Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


 


02/28/2011, Panama

Cartagena

Ruszamy w kierunku Cartageny, ponieważ wiatr mięliśmy prosto w dziob, początkowy plan Tomka: iść na północ i oddalić się od lądu. Okazało się jednak, że im bardziej na północ tym silniejszy wiatr, dochodzący nawet do 30 węzłów, a pod pokładem 10 obrzygańców... W tej sytuacji, choć niechętnie, Tomek położył Lukę na prawy hals, i licząc na to, że wiatr w okolicy wybrzeża osłabnie, i będzie zakręcał, skierował Lukę w stronę płycizn.

Ostatnia noc wyjątkowo dała się we znaki naszym turystom, na pokład co jakiś czas wpadały bryzgi wody, fale uderzały o burty z hukiem. Kiedy Luka przechylała się mocniej i w bulajach widać było granatowa wodę - wyraz twarzy co poniektórych nie wróżył nic dobrego... Zasugerowałam że jeżeli nie będą mogli znaleźć swoich plastikowych worków, niech kierują się do najbliższego kosza na śmieci.

Nawet Krzysztof - który doskonale dopasował się do załogi Luki, i mimo choroby morskiej, dzielnie nam pomagał, przyszedł do mnie z wiadomością: "Beatka nie skończę opiekać tostów, muszę iść puścić pawia". (Krzysztofa za obopólna zgodą, wkładamy na listę stałej załogi Luki, co oznacza ze kiedykolwiek będzie miał ochotę z nami pożeglować - ma swoja koje.)

Jeszcze przed zapadnięciem zmroku, dwóch czy trzech odważniejszych/zdrowszych stanęło w sterowce, wychylili głowy na zewnątrz i z aparatami fotograficznymi oczekiwali na większe fale. Co chwila słychać było "nadchodzi, uwaga- nadchodzi" - a po chwili, zanim jeszcze poczuliśmy uderzenie fali o burtę słyszeliśmy zbiorowy okrzyk:"WOOOW".

Po zmroku, nasz "zarzyganiec" nr 1, który wciąż spał na pokładzie musiał przenieść się do sterówki, gdzie przez niezamknietą klapę też, co jakiś czas wpadały bryzgi wody, ale widocznie mu to nie przeszkadzało, spał mocno. Jego organizm przyjął miseczkę ryżu bez cofki, wiec nie było jest juz z nim tak źle. Dziewczyna z Norwegii siadła z nami w sterowce, patrzyła przez okno na piętrzące się fale... i płakała. Zapytana, co się stało, odparła, że boi się, że jacht się wywróci. Tomek spokojnie zaczął tłumaczyć, że jacht żaglowy jest najbezpieczniejsza jednostka pływającą, a nasz jacht nigdy się nie przewróci, bo ma dobrego kapitana, najwyżej mocno się przechyli, ma 9 ton w kilu, i niemożliwe jest, aby przy takim wietrze i fali wychylił się głębiej niż 45 stopni. Poza tym podobnie jak w samolocie, gdy są turbulencje, obserwuje się twarze stewardess, na jachcie może obserwować twarz kapitana, i po jego minie od razu będzie wiedziała czy sytuacja jest niebezpieczna. Mirek przyłączył się do dyskusji, i próbował odwrócić uwagę dziewczyny, wpatrującej się w fale, pokazując jej gwiazdy...

Do portu Cartagena są dwa wejścia; jedno - którym wchodzą wielkie kontenerowce, i drugie, zagrodzone podwodnym murem, przez ówczesnych mieszkańców Kartageny, w celu zabezpieczenia przed atakami piratów. W murze wykute jest przejście, tak, że jacht żaglowy może swobodnie tamtędy przejść, jednak oznakowania wejścia magicznie czasem się przesuwają. Od żeglarzy, których poznaliśmy na San Blas dowiedzieliśmy się że niedawno jacht żaglowy rozbił się o tą ścianę, i odradzali tą drogę. Z kolei trasa, która wpływają kontenerowce jest miejscami ciasna, jeśli trzeba minąć się z jakimś, ostrzegano nas również przed figurka Madonny, która stoi pośrodku zatoki; szlak wejściowy w jej okolicy jest także źle oznakowany. Figurka nazywana jest przez żeglarzy -" zła madonna", ponieważ wiele jachtów weszło przy niej na mieliznę. Kapitan zdecydował, że w takiej sytuacji nie będziemy wchodzić do zatoki po zmroku, musieliśmy, więc zrobić zwrot i oddalić się od Cartageny, po to, aby wrócić tam o świcie.

Późnym porankiem rzuciliśmy kotwicę przy marinie Club Nautico. Załoga nie wykazała już zainteresowania śniadaniem, spakowani - oczekiwali niecierpliwie chwili, kiedy będą mogli zejść na ląd. Wymieniliśmy uwagi z sympatyczna parą z Belgii, oni zapytali, jakie mamy wrażenie po pierwszym tak dużym czarterze, a my o ich wrażenia i komentarze na temat naszego rejsu. Do dyskusji przyłączyła się reszta. Trochę dokuczał im brak lodówki, w której mogliby schłodzić swoje piwa, niestety obydwie nasze lodówki, ( jedna dokupiona specjalnie na czarter) zapełnione były żywnością dla 12 osób na 7 dni rejsu.

Ktoś zasugerował też zadaszenie rufy - jako ochronę przed słońcem na pokładzie - co będzie pierwszym naszym projektem w Cartagenie.

W sumie jednak każdy był zadowolony, czytając różne relacje z takich podróży na internecie spodziewali się braku własnych koi, i głodowych racji kiepskich posiłków z puszek...

 


 

02/25/2011, Karaiby
No i jesteśmy na Karaibach

Wypadałoby przedstawić trochę naszą międzynarodową załogę; para z Norwegii z deskami surfingowymi, para z Belgii z rowerami, Włoch i Amerykanin, każdy ze swoja gitara. Reszta załogi to Szwed, Australijczyk, no i dwóch rodaków, Mirek z USA, i Krzysiek z Polski. Krzysiek jest niepłacącym członkiem załogi, ale za to pracującym na równi z nami. W każdy rejs czarterowy będziemy zabierać jedna osobę bezpłatnie, w zamian osoba taka będzie pomagała w przygotowywaniu posiłków i pracach na pokładzie. Krzysiek, który rozstał się z "kuzynami" (www.kuzyni.eu) sprawdza się znakomicie, chłopak jest pomocny, szybko jarzy, i można na niego liczyć. Doskonale nadaje się do załogi Luki. Natomiast Mirek zapłacił za rejs, przywożąc nam części do odsalarki, i oddając nam tym samym dużą przysługę.

Większość załogantów nigdy wcześniej nie podróżowała jachtem żaglowym, wiec trzeba było tłumaczyć zasady oszczędności słodkiej wody, objaśniać jak używa się toalety na jachcie... etc., no i prawie każdego dopadła choroba morska, która jednak zniknęła jak kamfora, kiedy tylko dobiliśmy do pierwszej wyspy archipelagu San Blas. Nasi turyści od razu powskakiwali do kryształowo szafirowej wody, pływali z maskami i rurkami od wyspy do wyspy, wspinali się na palmy... San Blas to bajkowe miejsce, setki maleńkich wysepek z białymi piaszczystymi plażami i palmami kokosowymi. Dla żeglarzy trochę mniej bajkowe... trzeba bardzo uważać na mielizny i rafy...

Co jakiś czas do Luki podpływali indianie Kuna na pangach, i oferowali swoje wyroby: molas, bransoletki, naszyjniki, ryby i langusty... te ostatnie $2.00 sztuka.

A wieczorami gitary, rum i imprezy na pokładzie... 3 dni na San Blas minęły w błyskawiczym tempie, odwiedziliśmy Dog Island, Coco Bandero Keys i Chichime Keys. Czas ruszać w kierunku Cartageny.


02/21/2011, Panama Canal

Kanał Panamski - ciąg dalszy

Agent zjawił się o 13, odcumowaliśmy Lukę od olbrzymiej gumowej boi i ruszyliśmy w stronę ostatniej, trzystopniowej śluzy. Tuż przed śluza związaliśmy się z belgijskim jachtem, którego załoga składała się z wiekowych juz emerytów, i polecenia pilota wykonywali z opóźnieniem, co podnosiło ciśnienie Tomkowi, ponieważ Luka ciągnęła ich jacht i Tomek musiał gładko wjechać w komorę śluzy z jachtem przywiązanym do burty. Gdy dojechaliśmy do zewnętrznej bramy śluzy, trzeba było się zatrzymać, okazało się, że nie pojawili się ludzie z rzutkami... i dość silny wiatr spychał nas do ściany śluzy. Nasz pilot wydawał polecenia na silniki do obu jachtów, ale Belgowi trzeba było powtarzać trzy razy zanim zajarzył, i w chwili gdy Lukę zaczęło mocno przyciskać do szorstkiej ściany śluzy, Tomek nie wytrzymał i krzyknął do Belga, przeplatając komendę kur...wami: engine reverse !!!!!! Belg na okrzyk Tomka dal w końcu silnik na wstecz, podczas gdy cała załoga odpychała Lukę od ściany śluzy. W końcu ustawiliśmy jachty odpowiednio, a tuż za nami stanął wielki kontenerowiec. Po wyjściu ze śluzy Tomek zawołał mnie do steru, i jak oparzony skoczył na dół do maszynowni, mimo wysokich obrotów silnika, staliśmy prawie w miejscu... a za nami... wielki kontenerowiec.

Pilot złapał za telefon i zgłosił problem do ACP, gdyby musiano nas holować przez resztę kanału, przepadłby depozyt i musielibyśmy pewnie jeszcze dużo dopłacić, cena wynajęcia holownika w kanale, to coś około $1200 za godzinę. Tomek jednak przytomnie skoczył do maszynowni, znalazł problem i dolał oleju do przekładni biegów... olej magicznie, akurat na śluzie się gdzieś ulotnił... Ruszylismy do przodu i pilot odwołał alarm.

Pilot opowiedział nam historie o "lunch box". Zdarzyło się kilka razy, że na jachcie nie poczęstowano go lunchem, albo obiadem, wtedy pilot zapewniał, że nie ma problemu, że załatwi posiłek dla siebie.

Później podpływał kuter pilota, dostarczano mu "lunch box": furę żarcia, z sokami, czekoladkami, i owocami. Pilot dobrotliwie dzielił się nim z załogą. Kiedy przychodziło jednak do odbierania depozytu, wpłacanego, jako zabezpieczenie przed ewentualnymi kosztami związanymi z holowaniem jednostki, okazywało się, że armator postawił pilotowi obiad za $300, tyle, bowiem kosztowało (?) dostarczenie mu go na jacht w kanale... ups.

Gdy tylko wyszliśmy za główki portu, Luka zaczęło nieźle bujać, większość załogi, jak na komendę zawisła na relingu i rozpoczęła konwersacje z Neptunem i dokarmianie ryb niedawno zjedzonym lunchem. Obiadem nie wykazali zainteresowania i bardzo dobrze.. w tym momencie moje życie stało się o wiele przyjemniejsze:-) Gotować dla 12 osób, w małej jachtowej kuchni łatwo nie jest... a młodzi podróżnicy apetyty mają zupełnie niezłe, kiedy nie buja... zjadają wszystko, co postawimy na stole.

Kiedy zapadł zmrok, Tomek poprosił wszystkich o zejście pod pokład. Trudno jest po ciemku dopilnować 10 osób kręcących się po rozbujanym pokładzie. Większość posłusznie udała się do swoich koi, dziewczyna z Norwegii stwierdziła, że za żadne skarby nie pójdzie do swojej kabiny i przesiedziała całą noc z nami w sterowce, inny zarzyganie kategorycznie odmówił zejścia pod pokład, Tomek ubrał go wiec w kapok, szelki bezpieczeństwa i na krótkiej lince przywiązał do bezana.

 


02/21/2011, Panama Canal - Gatun Lake
Jezioro Gatun

Wczoraj przeszliśmy przez pierwszą śluzę, Miraflores, Tomek załatwił z advisor'em żeby następne śluzy przejść dzisiaj, (bez zarzynania silnika, na spokojnie) wiec noc spędziliśmy przywiązani do boi na jeziorze Gatun. Oczywiście cała załoga skorzystała z kąpieli w jeziorze... po której przypłynęli urzędnicy ACP i poinformowali nas, że kąpiel w tym miejscu jest zabroniona... Teraz czekamy na Edgara - naszego advisora, aby kontynuować przejście kanału, powinien być o 11, jest 12... i wciąż czekamy, ale dopóki nie usłyszymy "maniana"... nie będziemy drobiazgowi, godzina w jedna albo druga stronę...


02/20/2011, Panama
Final Boarding Time 6:45

Załoga w komplecie:10 osób plus my. Przed chwilą dostaliśmy wiadomość przez radio, final boatding time - 6:45 am, czyli o tej godzinie na Lukę przypłynie advisor i ruszamy w stronę kanału.

 


02/17/2011, Panama
Prowiant

Dzisiaj Tomek naprawia żagle, a ja z Grzegorzem pojechałam kupić prowiant na rejs. Grzesiu to kochany chłopak, pomógł, doradził, gdzie, co kupić taniej, lepiej... no i zawiózł mnie do tych sklepów i pomagał taszczyć kartony z żarciem. Zakupy i jeżdżenie po zatłoczonej Panamie (demonstracje w mieście) trwały od 11 przed południem do...zmroku. Zanim Grzegorz odwiózł mnie z tym całym prowiantem na jacht, pojechaliśmy do niego do domu, gdzie błyskawicznie wyrobił ciasto na pierogi, (farsz juz miał gotowy)... i nauczył mnie ich robić. ( jakoś nigdy mi to nie wychodziło) Na Lukę wróciłam nie tylko z prowiantem na rejs, ale także z gotowa kolacja dla kapitana, własnoręcznie ulepionymi pierogami:-) No... mały szczegół... ciasto i farsz zrobił Grzegorz:-)

 


02/16/2011, Panama

Kilka informacji na temat przejścia Kanału Panamskiego

Za przejście kanału płacimy $850,(jacht w przedziale 50 - 80 feet)kolejne $890 - to depozyt, który zostanie nam zwrócony po 30 dniach. Depozyt może przepaść z różnych powodów, np. w wyznaczonym terminie nie będziemy mogli przejść kanału, jeżeli nie przejdziemy kanału w ciągu jednego dnia z powodu jakiejś awarii, jeżeli advisor "poskarży się”, że na naszym jachcie nie dostał jeść albo pić... (advisor - cos jakby pilot, który jest na każdym jachcie w trakcie tranzytu przez kanał) Z Atlantyku na Pacyfik tranzyt trwa dwa dni, wtedy przywiązuję się jacht do boi na jeziorze i nocuje pomiędzy śluzami. Bardzo fajna sprawa, jezioro otacza dżungla i rano budzi nas krzyk małp:-) (w zeszłym roku przechodziliśmy ze znajomymi, na ich jachcie s/v Sanny, z Atlantyku na Pacyfik.) z Pacyfiku na Atlantyk - trzeba zmieścić się w ciągu jednego dnia, oficjalnie jacht musi być w stanie utrzymać prędkość 8 knots, w praktyce przynajmniej 6 knots. Jachty przechodzą przez śluzy połączone po 2 lub 3.

Kolejny wydatek to liny, 4 sztuki, 38 m każda, o średnicy przynajmniej 2.2cm, liny nie mogą być sztukowane (splices, węzły odpadają)oraz opony, w naszym wypadku przynajmniej 8. Można cały zestaw, tzn liny i opony wypożyczyć od agenta: liny $60.00, opony $3.00 za sztukę. No i oplata agenta ( rożne ceny, od $100 do ok $300) Nasz agent oprócz pomocy w załatwianiu spraw związanych z przejściem kanału, załatwia także odprawę w Kapitanacie Portu i Biurze Emigracyjnym, i za cały ten serwis bierze $100, choć można to oczywiście wszystko samemu załatwić, wiąże się to jednak z wydatkiem na taksówki i czasem.

Czyli w sumie coś około $2000, z czego $890 (depozyt) zwrócą po 30 dniach.

 


02/15/2011, Panama
Kuzyni

 

Pojechaliśmy do banku zapłacić za przejście Kanału Panamskiego, po powrocie, przed wejściem na pomost, ochroniarz z mariny wręczył nam kartkę z numerem telefonu (polska komórka) i wiadomością: hura, znaleźliśmy was.
Próbowaliśmy wykręcić ten numer skype'm, ale internet w ciągu dnia na kotwicowisku działa kiepsko, na lad nie było czasu juz jechać - za dużo mamy pracy na Luce.
Wysłaliśmy wiec rodakom sms-a: spotkajmy się o 18 na piwo.
I tak poznaliśmy trójkę sympatycznych chłopaków.... w podróży dookoła świata - link do ich strony
Głupia sprawa... na Lukę nie da rady zaprosić gości przed piątkiem, kabiny na Luce są wywrócone "do góry nogami"... ale jakby nie było wyjścia, to pewnie położylibyśmy rodaków pod chmurka... na pokładzie;-)
Pomyśleliśmy o Bracie Marku, i wybudowanym przez niego domku dla Braci Werbistow weteranów, oraz dla wszystkich wędrowców, którzy zechcą się w nim zatrzymać...
Zadzwoniliśmy do Marka, odpowiedz była taka, jakiej od Marka można było się spodziewać: "oczywiście, byłoby grzechem nie zaprosić...", i jeszcze tego wieczoru młodzi podróżnicy po spotkaniu z nami, pojechali na nocleg do misjonarzy.
Spotkamy się z "kuzynami" w piątek, wtedy będzie juz można wejść na Lukę


02/14/2011, Panama
Przed rejsem czarterowym

Mamy komplet czarterowy, a nawet więcej... Dzisiaj telefony "urywały się": -"czy weźmiecie mnie z gitara?" -"czy weźmiecie dwa rowery?" -"a zabierzecie deski surfingowe?".... Zanosi się, że rejs Panama - San Blas - Kartagena będzie się bardzo różnił od naszego dotychczasowego pływania...

Na pokładzie będzie10 osób. (plus my)

ps. a my na podwyższonych obrotach, pracy jest jeszcze wciąż dużo... a czasu coraz mniej...

 

 


02/12/2011, Panama
Praca, wypoczynek i Cialis

Na Luce codziennie od rana praca, przygotowujemy się do przejścia kanału, i większej ilości osób, niedługo organizujemy czarterowy rejs: Panama - Kanał Panamski - San Blas - Cartagena. Pracy jest naprawdę dużo, i będziemy musieli się mocno sprężać, aby zdążyć na 20-go lutego - wyznaczoną już datę przejścia Kanału Panamskiego. Ale wieczorem, po całym dniu pracy, siadamy w sterowce, Tomek z kubkiem rumu, ja - wina, i robimy sobie godzinę relaksu przed obiado - kolacją.

Dzisiejszego wieczoru dołączyli do nas sąsiedzi, bardzo sympatyczna para Czechow, wpadli z butelka wina i świeżo upieczonymi rogalikami. Mimo bałaganu związanego z pracami przygotowawczymi do rejsu, zaprosiliśmy gości pod pokład... to przecież też żeglarze, i rozumieją takie sytuacje. Akurat gotowaliśmy golonkę w kapuście kiszonej, wiec ugościliśmy sąsiadów "czym chata bogata".

Spędziliśmy fajny wieczór... Kiedyś, gdy chodziłam po mieście zobaczyłam reklamę i promocyjna cenę Cialis... kupiłam więc tabletkę... bo taka ciekawska jestem:-) Po lampce wina, no może dwóch... w dobrym humorze... podsunęłam tabletkę Tomkowi... pomyślałam sobie: przetestujemy jak działa. Oczywiście próbowałam ją Tomkowi wcisnąć, jako tabletkę na "zgagę" - kapitan jednak chyba zajarzył sprawę, stwierdził, że zgagi wcale nie ma, nie dal się też przekonać, że przecież w każdej chwili może mieć, i lepiej zażyć tabletkę "na wszelki wypadek":-) W końcu zgodził się wziąć, ale ostrożnie... tylko pół... Siedział tak z tą drugą połową tabletki w ręce... aż w końcu dał ją naszemu gościowi - Władimirowi i mówi: łykaj. Władimir dopytywał się, co to jest, ale w odpowiedzi usłyszał od Tomka: łykaj, my Słowianie, żeglarze, jak bracia, dzielę się z Tobą tym, co mam najlepszego. Czech posłusznie połknął swoją działkę, po czym został oświecony wyjaśnieniami... co to za "lekarstwo" właśnie połknął... Oczy otworzyły mu się szeroko... i mówi: no, ale my tu przecież tylko na wódkę przyszliśmy... Wybuchneliśmy śmiechem, po czym Tomek uspokoił naszego gościa, że nic innego nam nie "chodzi po głowie"...

 


02/11/2011, Panama
Chilibre

Tomek dziś pracuje w maszynowni i wcale stamtąd nie wychodzi... a ja wraz z Bobem, znajomym z kotwicowiska, wybrałam się do oddalonego o 30 km od Panamy - Chilibre, by napełnić butle gazem.
Butle z nietypowymi (czyli nie panamskimi) zaworami, napełniają tylko tam.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że gazu nie ma, i będzie "maniana".
Maniana (jutro) to bardzo popularny termin, który można usłyszeć przy załatwianiu różnych spraw w tej części świata.
Nie ma sensu się denerwować, rozsądnie jest po prostu taki fakt zaakceptować.
W tej sytuacji zasłużyliśmy z Bobem na lunch, w restauracji, która mijaliśmy po drodze, no przecież jechaliśmy 30 km... wiec trzeba było z tego zrobić jakiś użytek:-)
W drodze powrotnej słuchaliśmy ulubionej muzyki kierowcy, czyli Boba: Kinky Freedman'a, Erroll'a Garner'a...itp. (Bob ma 73 lata)
Wyjęłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia okolicy, głównie drzew tikowych.
Podobno te, które rosną przy drodze nie są dobre na tzw. przeróbkę, Bob twierdzi, że najlepsze drzewa tikowe, to te, które rosną gęsto i nie maja szansy rozrastać się na boki, tylko w gore.
Juz w Panamie, napełniliśmy benzyną zbiorniki do pontonu, a także zrobiliśmy małe zakupy w sklepie koszernym - "Riba Smith".
Lubię ten sklep, ponieważ możną tam znaleźć wiele artykułów, niedostępnych w innych lokalnych sklepach, np. chrzan, wędzone żeberka, kasze, bagietki francuskie...etc.
Ceny nie są tam jednak przyjazne żeglarzom, więc zakupy w "Riba Smith" robimy bardzo rzadko - ograniczając listę zakupową do rzeczy, których nie możemy dostać gdzie indziej.

 


02/07/2011, Panama
Pogoda przez SMS?

Pogoda przez SMS??

 


02/06/2011, Panama
Taboga

W rewanżu za zaproszenia na imprezy u rodaków, zorganizowaliśmy krótki pejsik dla naszych nowych znajomych (Polaków i nie tylko) na wyspę Taboga. Zaprosiliśmy również Boba, znajomego z kotwicowiska, a dzień wcześniej, znajomi Rosjanie z jachtu obok, zadzwonili czy nie zabralibyśmy też ich mamy...

O 10 rano podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy.
Wiatru nie było, więc jechaliśmy na silniku, mimo to towarzystwo było chyba
zadowolone, goście spędzili miło czas na pokładzie, chłodząc się zimnymi napojami z własnych coolerow:-) ( lodówka na Luce jeszcze nie działa jak trzeba)
A gdy rzuciliśmy kotwicę przy wyspie Taboga, prawie cała załoga wskoczyła do wody... orzeźwiająca kąpiel.
Michałek z Tomkiem próbowali łowić ryby...
Wacek szalał po pokładzie, Wacuś bardzo się denerwuje i rozpacza, kiedy widzi ludzi za burtą, w jego psiej głowie to jakieś straszne nieszczęście...

Później całą grupą, oprócz Tomka i Boba, wybraliśmy się na ląd.
Bethania - mama Zaidy, ma na wyspie znajomego, który ugościł nas Sangria z świeżymi owocami, oliwkami i żółtym serem, a później oprowadził po wyspie, opowiadając jej historie.
Zaida błyskawicznie przekładała z hiszpańskiego na polski, dzięki czemu i ja - mogłam wszystko zrozumieć.

Kiedy wróciliśmy na Lukę, Tomek juz gotował pyszną zupę z owoców morza.
W podziękowaniu za ciekawą historyczną wycieczkę po wyspie, zaprosiliśmy też na obiad przewodnika.
Zaplanowaliśmy powrót na 16-sta, aby wrócić na kotwicowisko Las Brisas przed zapadnięciem zmroku, jednak wycieczka po wyspie przedłużyła się i do Panamy musieliśmy wracać po zachodzie słońca.
Tego wieczoru był ogromny tłok, szczególnie przy wejściu do Kanału Panamskiego, wiele jachtów i motorówek wracało również z weekendowych wycieczek, tu i owdzie przepływały też nieoświetlone łodzie rybackie.
Henry, Grzegorz i ja, pomagaliśmy Tomkowi w nawigacji w tym ogromnym tłoku, siedzieliśmy na dziobie i obserwowaliśmy otoczenie, informując kapitana o każdej jednostce, którą zauważyliśmy.
W pewnym momencie od strony naszej starboard, za rufa przepłynął wielki kontenerowiec, i... zaczął trąbić w panice.
Nie za bardzo wiedzieliśmy, o co chodzi, przepłynął dość daleko, Luka była oświetlona...wiec, o co mu chodziło?
Kilkanaście minut później podpłynęła do nas łódź motorowa ACP (The Panama Canal Authority), włączyła syrenę i migające światła... no i wszystko się wyjaśniło.
Kapitan kontenerowca zgłosił do ACP, ze nie trzymaliśmy bezpiecznej odległości.
Przytomnie i logicznie dyskusje przejął Henry, w imieniu kapitana, który nie mówi po hiszpańsku.
Henry poinformował urzędników, że radar na Luce wskazywał bezpieczną odległość, i w tej sytuacji obydwaj kapitanowie mogą się spotkać i przedyskutować sprawę, ale nie ma mowy o żadnej karze.
Wyjaśnienia Henry'ego i butelka rumu, którą goście przynieśli w prezencie - załatwiły sprawę-)
Kiedy dobijaliśmy na kotwicowisko, wiele jachtów było nieoświetlonych... hmm, teraz zauwazylam, jakie to nierozsądne, trzeba było naprawdę bardzo uważać.
Po rzuceniu kotwicy i odwiezieniu części gości na lad, mój kapitan zasłużył na rozluźniającego drinka:-)
Wieczór z Henrym i Grzegorzem przeciągnął się ciekawymi rozmowami zakropionymi rumem, do pozna w nocy:-)

 


02/02/2011, Panama
Ambasadorska Bandera na Luce

Dzisiaj odwiedził nas Michał wraz z Braćmi Frankiem i Markiem, templariuszami XXI wieku, których mieczem w walce z ciemnością jest miłość. Ponieważ są Misjonarzami - budują, zdobywają miłością serca ludzkie, a potem zdobyty Boski przyczółek opuszczają i jadą w nieznane, budować nowy...

Franek i Marek przekazali nam flagę Polski, która wcześniej została przekazana na ich ręce, gdy 31 sierpnia 2008 zamknięto Amabasadę Polska w Panamie.
Księża Misjonarze, Bracia Werbisci oprócz pracy misyjnej, są także godnymi ambasadorami naszego kraju, wraz z przekazaniem flagi na terytorium Polski - Lukę, przejmiemy funkcje honorowego ambasadorstwa i wszędzie gdzie pożeglujemy wspierać będziemy rodaków w potrzebie, niejako z honorowego "urzędu", choć robimy to przecież i tak, z potrzeby duszy.

Nasza nową banderę zakładać będziemy tylko na specjalne okazje, podczas postoju w portach.
Po oficjalnym przekazaniu flagi, rozpoczął się sympatyczny wieczór z gitarą i śpiewem, Franek, Marek i Tomek, na przemian brali gitarę w ręce i wyśpiewywali poezje, klasycznego polskiego rocka, a także piękne piosenki o miłości do świata.

ps. Michał nie dosłał zdjęć z imprezy...

 

 


02/01/2011, Panama

Na Plebanii

Tomek od rana pracuje nad generatorem, silnik zaczął niepokojąco głośno stukać, a ja z proboszczem Frankiem pojechałam na plebanię.
Franek miał problem z komputerem, i to był cel mojej wizyty.
Na plebanii zjawiliśmy się w porze obiadowej, kiedy inni Bracia juz siedzieli przy stole, no i załapałam się na smaczny obiad:-)
Atmosfera była przyjazna i serdeczna, ludzie wchodzili i wychodzili, widać było, że parafianie czują się w kościele i na plebani jak w domu.
8 letnia dziewczynka, jak się okazało - ministrant, przywitała się z Braćmi i ze mną i pocałowała nas wszytkich w policzek.
Klimat zupełnie odmienny niż w częstochowskich kościołach - które poznałam...
Kto wie - może jakbym wzrastała przy takim Kościele, byłaby ze mnie żarliwsza katoliczka... i nie przestałabym chodzić do kościoła:-)
Do Proboszcza Franka zadzwonił Artur, okazało się, że wiadomość sprzed dwóch dni:"żona chyba rodzi" nie była fałszywym alarmem, Artur ma syna, który jest w inkubatorze, i rodzice chcieliby jak najszybciej ochrzcić dziecko.
Ksiądz Franek odwiózł mnie na Lukę, a sam pojechał do szpitala dokonać sakramentu chrztu, który odbył się w specyficznych warunkach inkubatora, niemowlę poświecone zostało wacikiem nasączonym wodą świeconą. Dziecko zaczęło już oddychać bez pomocy respiratora, ale ma kłopoty z praca nerek.
Kierujemy w jego stronę wszystkie nasze dobre myśli...

 


Styczeń 2011 r