Panama
 

 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


27 grudnia

Święta, święta … i po świętach.

Moja córka odleciała na Florydę, było mi przykro i smutno...

Od rana chłodziliśmy się z Tomkiem w pootwieranej na oścież sterówce, i czekaliśmy na trochę wiatru...

Mieliśmy dziś w planie przestawiać kompresor w przygotowane już do tego celu miejsce na rufie... ale upał był niesamowity i pracować na pokładzie się nie dało...

I wtedy podpłynęła dinghy z sąsiedniego jachtu i przekazano nam wiadomość, że na przystani czeka na nas niespodzianka...

Tomek wskoczył do pontonu i popłynął na brzeg, a ja poszłam wziąć prysznic i się ubrać... spodziewaliśmy się że tą niespodzianką będą jacyś goście.

Ogromne zdziwienie i radość.

Odwiedzili nas znajomi, para żeglarzy: Bob i Alex, zostawili swój jacht w Mexyku, w drodze do Anglii zatrzymali się w Panamie na Sylwestra. Lecą do Londynu, gdzie mają zamiar się pobrać. Sprawili nam swoją wizytą niesamowicie miłą niespodziankę, oboje z Tomkiem bardzo ich lubimy.

Oczywiście pracy na jachcie już nie było... reszta dnia minęła przy zimnych drinkach i „morskich opowieściach”.

 


23 grudnia

Najwyższy czas zrobić zakupy i przygotować się do świąt.
Kiedyś przygotowania do świąt zaczynałam 2-3 tygodnie wcześniej, dokładne sprzątanie mieszkania, mycie okien, pranie dywanów, poszukiwanie prezentów... etc.
Na szczęście ten przedświąteczny stres już mnie nie dotyczy:-)
Na jachcie życie płynie inaczej.
Przygotowania do świąt zaczęły się u nas... zakupami dzień przed Wigilią...

Tomek, jak zwykle ostatnio, szlifował pokład a my pojechałyśmy z Sarą po zakupy... no i jakieś drobne upominki na Gwiazdkę:-)
Takiego „młynu” jeszcze w Panamie nie widziałam, chyba wszyscy Panamczycy robili dziś zakupy.
Gdy w końcu dojechałyśmy zatłoczonym autobusem do miasta, okazało się że Sara musiała iść do toalety, weszłyśmy więc do McDonalda, niestety toaleta była w trakcie sprzątania, poszłyśmy na drugą stronę ulicy do następnego McDonalda, tam to samo... Trzecia toaleta była w ogóle nieczynna. Chodziłyśmy tak jeszcze dość długo, w Panamie nie ma miejskich toalet, więc obrałyśmy kierunek w stronę dużego supermarketu. W międzyczasie weszłam do jakiegoś sklepu w poszukiwaniu prezentu dla Tomka, zapomniałam o cierpieniach Sary, która była na krawędzi wytrzymałości, i choć moja córka na ogół nie klnie, a  znaczenia niektórych polskich słów zna tylko ogólnie, powiedziała po polsku z tym swoim śmiesznym akcentem „kur...a, dziecko chce siku”
Wybuchnęłam śmiechem.
Spojrzałam na Sarę ale jej zupełnie nie było do śmiechu, przyspieszyłam więc kroku w stronę supermarketu.

Zrobiłyśmy zakupy; nasze plecaki były już tak pełne, że mój się zaczął rozpruwać. Na końcu poszłyśmy na targ rybny. Zadzwoniłam do Tomka, wymieniłam mu nazwy sprzedawanych tam ryb i zapytałam jaką mam kupić. Tomek powiedział że mam zaglądać rybom w oskrzela, czy są czerwone, sprawdzić czy oczy nie są mętne... i na koniec dodał „kup więcej, może ktoś do nas przyjdzie na Wigilię”.
Zapytałam więc kto, bo to nie nowość że mój mąż zaprasza gości „5 minut przed Wigilią” i zwykle nie mam nic przeciwko temu.
Powiedział że może taka jedna Rosjanka (widziałam ją 2 razy w życiu, Tomek czasem podwozi ją pontonem, buzia jej się nie zamyka nawet na chwile) i jeszcze jedna para Rosjan: Alex i Angelika.
Dzięki Bogu Rosjanie idą gdzieś indziej i będziemy mieć Wigilie tylko dla siebie, moja córka wraca na Florydę, a my wyruszamy w długi rejs i nie wiadomo kiedy znów ją zobaczę, chciałam spędzić tą Wigilie rodzinnie... i spokojnie. Zaprosiliśmy ich za to na pierwszy dzień świąt.

 


22 grudnia

Zaplanowałyśmy wybrać się na oddaloną o 8 mil wyspę Taboga, powłóczyć się tam, popływać, poopalać się...
Niestety prom pływa na wyspę tylko raz dziennie... o 8:30, i gdy dotarłyśmy do przystani już odpłynął. Zastanawiałyśmy się więc co zrobić z tym dniem, skoro już udało nam się tak wcześniej wstać...:-)
I postanowiłyśmy wrócić do El Valle.
Tym razem dotarłyśmy tam wcześniej i miałyśmy super dzień.
Kąpałyśmy się w gorących źródłach, i nakładałyśmy sobie nawzajem maseczki z mineralnego błota, zachwycałyśmy się umiarkowanym górskim klimatem i pięknem tamtejszej przyrody, odwiedziłyśmy także lokalne muzeum.
Kiedy podeszłyśmy do drzwi muzeum, wisiała na nich wielka kłódka, szczęśliwie zaraz pojawił się kustosz, który zupełnie niezłym angielskim powiedział że za chwilę przyniesie klucze, otworzył wrota i oprowadził nas po wnętrzu, opowiadał historie wioski i Indian kiedyś tam żyjących...

El Valle jest położone w pięknych górach, dookoła mnóstwo zieleni i kwiatów, cisza, spokój, i temperatura powietrza niższa od tej na wybrzeżu o około 10C.
Tylko 100 km od Panamy, a zupełnie inne miejsce.
Nie dziwie się że Panamczycy uciekają tam na weekendy...

 

 


21 grudnia

Tomek znów szlifuje pokład, dziób i lewa strona pokładu jest już biała jak śnieg, zostały do zrobienia tylko detale, „tylko” albo „aż”, ponieważ takie drobne prace wykończeniowe pochłaniają najwięcej czasu...
Dziś Tomek przeniósł się ze szlifowaniem na rufę, przygotowuje kawałek pokładu pod nasz nowy kompresor, by go jak najszybciej solidnie przymocować.
Podczas szlifowania Tomek jest tak samo biały jak ten "nowy" pokład na dziobie...

Postanowiłam zaprowadzić moją córkę do alergologa. Była leczona w USA przez trzy lata, ale 2 lata po zakończeniu kuracji alergia powróciła...
Zapytałyśmy recepcjonistki czy lekarz mówi po angielsku, powiedziała że trochę tak, „trochę” może być...
Po wejściu do gabinetu lekarz wygłosił przemówienie po hiszpańsku, i cały czas szczerze się do nas uśmiechał... nie zrozumiałyśmy ani słowa, zapytałam czy mówi po angielsku, odpowiedz brzmiała „mas o menos”, co znaczy:”mniej więcej”. Zwróciłam mu więc po angielsku uwagę że nie rozumiemy ani słowa z tego co do nas mówi, ale on niezrażony uśmiechał się coraz szerzej i monologował dalej czystą hiszpańszczyzną... Sara spojrzała na mnie, ja na Sarę i szeroko się uśmiechając... wyszłyśmy z gabinetu...
Pojechałyśmy do innego szpitala, szczęśliwie lekarz który nas przyjął kończył studia w USA i świetnie mówił po angielsku.
W expresowym tempie zrobiono Sarze wszystkie badania i testy, a poziom ich był porównywalny do tego w Stanach.

  


20 grudnia

Wczoraj pytałam Gerti co jeszcze warto zobaczyć w Panamie, polecała wioskę El Valle, wytłumaczyła nam do jakiego autobusu wsiąść, ile kosztuje, i co tam jest do zobaczenia... gorące źródła, maseczki błotne, wodospady... czyli naturalne masaże wodne..

Jak to baby:-) Postanowiłyśmy z Sarą koniecznie tam pojechać.

Nie zapytałam tylko jak to daleko... a Gerti chyba też nie przyszło na myśl aby o tym wspomnieć...

Kiedy o 16:15 wysiadłyśmy z autobusu, a okazało się że ostatni powrotny do Panama City odjeżdża o 18:00... wybuchnęłyśmy śmiechem, jechałyśmy pół godziny jednym, a później dwie i pół godziny drugim autobusem, żeby trochę pochodzić po wiosce, i za chwile trzeba było wracać ... zbyt wiele nie zwiedziłyśmy, nie widziałyśmy nawet gorących źródeł... bałyśmy się oddalać od przystanku, żeby nie przegapić ostatniego autobusu do Panamy...

Tomek by się chyba trochę zdenerwował gdybyśmy nie wróciły na noc na Luke.... :-)

w wiosce Ell


19 grudnia

Mieliśmy dziś jechać w trójkę do osady Indian Embera Drua.
W ostatniej chwili okazało się że Tomek nie może, jeden z żeglarzy, który miał do sprzedania ogromny kompresor do ładowania butli, odpływał następnego dnia, a Tomek od kilku tygodni targował się z nim o cenę, bardzo chciał mieć ten kompresor na Luce i to była ostatnia szansa.
Gdy wieczorem wróciłyśmy z Sarą na jacht, na pokładzie stała już wielka szafa... ten kompresor robi wrażenie, nierdzewna skrzynia ładuję butle do nurkowania w 8 minut, podczas kiedy nasz stary kompresorek by napełnić butlę, skakał po pokładzie dobre 40 minut...


Wyprawa do wioski Indian Embera, pomimo że dojazd do niej zajął nam ponad dwie godziny, czterema autobusami i taksówką do Parku Narodowego, zdecydowanie warta była „zachodu”.
Gerti wraz z mężem Ali'm byli naszymi przewodnikami w drodze do celu.
Gerti mieszka na jachcie w Panamie od 12 lat i pracuje jako przewodniczka wycieczek, w wiosce Indian Embera bywa dosyć często, witała się z wszystkimi jak z przyjaciółmi.
Dla niej ta wizyta była tym razem „wypoczynkowa”, zwykle jezdzi tam ze „stadem” turystów, którymi musi się nieustannie zajmować i organizować im czas...
Kiedy dotarliśmy do jeziora Madden, Indianie czekali już na nas w długim kanoe z silnikiem, i popłynęliśmy w górę rzeki Chagres. W niektórych miejscach woda była bardzo płytka, a dno usiane wielkimi kamieniami, wtedy wyłączali silnik, i odpychali kanoe długimi żerdziami...
Osada składa się z trzech wiosek, która zamieszkuje 120 osób, my odwiedziłyśmy wioskę najbardziej oddaloną, w górze rzeki. Po drodze zatrzymaliśmy się przy wodospadzie, i oczywiście z radością
wskoczyłyśmy do wody spłukać gorączkę dżungli, czułyśmy się jak w niebie.


W wiosce, która położona była trochę wyżej, i musiałyśmy się do niej wdrapać po wydeptanej ścieżce, przywitały nas dzieci, wygrywając na bębenkach i fletach powitalną muzykę.
Po drodze minęłyśmy kilka domów zbudowanych z palmy i osadzonych na palach, część mieszkalna znajdowała się u góry, gdzie wchodziło się po grubym pniu z wyciosanymi stopniami... jak się później dowiedziałyśmy, kiedy domownicy nie życzą sobie gości, przekręcają pień gładką stroną do góry, co mniej więcej znaczy „zamknięte drzwi".
Przywitałyśmy się z Indianami, okazało się że mają także innych gości, studentów z panamskiego kampusu University of Florida, którzy przyjechali w prezentami świątecznymi.( tak na marginesie - Indianie nie celebrują Świąt Bożego Narodzenia)
Radość to była ogólna, zwłaszcza wśród dzieci, biegały z nowymi plastikowymi zabawkami, sokami w kartonikach i słodyczami...
Atmosfera w wiosce była przyjazna i niezobowiązująca, rozmawiałyśmy z Indianami, wypytując o ich zwyczaje, oni pytali nas skąd jesteśmy, jak u nas jest,  itp.
Niektórzy Indianie Embera nie mówią nawet po hiszpańsku, nie wspominając już o angielskim, porozumiewają się tylko w swoim dialekcie, większość z nich nie była też nigdy poza swoją osadą...
Naszym tłumaczem i przewodnikiem w wiosce był Garceth, Embera, który dzięki pomocy finansowej z AmeriCorps skończył studia w Texasie i powrócił do wioski.

W trakcie rozmowy podano poczęstunek, świeżą rybę z ogniska ( pycha) i patacones, czyli smażone banany (oblecą).
Po posiłku, jedzonym palcami, umyłyśmy ręce w przygotowanym do tego celu naczyniu z wodą i świeżymi ziołami.

Od kiedy teren na którym zamieszkują Emberas został mianowany Parkiem Narodowym, Indianom zakazano polowań, uprawy ziemi i hodowli zwierząt domowych.
Jedynym oficjalnym źródłem ich utrzymania są teraz wizyty turystów.
Wizyta w wiosce kosztuje  $35, a pieniądze trafiają do wspólnej skarbonki, i przeznaczane są na niezbędne do życia rzeczy i pożywienie, które trafia do wspólnej kuchni.
Wszyscy członkowie społeczności biorą udział w przygotowaniach i umilaniu pobytu turystom, jedni śpiewają i tańczą, inni gotują, jeszcze inni spędzają z nami czas rozmawiając...
Tuż pod kuchnią i "salonem przyjęć" (wszystkie domy stoją na palach) znajduje się „mini-rynek” gdzie każda rodzina ma swój stół z wyprodukowanymi przez siebie ozdobami, biżuterią, naczyniami...
Pieniądze ze sprzedaży tych drobiazgów nie trafiają do "wspólnej kasy", są własnością rodziny, która swój towar sprzedała.

Zauważyłyśmy dość ciekawe zjawisko, niemowlaki noszone są na rękach przez coraz to inne osoby, zarówno mężczyzn jak i kobiety.
Okazało się że dzieci traktuje się tu jak "wspólne dobro" i zajmują się nimi wszyscy dorośli, nie dopuszcza się by dzieci płakały choć przez chwilę... zaraz pojawia się przy takim dziecku ktoś z dorosłych i się nim zajmuje.
Indianie Embera bardzo kochają swoje dzieci i są z nich dumni, nie stosują kar cielesnych i nie podnoszą na nie głosu...
Ładne. 

Emberas przyozdabiają swoje ciała malowidłami w różnych wzorach i motywach.
Jako barwnika używają soku z owocu jagua, malunki mają „trwałość” 8-10 dni, i nie da się ich zmyć żadnym detergentem, tego samego barwnika kobiety używają do pielęgnacji włosów... podobno dlatego mają tak  lśniąco - czarne...
Zaproponowano nam przyozdobienie naszych ciał, więc Sara pozwoliła „wytatuować” sobie bransoletkę, a ja sporego kwiatka... mam nadzieję że faktycznie zniknie za 8-10 dni:-)
Dowiedzieliśmy się że kiedy w wiosce nie ma turystów, mężczyźni ubierają normalne slipy albo krótkie spodnie, a kobiety chodzą topless, Jeszcze 2 lata temu, podczas wizyt turystów kobiety nie przykrywały biustu...
Może arogancja turystów i frywolne komentarze zraziły je, a może to wpływ cywilizacji...
Niektórzy członkowie plemienia Embera odwiedzają Panamę, i Ci posiadają "normalne" ubrania, i zakładają  je po opuszczeniu wioski.

Garceth opowiedział nam historie Indian Embera, pokazał nam tradycyjny „materiał” z którego wykonywano kiedyś odzież i posłania.
Jest nim wewnętrzna część kory drzewa moczona w rzece przez  30-40 dni. i „bita” grubymi konarami.
Pokazał nam również inne ozdoby wykonywane przez Indian, niektóre z nich, te najbardziej osobiste, trafiają po śmierci do ich miejsca spoczynku.

Wizytę w wiosce zakończył pokaz tańców i muzycznych uzdolnień.
Próbowano nas wciągnąć w te tańce ale... było jakoś niezręcznie, a i tancerka ze mnie kiepska...
Gerti powiedziała że tak jak ugościli nas jedzeniem, podobnie próbowali „ugościć” nas tańcem, i że wcale nie trzeba umieć tańczyć jak oni aby do nich dołączyć ponieważ Indianie Embera nie oceniają, nie ma wśród nich konkurencji, każdy robi to co lubi i tak jak potrafi, każdy jest przecież inny... i to w naturalny sposób respektują...
Na zakończenie innego rodzaju ciekawostka, w wiosce mieszka Amerykanka, z AmeriCorps, uczy dzieci... ( ciekawe czego..) i od kiedy ona tam zamieszkała dokładnie pośrodku wioski pojawiła się budka telefoniczna, z której podobno można zadzwonić nawet do Polski:-)
Wygląda to jak kwiatek przypięty do kożucha...
Gdy wróciłyśmy na Luke miałam Tomkowi do opowiedzenia 1000 rzeczy, żałowałam że nie pojechał z nami...


    Sara przy wodospadzie

   

 


18 grudnia

Tomek pracuje na pokładzie, który wygląda teraz jakby przeszedł nad nim huragan...
Szlifuje, skrobie, maluje i potem znowu szlifuje, całymi dniami.
Odmówił zwiedzania z nami Panamy, po pierwsze, argumentuje że wszystkie miejsca są do siebie podobne, po drugie - ma za dużo pracy.
W Panamie ruch i tłok, atmosferę zbliżających się Świąt czuć i widać na każdej ulicy.
Pojawiły się uliczne stoiska „pakowaczy prezentów” z kolorowymi wstążkami i błyszczącym papierem, stoiska z ornamentami choinkowymi, światełkami, sztucznymi choinkami, kłosami zboża, gałązkami z owocami pomarańczy...
Tylko śniegu brak...

 


17 grudnia

Pytaliśmy Gerti jak wygląda panamska wigilia i Święta.
W sumie rozmowa zaczęła się od tematu... bardzo ubogiej kuchni panamskiej.
Mają tu tyle warzyw i owoców, mięsa, ryb, i wszystko jest relatywnie tanie... a mimo to kuchnia panamska jest dość uboga i monotonna.
Ryż, kurczak i sałatka ze świeżej kapusty.
Ryż, wieprzowina i sałatka ze świeżej kapusty.
Ryż i fasola.
Ryż i ryba.
Rosół z kurczaka z... ryżem.
To typowe potrawy w lokalnych jadłodajniach, ostatnio „biegając” po mieście stołujemy się w takich miejscach bardzo często.
Obiad kosztuje od $1.5 do $6.00 od osoby, zależnie od miejsca… ( nie od menu)
W restauracjach "dla turystów" menu jest bogatsze, można zamówić lazanie, steak'a, spaghetti, owoce morza, i co tylko się zamarzy, jednak ceny też są "dla turystów"...
Za to na rogu każdej ulicy można kupić „loda”, sprzedawca zeskrobuje z wielkiej bryły lód i taki kubek szronu polewa sokiem owocowym i skondensowanym mlekiem, przyjemność ta kosztuje 30 centów, podobnie jak świeżo wyciśnięty, troche mdły, sok z trzciny cukrowej. Świetnie łagodzi pragnienie podczas upału w mieście.
Wracając do panamskiej wigilijnej kuchni... niewiele różni się od amerykańskiej, pieczona szynka, fasola, ziemniaki, ryż i kukurydza...
Jednak panamski świąteczny stół nie będzie „kompletny” bez „chicha de saril” - napoju z kwiatu nazywanego "Jamaica sorell" albo "rose of Jamaica" (hibiscus sabdariffa), podobno kwiat ten przybył do Panamy wraz z jamajskimi imigrantami zatrudnionymi przy budowie kanału.
Z kwiatu należy wydłubać nasiona, a płatki gotuje się z cukrem i rozgniecionym imbirem.
Przy okazji wypadu do miasta z Sarą, kupiłyśmy paczuszkę tych kwiatków i wypróbowałyśmy, smakuje zupełnie nieźle, więc „dorzucimy” do naszego świątecznego stołu lokalny akcent w postaci kompotu z „ Róży Jamajki”.

 


16 grudnia

Od znajomej Niemki – Gerti, która żyje z mężem na jachcie w Panamie od 12 lat, dowiedzieliśmy się że najważniejsze w ubiorze Panamczyków są buty, nawet krótkie spodenki nie robią tak złego wrażenia jak znoszone buty...
Każda inna część odzieży może być przybrudzona, zniszczona, nieodpowiednia, ale buty powinny być czyste, porządne, najlepiej „pełne”, żadne tam klapki, czy „japonki”...
Na każdym rogu wąskich uliczek Panamy można zobaczyć skrzynki ulicznych czyścicieli butów, z pełną gamą kolorów past i różnej wielkości szczotkami...
My paradujemy w „japonkach”, i pewnie  wyglądamy w ich świecie nieporządnie... 


15 grudnia

Wybrałam się z naszym znajomym Bobem i Sarą napełnić butle gazowe –  butle z „amerykańskimi” zaworami napełniają w Panamie tylko w jednym miejscu, 40 km od centrum miasta.
Przy okazji Bob obwiózł nas po okolicy, zobaczyłyśmy min. Miraflores Locks - jedną ze śluz kanału, odcinek starego traktu, łączącego Panamę i Peru z Hiszpanią, kiedyś "przyciągający" przemytnikow i piratów, oraz Summit Park, ( zoo i ogród botaniczny ) który przyznam szczerze, trochę nas rozczarował.
Na pierwszej klatce - tabliczka z napisem: „jaguar”, chodziłyśmy dookoła, wytężając wzrok, jaguara ani śladu... następny napis: „baird's tapir” i znów ani śladu zwierzaka...
Zrezygnowałyśmy z dalszego zwiedzania, i zrobiłyśmy „zwrot przez rufę”... Chyba po wizycie w zoo w Europie, parkach natury na Florydzie: „Sea World” i „Bush Gardens”, to zoo w Panamie „nie zaparło” nam "dechu" w piersiach... i nie zmobilizowało do długiego spaceru w upale...


Miraflores Locks

 


14 grudnia

Odwiedziła nas moja córka z Florydy.
„Biegamy” po Panamie i … zwiedzamy.
Nie pamiętałam jak dojść do „Panama Viejo” czyli Starej Panamy, byłam tam tylko raz, i to w pierwszych dniach pobytu tutaj, poprosiłam więc o pomoc policjantów. Policja w Panama City jest bardzo przyjaźnie nastawiona do turystów, istnieje nawet specjalna sekcja turystyczna, gotowa nieść pomoc zagubionym w mieście, dżungli, potrzebującym pomocy lekarskiej, tłumacza, generalnie służąca pomocą turystom.

Panowie w kamizelkach kuloodpornych, z kowbojska przypiętymi do bioder pistoletami ochoczo maszerowali z nami prawie pół godziny...
Paradowałyśmy tak pod eskortą wąskimi uliczkami, i Sara zaczęła panikować, przypomniał jej się film „Hostel”... (porywano w nim turystów i obcinano to i owo...) ech, za dużo Hollywoodu w młodej główce.
Chciałam dać policjantom „typa” - na zimne piwo, ale stanowczo odmówili...
Przechadzałyśmy się ulicami historycznej Panamy, oglądałyśmy stare budynki, pałac prezydenta, mury fortu, który bronił kiedyś Panamę przed piratami, i stare urocze kościoły...
Panamczycy przyglądali się nam ciekawie, Sara paradowała w krótkich spodenkach, co tu jest „nieprawidłowe”, ja odzwyczaiłam się już od tego, wiedząc jak bardzo konserwatywni są tubylcy, ale moją córkę Florydzianke, trudno byłoby wcisnąć w długie spodnie...

Sara w Panamie

  


8 grudnia

Dzisiaj w Panamie wielkie święto, wszystkie sklepy pozamykane na amen.
Dzień Matki.
Panamczycy są bardzo rodzinni, Święto Matki obchodzą uroczyście, i wszystko poza restauracjami, serwującymi smakołyki dla mam, jest zamknięte, a jeśli właściciel jakiegoś biznesu nie chce go zamknąć tego dnia, musi zapłacić pracownikom podwójnie.
Tomek cały dzień pracował na pokładzie Luki, w piekącym słońcu, przy bezwietrznej pogodzie, zastanawiałam się skąd mój kapitan ma tyle energii, mnie te upały „rozkładają”, a Tomek po całym dniu pracy miał dobry humor i wieczorem siadł jeszcze przy maszynie do szycia , ale wyłączyłam mu ją i zabrałam mojego kapitana na zimne piwo z internetem:-)

Tłok w naszej kafejce - ”klubie żeglarskim” i na całej wyspie był ogromny, całe rodziny przyjechały do knajpek w Amador, świętować Dzień Matki.

 


7 grudnia

Tomek zagonił mnie do maszyny do szycia.

Na razie uszyłam 4 bandery, połatałam poprzecierany pokrowiec na ponton, plecaki i wind scoop.

Tomek stwierdził ze nieźle mi to idzie i planuje kupić sunbrelle (odporny na promieniowanie UV materiał ) abym uszyła nowe pokrowce na żagle i obijacze. Za to zwolnił mnie z pracy nad szlifowaniem pokładu:-)


5 grudnia

Dzisiaj rano udało mi się wyciągnąć Tomka do miasta na... śniadanie:-)

Marudził że ma dużo pracy na Luce i nie ma czasu na „pierdoły”, ale w końcu go przekonałam że nie można przecież ciągle pracować, czasami trzeba się zatrzymać i „powąchać róże” :-)

Życie na Sinco de Mayo wrzało od samego rana, z ulicznych budek i namiotów „wylewało”się na ulice jedzenie, roznosił się zapach pieczonej wieprzowiny, kurczaków, kiełbasek i smażonej ryby.

Co parę metrów właściciele małych wózków oferowali świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, trzciny cukrowej i kokosów.

Zjedliśmy duże śniadanie składające się z smażonej ryby, grillowanej kiełbasy, pieczonego boczku i frytek, popijając sokiem z trzciny cukrowej.

Przyjemna odmiana.


4 grudnia

Natasza Caban zakończyła swój samotny rejs dookoła świata.

Szczerze gratulujemy.

Piękny rejs.

Bardzo chcielibyśmy poznać Nataszę, ale niestety dotąd tak się składało że się mijamy. Kiedyś Natasza przypłynęła do Ensenady parę dni po tym jak Tomek wyruszył w swój rejs, a ostatnio dobiliśmy do Panamy, dzień przed wypłynięciem Nataszy stąd. Tomek nawet był w tej samej marinie, gdzie stała Natasza, ale chyba nie przyszło mu do głowy się rozejrzeć... No nic, co ma płynąć, popłynie :)

Któregoś dnia się spotkamy:).