Panama
 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty 

 


31 lipca B

Linda i Richard z jachtu obok zaproponowali abyśmy powłóczyli się z nimi po mieście.
Tomek obiecał jednak pewnej samotnej kobiecie na jachcie, że pomoże jej dziś uruchomić silnik, który z jakiegoś powodu nie chce zapalić, więc zdecydowałam że pojadę z nimi, podczas kiedy Tomek będzie grzebał w maszynowni u naszej sąsiadki z kotwicowiska.
Z Lindą i Richardem zjeździliśmy autobusami pół miasta, przy okazji dowiedziałam się jak dojechać na lotnisko, za parę dni lecę na Florydę.

Zauważyłam że „lokalni” jakoś dziwnie przyglądają się moim krótkim spodenkom, zaczęłam się zastanawiać dlaczego, i zwróciłam uwagę, że mimo trzydziestopięciostopniowego upału, na ulicach nie widzę nikogo ubranego w krótkie spodenki...
O swoim spostrzeżeniu powiedziałam Lindzie. Linda jest w Panamie już od roku, i poinformowała mnie że Panamczycy są bardzo konserwatywni w kwestii ubioru, ani kobiety, ani mężczyźni nie paradują po mieście w krótkich spodniach, do tego niezależnie od temperatury, mężczyźni noszą pełne buty.
Konserwatywność konserwatywnością, ja nie zamierzam jednak katować się dżinsami w takim upale, i poważnie wątpię by udało mi się używając argumentu lokalnej przyzwoitości, wcisnąć Tomka w długie spodnie i adidasy...

  

 


30 lipca B

Przed południem wyskoczyliśmy do miasta kupić trochę mięsa i warzyw na obiad, na który zaprosiliśmy naszych rosyjskich sąsiadów.
Kiedy weszliśmy do hali z mięsem, sprzedawca akurat je kroił... piłą do metalu... :)

Nasi sąsiedzi, Max i Natalia mają dwie córeczki, 8-miesięczną i dwuletnią.
Obydwie dziewczynki urodziły się na jachcie w baseniku napełnionym wodą... Xenia urodziła się w Kolumbii, Paulina w Panamie.
Rodzice zdecydowali że nie chcą korzystać z publicznych szpitali, wierząc że dom rodzinny (czyt. łódka ) jest najbardziej przyjaznym miejscem dla noworodka...
Max sam odbierał obydwa porody i przecinał pępowiny... Nie można mu odmówić odwagi...

Zwinność dzieci urodzonych i wychowanych na jachcie jest zadziwiająca.
Xenia - starsza córka naszych znajomych wspina się wszędzie z niesamowitą zręcznością, sama z łatwością pokonuje przeszkody, które dzieci w jej wieku, wychowywane na lądzie, byłyby w stanie pokonać tylko pod czujnym okiem i z pomocą rodziców.
Młodsza dziewczynka, raczkując, próbuje za nią podążać.
Tomek w ostatniej chwili zaprosił na obiad pewnego samotnego żeglarza z Afryki Południowej. Brian ma prawie 80 lat i od dawna mieszka na swoim trochę zaniedbanym starym jachcie.
Tomek zapytał twierdząco... czy nie mam nic przeciwko temu że będziemy mieli jeszcze jednego gościa na obiedzie i nie czekając na moją odpowiedź popłynął pontonem po starego żeglarza.

Po obiedzie, wieczór upłynął w atmosferze morskich opowieści przy dwóch gitarach, na dwa głosy, albo na przemian po polsku i rosyjsku, Tomek z Maxem śpiewali ballady Bułata Okudżawy, Wysockiego i innych.

    Tomek Brian i Max    Max Natalia i Xenia

przy dzwiekach gitary Tomek z Wackiem rozwożą ostatnich gości do domów na wodzie

 


29 lipca B

Spokojny dzień na Luce zakończył się nieoczekiwanie.
Późnym wieczorem Angelika i Alex wpadli do nas jak „po ogień” i zapytali czy mogą skorzystać z internetu i Skype.

Angelika od tygodnia z podnieceniem oczekiwała odwiedzin córki z Rosji, która miała wylądować w Kostaryce, potem przesiąść się na autobus do Panamy, niestety Kostaryka odmówiła jej wizy i tym samym samolotem postanowiono odesłać córkę Angeliki do Moskwy.
Do odlotu samolotu pozostało 3 godziny.

Próbowaliśmy skypem dzwonić na lotnisko i do urzędu emigracyjnego w Kostaryce, wszystkie telefony milczały... może tam chodzi się spać wcześniej...

Do akcji "zaangażowany" został konsul Rosji w Panamie, który stwierdził że córka naszych znajomych będzie musiała wrócić do Moskwy, a za dwa tygodnie przyleci jeszcze raz, tym razem prosto do Panama City...

Po takim emocjonalnym i nerwowym wieczorze Angelika potrzebowała drinka, który zakończył się drinkiem z gitarą i rosyjskimi balladami.

 

gratka dla cichych wielbicieli Pana Tomasza

Tomek z gitarą i Angeliką

 


28 lipca B

Wieczorem, głównie po to by wyspacerować Wacka, popłynęliśmy na brzeg, wstąpiliśmy do „naszej” żeglarskiej knajpki i wymieniliśmy się przy tej okazji filmami i książkami z nowo przybyłymi żeglarzami ze Stanów.
Ja zajmowałam się napełnianiem naszego twardego dysku nowościami Hollywoodu, Tomek morskimi opowieściami przy piwie.
Poznaliśmy „ciekawego” żeglarza... Peter w ciągu siedmiu lat żeglowania na czterech jachtach, pięć razy połamał maszty... Tu już nie wystarcza sam pech, trzeba mieć chyba jakieś specjalne predyspozycje...:-)
Myślę że to Peter, a nie Wacek z Tomkiem, powinien znaleźć się w Księdze Rekordów Guinnessa 2010 :)


27 lipca B

Pojechaliśmy zwiedzić „muzeum szmaragdów” na Plaza Francia.
Muzeum znajduje się w budynku, w którym na przełomie lat dwudziestych był bank, pozostał po nim jeszcze sejf z wielkimi pancernymi drzwiami.
Dziś w klimatyzowanym wnętrzu sejfu umieszczono gabloty z nieoszlifowanymi szmaragdami i biżuterią wywodzącą się z kultury inków (pewnie podróbki). Muzeum tworzy małą opowieść o szmaragdach, zaczyna się w małej zainscenizowanej kopalni, i poprzez pomieszczenie ze stołem do szlifowania kamieni, przechodzi się do sklepu z gotowymi wyrobami. Ceny biżuterii z małymi szmaragdami zaczynały się od $200 a kończyły na $9000 za sztukę.
Kolory mi nie odpowiadały więc nic nie kupiliśmy...:)

                                    

                                          atrapa kopalni                                          drzwi do sejfu                   stół do cięcia i szlifowania szmaragdów

 

kamyczek


26 lipca B

 

Angelika jest bardzo miła i na ochotnika zaproponowała że będzie naszym przewodnikiem po Panamie. Zdążyła poznać miasto, stoją tu na kotwicy już prawie rok.
Zwiedziliśmy Playa Las Bovedas i Panama Viejo czyli Starą Panamę.
Zobaczyliśmy min. pałac prezydenta, ruiny budynku w którym amerykanie zaatakowali Manuela Noriege (smutny widok), i więzienie w starym hiszpańskim forcie, które zrobiło na nas największe wrażenie.
Hiszpanie topili w nim piratów, wtrącali ich do cel, zbudowanych w wysokich na kilka metrów fundamentach fortu z zakratowanymi oknami, patrzącymi na zatokę i gdy zaczynał się przypływ, woda zalewała cele, a więźniowie patrząc na błękitną zatokę powoli się topili... Okropna śmierć.
Panama posiada system podziemnych korytarzy prowadzących z kościołów w jeden punkt miasta, gdzie w przypadku ataku piratów ukrywano złoto.
Stara Panama musiała być kiedyś piękna, patrząc na jej budynki można "czytać" historię, jeszcze teraz widać ślady bogactwa i mieszanki stylów hiszpańskiego, francuskiego, arabskiego... w bogato kiedyś zbudowanych kamienicach i pałacykach, które teraz jednak niszczeją... Podobno całą dzielnicę kupił ktoś od rządu Panamy i na coś czeka...

   

                                                                         stara Panama                                                                    pałac prezydenta

       

                                               budynek w ktorym zaatakowano Noriegę              wiezienie w forcie widok z góry, odpływ

 


25 lipca B

Rano pojechaliśmy zrobić większe zakupy.
Między rejsami, kiedy mamy możliwość kupienia świeżych warzyw, owoców i mięsa, nawet nie patrzymy w stronę makaronów, ryżu i konserw...

Zakupy świeżej żywności w Panamie były miłą odmianą po zakupach na wyspach Galapagos czy Wyspie Wielkanocnej, gdzie wszystko było o wiele droższe.
Kilogram wieprzowiny kosztuje tu $2.00, a np. na wyspie Wielkanocnej płaciliśmy $12.00, kilogram pomidorów od 50 centów do dolara, na Wielkanocnej $ 4.00.
Za jednego dolara można tu kupić: ananasa, pół kilo wątróbki wieprzowej, paczkę papierosów, a za resztę z tego dolara można wrócić autobusem z miasta na jacht:-)

Teraz rozumiem dlaczego w Panamie jest wielu emerytowanych amerykanów, nawet za skromną rentę czy emeryturę mogą pozwolić sobie tu na życie na dość wysokim poziomie.
Czytałam że za $400 miesięcznie można zatrudnić pomoc domową na cały etat, która zrobi pranie, sprzątanie, gotowanie, zakupy i będzie także osobistym kierowcą.

Po południu Alex i Angelika zaprosili nas na obiad, zjedliśmy smaczne „pielemienie” - rosyjską wersję pierogów. Resztę wieczoru spędziliśmy na pokładzie przy winie, drinkach, i polsko – rosyjsko – austriackich rozmowach, a potem, jak to u Rosjan bywa, towarzystwo się rozśpiewało:-)
Najpierw były rosyjskie romanse, później nasz austriacki znajomy Jakob "uraczyl nas" piosenkami z repertuaru Edith Piaf, uszy trochę więdły, ale... no właśnie „ale” :-)

   

rosyjski obiad u Angeliki i Alexa


24 lipca B

Kapitan Joanna Pajkowska znana jest wśród słowiańskiej braci żeglarskiej w Panamie, nasz nowy znajomy, Alex, kolejny Rosjanin, wypowiadał się o Joasi Pajkowskiej z olbrzymią sympatią, Asia pomogła mu przeprowadzić jacht przez kanał panamski.

W lokalnych gazetach pisano niedawno o tragedii, która wydarzyła się na „naszym” kotwicowisku.
Para młodych żeglarzy z Rosji zmarła po zażyciu narkotyków.

Wieczorem zaprosiliśmy Alexa z żoną Angeliką na Luke.
Opowiedzieli nam dokładnie tą historię.
Alex wypowiadał się o zmarłych Rosjanach jako o wspaniałych, uduchowionych ludziach poszukujących Boga.
Ich śmierć nie była spowodowana typowym przedawkowaniem narkotyków, wzięli jakieś grzybki halucynogenne, z domieszką 5% kokainy, miało im to pomóc w medytacji, rozjaśnić umysł...
Chłopak zmarł na jachcie, dziewczyna w pontonie w drodze na ląd, gdy Max z Alexem wieźli ją do szpitala.

Bardzo to smutne.
Młodzi ludzie, spełniali swoje marzenia o włóczędze po świecie, żeglowali na własnym, doskonale utrzymanym 11 metrowym jachcie... i przez głupią lekkomyślność stracili życie...
 


23 lipca B

Dowiedzieliśmy się od Roberta Krasowskiego że Natasza Caban właśnie wyruszyła z Panamy.
Potem w blogu Nataszy przeczytałam że Tanasza Polska stała w marinie, przy zachodniej stronie kanału, w której Tomek był załatwiać wizy pierwszego dnia naszego pobytu tutaj.
Z jakiegoś powodu przeoczył jacht Nataszy, może nie miała polskiej bandery.
Fajnie by było poznać naszą dzielną polską żeglarkę, choć to już drugi raz gdy Luka i Tanasza „ocierają”się o siebie... Do trzech razy sztuka.


Wieczór spędziliśmy na Luce z parą amerykanów, podróżujących na małym, drewnianym jachcie, wymieniliśmy się filmami, książkami i popijaliśmy drinki a'la Luka.
Nasza amerykańska znajoma, Kathy, gościła kiedyś przez rok polskie małżeństwo z dzieckiem, które przechodziło skomplikowaną operacje kręgosłupa w Baltimore, i po operacji rodzina musiała zostać w Stanach przez rok z powodu rehabilitacji dziecka.
Bardzo ładny gest.
Kathy zaprzyjaźniła się z polską rodziną i odwiedziła potem Kraków, była zachwycona gościnnością i szczerością Polaków.
 


22 lipca B

Po małych perturbacjach dotarliśmy do biura Fedex-u, wysłaliśmy czeki, potem zatłoczonymi, kolorowymi uliczkami wracaliśmy w stronę węzła autobusowego, próbowaliśmy lokalnych smakołyków sprzedawanych wprost na ulicy, Tomek objadał się małymi owocami, które były ugotowane i smakowały jak owoce drzewa chlebowego, i popijał je sokiem z trzciny cukrowej, a ja – maleńkimi, kolczastymi owocami,  były smaczne, choć nie mam pojęcia jak się nazywają...
Na wyspę Perico wróciliśmy autobusami.
Podróż autobusami w Panamie to także przygoda, generalnie nie ma stałych linii, rozkładów jazdy... ani przystanków, autobus można zatrzymać gdziekolwiek i w dowolnym miejscu można też z niego wysiąść.
Rozkłady jazdy pewnie zastępują „naganiacze”, którzy wychylają się przez stale otwarte drzwi autobusów i wykrzykują w jakim kierunku jadą.
Kierowcy nie przejmują się zbytnio prowadzeniem autobusu, namiętnie używają klaksonów i raczej nie ustępują mniejszym pojazdom, w jednym z autobusów nasz kierowca podczas jazdy z zainteresowaniem czytał gazetę...
Po południu ku mojej niezmiernej radości... Tomek wyczarował nam internet na jachcie.
Jak to fajnie móc znowu pożeglować... po oceanie www :-)

 

 

 


21 lipca B

Dzisiaj pojechaliśmy do miasta spieniężyć nasze czeki podróżne American Express.
No i się zaczęło !
Taksówkami, autobusami i na piechotę zwiedziliśmy połowę Panama City.
W żadnym z siedmiu banków które odwiedziliśmy nie chciano spieniężyć naszych czeków, w niektórych patrzono na nie z obrzydzeniem, w innych, urzędnicy bankowi przyglądali się im jak gdyby te najbardziej popularne na świecie czeki podróżne widzieli pierwszy raz na oczy... Widocznie Panamczycy nie mają zaufania do takiej formy płatniczej i zdecydowanie wolą amerykańskie zielone, które w Panamie są walutą obiegową.
Choć i tu są bardzo ostrożni, w sklepie zanim przyjęli banknot stu dolarowy, spisali dokładnie moje dane z paszportu.
Cała ta zadyma z czekami podróżnymi wydała się nam trochę głupawa i dziwna, gdyż zarówno w malutkim banku na wyspie Wielkanocnej, jak i na Galapagos, nie mieliśmy problemu z ich wymianą.

W końcu daliśmy za wygraną i postanowiliśmy wysłać czeki do Stanów, a tam moja córka po prostu wpłaci je do "naszego" banku.
Teraz trzeba było znaleźć jakąś solidną firmę wysyłkową, Fedex albo DHL, i znów zaczęło się zwiedzanie Panamy i rozmawianie na migi z tubylcami, bo na razie znamy tylko trzy najważniejsze słowa w języku hiszpańskim: "kurczak", "piwo" i "ile kosztuje":-)

Znaleźliśmy biuro Fedex-u, ale potrzebny nam będzie lokalny adres nadawczy, wrócimy tu jutro.
Zwróciło naszą uwagę, że przy wszystkich trochę lepszych sklepach, stacjach benzynowych, nie wspominając o bankach, stoi przynajmniej jeden uzbrojony policjant...

Kiedy zobaczyłam policjantów z karabinami maszynowymi, otaczających grupę ludzi z podniesionymi do góry rękami, bez namysłu zrobiłam zdjęcie... bardzo się to policjantom nie spodobało, podeszli do nas i kazali pokazać sobie aparat, zdjęcie jednak nie wyszło, więc rozmawiając o czymś, niezadowoleni, odeszli.
Co kraj to obyczaj, kiedy na Wyspie Wielkanocnej robiłam zdjęcie policji na motorach, policjanci byli uśmiechnięci, i specjalnie do zdjęcia zatrzymali się i pomachali w stronę obiektywu...

Wracaliśmy szeroką ulicą, z gęsto poutykanymi małymi sklepikami, z których wylewały się tanie towary made in China, latynoska muzyka dobiegała z różnych kierunków, a na chodniku roiło się od straganów z owocami, warzywami, telefonami komórkowymi, pirackimi kopiami filmów DVD, próbkami perfum i milionem innych drobiazgów.
Co jakiś czas mijaliśmy małe uliczne stoiska czyścicieli butów i stoliki do ulicznego pedicure. Zrobiłam „salonowi” zdjęcie, ale sądząc po minach kobiet, nie były chyba z tego zadowolone. Może to i dobrze że nie rozumiem po hiszpańsku, pewnie nie powiedziały nic miłego...

Zmęczeni całodniową wycieczką po mieście, zatrzymaliśmy się na piwo, w „naszej” już zaprzyjaźnionej knajpce, miejscu spotkań żeglarzy z kotwicowiska, i tym razem wieczór spędziliśmy z młodymi marynarzami, prawie już oficerami z USA, którzy w ramach praktyki morskiej, w drodze na Hawaje, zatrzymali się w Panamie.

   

 

 


20 lipca B

Nasz nowy znajomy, Max, poprosił Tomka by poszedł z nim do mariny po drugiej stronie wyspy Perico, pomóc pewnemu samotnemu żeglarzowi naprawić system refowania genuy, jednak kiedy dotarliśmy na miejsce, problem był już rozwiązany.
Żeglarzem okazał się Mike Perham z Anglii.
www.sailmike.com
Mike jest bardzo miłym nastolatkiem i najmłodszym żeglarzem który samotnie przepłynął Atlantyk ( w wieku 16 lat). Teraz kończy swój rejs dookoła świata i gdy pokona ostatnie 5 tysięcy mil, dzielące go od Anglii, będzie najmłodszym żeglarzem, który opłynął samotnie świat.

         

 


19 lipca B

Wczoraj przed południem rzuciliśmy kotwice.
Zza mgły wyłoniła się Panama City, której centrum ze smukłymi drapaczami chmur przypomina trochę Manhattan.

Spuściliśmy ponton na wodę, Tomek wybrał się „na zwiady” do sąsiadów z kotwicy, później zabrał paszporty i popłynął do mariny, załatwić odprawę.
W czasie nieobecności Tomka miałam gościa, Rosjanin, zauważył naszą powiewającą jak płachta na byka, wielką banderę i podpłynął pontonem, sympatyczny człowiek, zaprosił nas do siebie na jacht, oferował pomoc i dużo lokalnych informacji, stoi tu na kotwicy, z żoną i dwójką dzieci, już dwa lata, i zdążyli się rozejrzeć "co, gdzie, i za ile".

Oczekując na Tomka siedziałam w sterówce, z radiem włączonym na kanale 16, przysłuchiwałam się wywołaniom, a później podążałam za nawołującymi się i z nudów podsłuchiwałam o czym gadają, jak to „ciekawska baba” :-)
Kiedy usłyszałam „US Navy warship chanel 56” z podnieceniem prawie skoczyłam do pokrętła radia, zainteresowało mnie kto woła amerykański okręt wojenny, i o czym będą rozmawiać.
Ze zdumieniem odkryłam że nasze radio nie ma kanału 56, nie ma też wielu innych kanałów...
Jakiś wybrakowany egzemplarz chyba...
Czyżby kapitan kupił radio z przeceny?:-)
Kiedy Tomek wrócił, zapytałam: „ jakim cudem brakuje nam kanału 56? ”.
Od Tomka dowiedziałam się że pewne częstotliwości radiowe są zastrzeżone...
No proszę, jak to człowiek uczy się całe życie:-)

Gdy Tomek wrócił, zabrał nas (mnie i Wacka) na ląd:-)

Okazało się że lepszy moment na dobicie tutaj nie mógł nam się trafić.
Parę dni temu zburzono marine przy której stanęliśmy, więc postój na kotwicy na jakiś czas jest bezpłatny.
Nowo wybrany prezydent Panamy jest człowiekiem czynu i bardzo bogatym, i pewnie nie zależy mu na "nachapaniu się"... wypowiedział zdecydowaną wojnę wszelkiej korupcji i oszustwom podatkowym.
Budynek mariny, który stał tu jeszcze przed 4 dniami zniknął, ponieważ właściciele mariny zajęli ten teren bezprawnie, na zasadzie jakiejś cichej umowy, nie płacili także podatków.
Prezydent postawił właścicielom ultimatum: wykupienie lądu od rządu i zapłacenie 16 mln dolarów zaległych podatków, albo „wrotki”, właściciele nie skorzystali z tej opcji, więc prezydent z ekipą do demolki zjawił się tu kilka dni temu osobiście:-)... i wyrównał teren...

Wygląda na to że obywatele Panamy dobrze wybrali nowego prezydenta, fakt że człowiek jest bogaty, właściciel sieci banków i największych supermarketów, świadczy po prostu że jest mądry, oznacza też że jest biznesmenem, który potrafi podejmować trafne decyzje.
Człowiek biedny, jest biedny, ponieważ podejmuje złe decyzje w życiu, i takie same złe będzie pewnie podejmował jako polityk...

Po miesięcznym rejsie tęskniliśmy za świeżym żarciem, więc najpierw udaliśmy się do najbliższej knajpy, zjedliśmy po połowie chrupiącego kurczaka z frytkami, Wacek siedział pod stołem i też miał niezłą wyżerkę :-)
Kelnerzy musieli się trochę zdziwić że zostawiliśmy puste talerze, i zjedliśmy nawet kości...
Po obiedzie postanowiliśmy iść na piwo, ale nagle Tomek wciągnął mnie do pizzerii, obok której przechodziliśmy i zjedliśmy jeszcze ogromną pepperoni:-)
Kiedy popijałam pizzę wodą, uderzył mnie odór chloru, po tak długim okresie picia wody z odsalarki, chlorowana kranówa wydała mi się obrzydliwa. Wacek siedział z wywieszonym jęzorem, więc poczęstowałam go z mojej szklanki, ale on chyba podzielał moją opinię, po chlipnięciu 3 razy, odwrócił głowę...

Odkryliśmy małą „knajpkę” przy sklepie w marinie, ze stolikami na zewnątrz, która okazała się miejscem spotkań wagabundów z jachtów. Pewnie sprawia to dostępna cena piwa, $1.00 za butelkę lokalnej „Panamy”.
Resztę wieczoru spędziliśmy przy piwie, z sąsiadami z kotwicy, a czas upływał pt. „morskie opowieści”, w TV pokazywano mecz piłki nożnej, USA-Panama, i co chwile ogłuszały nas okrzyki podnieconych barowych kibiców...

     

 


18 lipca T
Dobijamy do Panamy