszt i 24 godzinne wachty przed jego kabiną.
Mimo to Martin i Jerome bardzo lubią swoją pracę.
Prace na kontenerowcach, i wielkich statkach pasażerskich, której wcześniej doświadczyli, uważają za nudną.
Pływanie w niezwykłe miejsca: Amazonka, Antarktyda, Antarktyka, zaspokaja zdecydowanie bardziej ich zew przygody, niż Karaiby czy Hawaje na dużych "pasażerach", lub nudne przeloty na kontenerowcach...
Ludzie którzy płacą ogromne pieniądze żeby wymrozić tyłki w arktycznych lodach, są podobno o wiele łatwiejsi we współżyciu i o dziwo mniej wymagającymi pasażerami, niż Ci z dużych cruiser'ów pływających na Hawaje, którym wydaje się że są bogaci... zapłacili za wycieczkę, i "mają prawo" i "należy im się"...

Wieczór przeciągnął się do 3 nad ranem... a Tomek o 6 wstaje do pracy, pewnie będzie miał oczy czerwone jak królik...

 


7 listopada

Zostaliśmy zaproszeni na s/v Hanse Explorer.
Martin, sympatyczny kapitan, najpierw pokazał nam swoją kabinę i kabiny dla pasażerów, później mostek, Tomek dopytywał się Martina jakich używają systemów nawigacyjnych i prognozy pogody, następnie zeszliśmy na niższy poziom, gdzie znajdowała się kuchnia, pralnia, kabiny i stołówka dla załogi.
Zaproszono nas również na obiad, który właśnie serwowano: steaki cielęce prosto z Argentyny... via zamrażarka:-)
Tomka nie trzeba było wcale namawiać :-) Mój mięsożerny kapitan najprawdopodobniej grzecznie by odmówił... gdyby na obiad nie było steaka.
S/v Hanse Explorer ma francuskiego kucharza, gotuje świetnie, ale załoga narzeka że przez niego tyją:-)
Zwykle nie jadam deserów, tym razem jednak pochłonęłam miskę sałatki z papaya, mango i arbuza w sosie ze świeżej mięty. Pycha.

Po obiedzie kapitan „przekazał nas” w ręce głównego mechanika, który pokazał nam najniższy poziom lodołamacza, czyli maszynownie, generatory, silniki, odsalarkę wody – która produkuje tonę pitnej wody na godzinę!
Nie wiem czym tam panowie się zachwycali, ale oglądali i dyskutowali nad jakimiś urządzeniami za długo jak na mój gust...
Hałas był nieznośny, te wszystkie maszyny i urządzenia wydały mi się mało interesujące, więc wyszłam na pokład, ale po drodze jeszcze raz zajrzałam do sauny i łazienek, cyknąć parę fotek.

Te łazienki zachwyciły mnie najbardziej, nie powstydziłby się takich właściciel nawet dużego domu.
Przy odsalarce produkującej tonę wody na godzinę, i tylu generatorach, można pewnie godzinami brać gorący prysznic.
I ta sauna z oknami... podobno to była "wizja" właściciela, płynąć w arktycznych wodach i patrząc przez okno na góry lodowe... prażyć się w saunie.
Zresztą s/v Hanse Explorer to, jak nas poinformowano, taka „zabawka” właściciela, który jest współwłaścicielem dużych kontenerowców, i kilku specjalistycznych statków min. do przewożenia odpadów radioaktywnych z Korei i innych miejsc na Syberię. Więc jego mały lodołamacz powinien zarobić tylko na swoje utrzymanie, do czasu gdy właścicielowi zachce się znowu popatrzyć na góry lodowe i pingwiny przez okna sauny...

Wróciliśmy na Luke... i jakaś taka mała nam się wydała:-)
A zawsze uważałam że mamy ogromny jacht... porównując go do jachtów naszych znajomych...

    

 

   

 


6 listopada

 

Dwa razy w tygodniu jeżdżę na zakupy z wielkim plecakiem, głównie po świeże mięso i warzywa, ale robię też powoli zapasy na kolejny rejs: środki czystości, herbata, kawa, puszki, mąka, cukier... i inne rzeczy, które mogą długo leżeć. Ostatnio takie zapasy robiliśmy rok temu w Meksyku, a wcześniej przed rejsem Tomka, w Stanach.
Jeszcze sporo z tych zapasów zostało, ale Luka jest duża i dużo można na niej upchać, więc uzupełniamy zapasy w krajach gdzie jest tanio, zamiast później gdzieś na wyspach płacić $6 za puszkę pomidorów, którą tu można kupić za dolara...  czy $8 za szampon do włosów, których można tu kupić kilkanaście, po $2- $3 za sztukę i mieć na jachcie zapas na rok...

Na wyspach zwykle jest dużo drożej, a na Kubie, jak się ostatnio dowiedziałam, żywność jest na kartki.
Poza tym mając „zaopatrzony” jacht ma się ten komfort, że w każdej chwili można podnieść kotwicę i ruszać dalej...

Wracając z dzisiejszych zakupów, wpadłam na chwilę zobaczyć jak Tomkowi idzie praca... zastałam mojego męża przebranego za... dziewczynkę, w fartuszku do kostek:-)
Tłumaczył się potem, że ponieważ pracuje w krótkich spodniach i japonkach, musiał się czymś zakryć używając palnika.

 

 


5 listopada

Okazało się że internet w marinie wcale nie”siadł”, Abraham, (współwłaściciel mariny, o którym ostatnio pisałam) wyłączył router celowo.
Ludzie mając internet na jachtach nie przychodzili do sklepu - kafejki internetowej, w związku z czym obroty w sklepie spadały, poza tym jeżeli nie dobijali do brzegu i nie „parkowali” pontonów, nie płacili również $5.00 dziennie za miejsce przy pomoście. Abraham postanowił więc zadbać o swoje interesy...
Trzeba będzie przyzwyczaić się do faktu że na razie internetu na jachcie nie będzie.
Internet w kafejce u Abrahama jest delikatnie się wyrażając, do kitu, sygnał jest bardzo słaby, co chwile rozłącza... jak „kliknę” z 10 razy, to może z raz otworzy się na chwile jakaś strona... 
Pewnie na routerze też „zaoszczędził”... 


3 listopada

Znowu pada.


2 listopada

Gorąco i mokro.
Po południu siedzieliśmy w kafejce internetowej szukając na eBayu różnych rzeczy, kupiliśmy 150 cells słonecznych, z których Tomek zrobi dodatkowe panele na dachu sterówki, kupiliśmy także laptopa, ponieważ mój „zdechł”. Szukamy jeszcze żagla sztormowego.
Na internet wpadła także załoga s/v Hanse Explorer, 13 osób, płyną na Antarktykę, Tomka pochłonęła rozmowa z kapitanem, który pływa w tamte rejony od lat...
Ich 48 metrowy lodołamacz (kadłub zbudowany w polskiej stoczni) pływa w czarterze w różne odległe zakątki świata, nie ma stałych tras, pływa w rejsy "na zamówienie" i bierze najwyżej 12 pasażerów, stawka za wyczarterowanie tego luksusowego lodołamacza to jedyne 70 tys. euro za tydzień, plus paliwo... a to cacko ma 2 tys. koni mechanicznych pod pokładem.
Droga imprezka.
W tym roku "zrobili" dwie ekspedycje dla amerykańskiego magazynu National Geographic.
Uważam że warto obejrzeć ich stronę internetową ze względu na wspaniałe, robione z bardzo bliska zdjęcia wielorybów (i nie tylko).
http://antarctic.fury.com/ 

Kiedy późnym wieczorem wracaliśmy na jacht, wciąż padało, zejście na pomost było strome (odpływ) i śliskie, więc powiedziałam „Tomeczku uważaj bo się …” , i w tym momencie sama wyrżnęłam na cztery litery... mam teraz siny tatuaż...