Manzanillo - Clipperton - Galapagos
 

 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty 


T. 31 kwietnia

Rano do zatoki wpłynęły żaglowce, płynęły chyba w stadzie, bo rzuciły kotwice w tym samym czasie, piękny to widok. W zatoce Academy zacumował także wielki hiszpański jacht i błyszczy nowością...
Gdy wracaliśmy taksówką na Luke płynął z nami członek załogi tego wielkiego, 53 metrowego jachtu i na ochotnika poinformował nas że wybudowano go za jedyne 30 milionów Euro. Zanim wszedł na trap, który opuścił oczekujący go oficer wachtowy, usiadł na brzegu motorówki i opłukał w wodzie podeszwy butów...
Przyjemnie jest patrzeć na żaglowce i na ten błyszczący, rasowo zaprojektowany mega jacht, ale gdy pomyślę że chodzić po nim można tylko w specjalnych butach, by nie porysować pokładu, albo ile trudu kosztuje utrzymanie takich starych żaglowców w kondycji do żeglowania, a także jak liczna musi być na nich załoga... z miłością patrze na Luke, która jest piękna i wytrzymała jak arabski koń, a do tego poza swoim kapitanem nie potrzebuje załogi do „trzymania lejcy”.

Wieczorem odwiedzili nas rodacy z Festina Lente i przynieśli prezent, bochenek świeżo upieczonego chleba, takiego polskiego z grubą chrupiącą skórką, zostawili nam także przepis jak rozrobić ciasto na chleb i  słoiczek zakwasu, musimy tylko znaleźć gdzieś na wyspie żytnią mąkę, pewnie nie będzie łatwo.
Spędziliśmy miło wieczór. Dziewczyny pociągały wino, a ja z Maćkiem jachtową nalewkę...
Wymieniliśmy się także książkami i filmami.

 

                               zaloga Festina Lente z Wackiem                                                             Marta i Maciek z polskim chlebem


T. 30 kwietnia


Nogi bolały mnie dziś jeszcze bardziej, więc Beata latała po wyspie sama, odwiedziła jeszcze raz wielkie żółwie i znalazła nowe miejsce z lokalnym żarciem...
Na żarcie to w sumie pozwolę się wyciągnąć...
Ja od rana zabrałem się za silnik od pontonu, który zwyczajnie „zamarzł” po wywrotce na Clipperton, nie daje się poruszyć, widocznie tłoki przyrdzewiały do ścianek cylindra.
Poprzedniego dnia wykręciłem świece i wlałem do środka trochę odrdzewiacza, mimo to dziś nadal ani drgną.  Zabrałem się za odkręcanie głowicy, ale zanim odkręciłem ją do końca, spróbowałem mniej drastycznej metody, zdjąłem obudowę „szarpaka” i wielkim kluczem przekręciłem na chama koło zamachowe, tłoki drgnęły, a potem pozwoliły się już obracać bez oporu... Silnik działa, jutro dla pewności rozbiorę i przedmucham gażnik i sprawa będzie załatwiona.
Teraz muszę znaleźć jakiś nowy powód żeby zostać na jachcie, Beata jest maniakiem chodzenia, zmusza mnie do codziennych wycieczek po wyspie, a przecież wszystkie wyspy są do siebie podobne...


T. 29 kwietnia


Dziś wycieczka do Tortuga Bay, to kawał drogi, kombinowałem żeby wypożyczyć rowery albo wziąć taksówkę, z portu w jedną stronę będzie ze cztery kilometry, a upał dziś straszny, ale okazało się, że dostać się tam można tylko pieszo, więc poszliśmy....
Szlak prowadził wąskim chodnikiem przecinającym krzaczastą puszcze, mijaliśmy zagajniki kaktusów, drogę przebiegały co chwile małe, kolorowe jaszczurki i w końcu, po wypiciu i wypoceniu wiadra wody dotarliśmy na plaże. Trzeba było iść jeszcze kilometr plażą w stronę skał, żeby dotrzeć do sławnych jaszczurów z Galapagos i być może zobaczyć zięby darwina, które na każdej wyspie wyglądają trochę inaczej, ponieważ przystosowały się do lokalnych warunków i rodzaju pożywienia. Darwin potraktował je jak wehikuł czasu i postawił nimi kropkę nad "i" w swojej teorii o powstaniu gatunków.
Na środku kamiennej plaży opalała się wielka iguana... prawie czarna i doskonale brzydka, potem znaleźliśmy ich dużo więcej, zięb darwina tu nie było, choć być może latały nad naszymi głowami, ale pot zalewał mi oczy i żadnej nie widziałem...

                  

          

 


T. 28 kwietnia


Naszymi rodakami spotkanymi na Galapagos okazały się: Marta Czuba i Daria Wojtkowiak, które mniej więcej w czasie gdy ja płynąłem w swoim samotnym rejsie, uczestniczyły w regatach dookoła świata, na etapie Galapagos – Darwin, na jachcie Mantra „Asia”. Teraz podróżują na luksusowym jachcie Festina Lente,  towarzyszy im także przyjaciel Marty, Maciek Kłobus.
To było bardzo miłe spotkanie, wieczorem zrobiliśmy Luce małą imprezkę solidnie zakropioną mexykańskim spirytusem, rozcieńczonym po żeglarsku sokiem pomarańczowym z proszku. Rozmawialiśmy do późna, około północy przenieśliśmy się na pokład, noc była ciepła, Santa Cruz pachniała intensywnie, Daria spędziła cały dzień nurkując wokół wyspy, była bardzo zmęczona i w pewnym momencie ułożyła się jak kotka na pokładzie i zasnęła, podłożyliśmy jej poduszkę pod głowę, pewnie śniła o kolorowych rybkach, a może śnili się jej dwaj przystojni Holendrzy, którzy podrywali ją dziś podczas nurkowania - pod wodą wszystko wydaje się większe...


27 kwietnia T

Beata ciągnie mnie znowu na wyspę, po wczorajszej wycieczce bolą mnie nogi i nie mam ochoty nigdzie dziś łazić, (żeglarze to kiepscy piechurzy) ale nie udało mi się wyślizgać i popłynęliśmy do miasta. Łaziliśmy po wąskich uliczkach, Beata z niezrozumiałą dla mnie systematycznością sprawdza po drodze wszystkie małe sklepiki, ale dzięki temu znaleźliśmy sklep z narzędziami i kupiłem kilka szpachelek, których bardzo potrzebowałem. Pogubiłem gdzieś wszystkie, ostatnia poleciała spiralnym ruchem na dno dwa tygodnie temu, gdy czyściłem obrośniętą muszlami śrubę. Bez szpachelek nie mógłbym sprawnie oczyścić dna, które systematycznie obrasta, jako że nie pomalowałem go ostatnio świeżą farbą antyporostową, stocznia w Ensenadzie żądała za tą usługę astronomicznej sumy, więc odłożyłem sprawę na potem.

Wróciliśmy na Lukę wieczorem, Wacek jak zwykle obwąchał siatki z zakupami, spodziewając się, że dostanie coś smacznego za tą niewolę na jachcie (nie możemy zabierać go tu na ląd). Niedługo potem ktoś zapukał w burtę, wyszedłem na pokład i zobaczyłem młodą uśmiechniętą parę na pontonie, a potem usłyszałem w czystym, ludzkim języku:„Czy możemy wejść na pokład?”

Kompletne i bardzo miłe zaskoczenie, rodacy na Galapagos...


26 kwietnia T

Wyspa pachnie kusząco, korzennymi przyprawami zmieszanymi z zapachem morza, które tu pachnie wspaniale, w specyficzny dla siebie sposób, tak jak pachnie młoda, czysta kobieta.Dziś idziemy oglądać żółwie, wyspy Galapagos znane są głównie z jaszczurów Iguana, zięb Darwina i olbrzymich lądowych żółwi.Wyspa Santa Cruz porośnięta jest (w nadmorskiej części, dalej jeszcze nie byliśmy) niską, krzaczastą dżunglą poprzetykaną wielkimi kaktusami, nigdy jeszcze takich nie widzieliśmy. Wyrastają solidnym pniem pokrytym małymi igiełkami, inne, być może wiekowe pokrywa brązowa kora, i wyżej rozrastają się w wymyślne kształty i odnogi, „liście” kaktusa wypuszczają małe podłużne owoce przykryte koroną żółtych kwiatów.Czujemy się tu zupełnie inaczej niż na śmierdzącej ptasim łajnem lagunie Clipperton.Na wyspie znajduje się wylęgarnia żółwi, które zostały prawie doszczętnie wytępione, najpierw przez piratów, traktujących żółwie jak nieograniczony zapas świeżego mięsa, potem to samo robiły statki wielorybnicze. Teraz, gdy się im z bliska przyjrzałem rozumiem, dlaczego... Dorosły żółw to naprawdę kupa świeżego mięsa, można je po prostu podnieść do góry i wrzucić do łodzi, są zupełnie bezbronne. Potem pierwsi osadnicy dokończyli dzieła zniszczenia. Zabijali je masowo dla tłuszczu, który wytapiali z mięsa i używali go między innymi do oświetlenia. W latach 60-tych na wyspie Espańolan zostało już tylko 12 samic i dwóch chłopaków, które przeniesiono do małego rezerwatu. Pod troskliwą opieką wolontariuszy i pracowników parku zapoczątkowały one nową żółwią generację...Żółwie wylęgają się z jaj wielkości gęsich, a o płci decyduje temperatura, w jakiej jaja są przetrzymywane. W temperaturze poniżej 30C wykluwają się chłopaki, powyżej 30C rodzą się dziewczyny. W ośrodku Darwina, gdzie znajduje się ochronka dla żółwi, rozmnażają się także ich morscy kuzyni, te żółwie po czterech latach wypuszczane są do oceanu. Cała wychowalnia znajduje się na dnie kleszczastej dżungli, którą przecinają pomosty dla zwiedzających, można jednak z nich zejść i dotykać żółwi, które zupełnie nie zwracają na to uwagi.

                    

     

 


B . 25 kwietnia

Rano pojechaliśmy na lokalny rynek, w Academy Bay nie można używać własnego pontonu, więc cały ruch odbywa się wodnymi taksówkami ($0.60 od osoby). Żółta motorówka zabrała nas do przystani, później  spacerowaliśmy wąskimi uliczkami, weszliśmy do sklepu w którym Tomek znalazł baterie do starego zegarka, kupiliśmy trochę warzyw, kawałek dziwnie wyglądającej wołowiny i dwa kotlety z kozy, ciekawe czy da się to zjeść... no i oczywiście 50 jajek dla Tomka: jajcarza:-)
Siedliśmy przy stoliku na zewnątrz baru - kafejki internetowej i zamówiliśmy 2 Pilsenery „spod lady”, pechowo dla obsługi lokalu przejeżdżała obok policja, samochód zatrzymał się, wyszło z niego trzech uzbrojonych policjantów i dość głośno dyskutowali o czymś z właścicielem baru, wskazując co chwile na nasz stolik... chodziło im o piwo. Obsługa lokalu nie wyglądała na zadowoloną, policjanci też nie... kiedy odjechali kelnerka przyniosła nam ściereczkę i przykryła nią kufle piwa, popijaliśmy więc piwo spod ścierki, dokładnie się przy tym rozglądając czy nie ma gdzieś w pobliżu policji...
Prohibicja przedwyborcza obowiązuje jeszcze do jutra, od poniedziałku będzie można legalnie „żłopać” piwo:-)

Wieczorem popłynęliśmy do miasta jeszcze raz, zatrzymaliśmy się przy ulicznym sprzedawcy, z jego wózka roznosił się zapach pieczonego mięsa... oczywiście Tomek nie przepuścił takiej okazji...
Zamówił kawałek pieczonej wieprzowiny, ja chętnie próbuje nowych potraw więc zainteresowało mnie coś co wyglądało jak... nasza polska kaszanka... i bardzo przyjemnie się zdziwiłam, bo to rzeczywiście była najzwyklejsza kaszanka pieczona na grillu, zresztą bardzo smaczna.
Nie przypuszczałam że będę jadła kaszankę z grilla na Galapagos...  :-)

Pierwsze wrażenia? Nasunęła mi się myśl że Galapagos to w pewnym sensie taki trochę bajkowy świat.
Bardzo mili i uśmiechnięci mieszkańcy...
Większość ludzi porusza się tu na rowerach, więc wszędzie na ulicy, przed barami i sklepami stoją rowery... ale żaden nie jest przypięty łańcuchem... drzwi od mieszkań są szeroko pootwierane... Widoczne jest że mieszkańcy nie obawiają się siebie nawzajem... Jakaż miła różnica w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi lub Mexykiem:-)

parkowanie      rozklad jazdy      taksówka

                                             parkowanie                                       rozkład jazdy                                             taxi

 


                                                                                     B . 24 kwietnia – Santa Cruz, Bahia Academy


Przedwczoraj o 21:10 minęliśmy równik, Tomek już spał, więc nie miał szansy mnie „ochrzcić” z tej okazji :-)
Dzisiaj przed 15:00 lokalnego czasu dotarliśmy na kotwicowisko w zatoce Academy.
Tomek popłynął pontonem (na wiosłach, obydwa silniki „siadły”) do jachtu obok wypytać o lokalne zwyczaje.
Tłok tutaj straszny, na kotwicowisku jacht przy jachcie.
Okazało się że wyspami „rządzi” Navy, trzeba zapłacić odprawę celną, $15 za wpłynięcie, $15 za wypłynięcie. Paliwo od agenta - $3.00 za galon, jeżeli przywieziemy je sami w kanistrach $2.10 za galon, trzeba również uiścić opłatę $3.00 za 1 tonę wyporności jachtu (3 x 24t - $72) dla Navy a także za fumiganta (obowiązkowe odtruwanie) jachtu, oraz opłata dla agenta, który się tym wszystkim zajmie $80.00, w sumie uzbiera się jakieś $300+.
Po załatwieniu formalności poszliśmy się najeść, w agencji usłyszeliśmy niemiłą dla nas wiadomość, w niedziele w Ekwadorze są wybory, w związku z tym od czwartku jest zakaz sprzedaży alkoholu... a my tak marzyliśmy o zimnym piwie.
Poszliśmy na kolacje w miejsce gdzie jadają lokalni, restauracje dla turystów nigdy nas nie interesowały, dowiedzieliśmy się o tym miejscu od Angielki pracującej w agencji, którą „przywiała” na Galapagos miłość do tubylca.
Zamówiliśmy dwie porcje, później jeszcze dwie, i... jeszcze jedną, zjadłam niecałą jedną porcję, moje marzenia o świeżym jedzeniu okazały się „smaczniejsze” kiedy na nie wyczekiwałam, a może żołądek mi się skurczył? Tomek jednak pochłaniał kurczaka z grilla z frytkami, porcje za porcją... i miał przy tym rozanielony wyraz twarzy...
Na dodatek podano nam zimne piwo „spod lady”, może dlatego że nie będziemy głosować w wyborach?:-)
Lokalnym piwem jest Pilsener – nie zawiodło moich oczekiwań, wypiłam dwa półlitrowe piwa, było pyszne, zimne, gorzkawe i gazowane... Do piwa kupiliśmy sobie kilka papierosów sprzedawanych tu na sztuki, Tomek mnie oszukał, wypalił 3, a ja tylko jednego:-(
No nic... Jakoś to sobie odbiję:-)
W sumie za 4 półlitrowe piwa, 4 sztuki Marlboro i 5 porcji kurczaka z frytkami zapłaciliśmy $24.00. Na Galapagos nie jest drogo. W drodze powrotnej w miejscowym supermarkecie zrobiliśmy zakupy na jutrzejsze śniadanie, chyba najdroższą rzeczą był jogurt truskawkowy, za galon jogurtu $9.00... Teraz osobiście dopilnuje aby Tomek wypił go do samego dna... za ten jogurt mogliśmy mieć 5 półlitrowych Pilsenerow:-)))

                       Academy Bay            galeria sztuki            Klif w Academy Bay               konwersacja z lwiatkiem morskim

                               Academy Bay                          galeria sztuki                       Klif w Academy Bay             konwersacja z lwiątkiem morskim

                      lokalny rynek             mama z Galapagos           mostek                zaloga z nowa szczota

                          lokalny rynek                           mama z Galapagos                        mostek                                  załoga z nową szczotą

 

 

 


T. 23 kwietnia


   00*23'365N & 090*28'781W


Pierwsze wyspy Galapagos na trawersie, od wielu dni przepychamy się przez silny przeciwny prąd i słabe wiatry w nos, zbyt słabe by wypełnić żagle.
Mieliśmy zamiar rzucić kotwice przy wyspie Marchena, moja szczegółowa mapa pokazywała kotwicowisko w okolicy przylądka Montalvo.
Tuż przed wyspą zauważyłem niezwykłe zjawisko, najpierw wydawało mi się że widzę przed dziobem sieć rybacką. Na przestrzeni wielu mil rozciągały się białe pływaki, ale gdy się do nich zbliżyliśmy okazało się że różnią się wielkością i rozciągają się w nieregularnych odstępach. Gdy podpłynęliśmy jeszcze bliżej „pływaki” zmieniły się w duże bąble piany, a tuż przy nich, na całej linii woda pieniła się małymi wirami jak na rwącej rzece. Poczułem niepokój, bo tak właśnie wyglądają schowane tuż pod powierzchnią wody płycizny, fala nad nimi wygładza się i woda wiruje, dokładnie jak tutaj... Echosonda szperała do przodu na największym zasięgu i pokazywała czystą wodę, na szczegółowej mapie także nie było widać w tym miejscu żadnych płycizn.
Dopiero gdy byliśmy już zupełnie blisko zrozumiałem, że tą długą linię zawirowań powodują przepychające się w tym miejscu dwa silne prądy, o których wspomina locja Galapagos: El Nino z Zatoki Panamskiej i płynący z południa, zimny i bogaty w plankton prąd Humboldt. Powinno roić się w tym miejscu od ryb i pewnie tak było, bo dookoła pełno było małych lwów morskich, właściwie trafniej należałoby je nazwać lwiątkami... W pierwszej chwili pomyślałem że to wydry morskie, wystawiały małe "psie" pyszczki i spoglądały na nas ciekawie, były znacznie mniejsze od swych kuzynów z północy.
Z bliska wyspa Marchena robiła nieprzyjazne wrażenie, jak gdyby dopiero co wynurzyła się z oceanu i ledwie obeschła. Gdzieniegdzie widać było małe wysepki suchej trawy, która wyrastała jakimś cudem na szorstkim wulkanicznym kamieniu.
Na szarą plażę przed naszym kotwicowiskiem wtaczały się wysokie fale przyboju. Dopiero kilka dni temu wygoiły się moje głębokie zadrapania, pamiątka z lądowania na rafie Clipperton. Jednogłośnie postanowiliśmy zrezygnować z kotwiczenia przy tej gołej, czarnoszarej wyspie. Płyniemy do zatoki Akademii na wyspie Santa Cruz, załatwimy tam formalności w kapitanacie portu, najemy się: Beata owoców, ja świeżego mięsa, chrupkiego chleba, popijemy zimnym piwem, a potem dowiemy się gdzie znajdują się warte zobaczenia miejsca w archipelagu Galapagos.

dwa prady  kotwicowisko

                                                         dwa prądy                                                              kotwicowisko

kotwicowisko 2  pierwsza wyspa

                                                        kotwicowisko 2                                                            pierwsza wyspa


T. 22 kwietnia


 00*42'526N & 090*56'453W


Płyniemy, „listonosz” ma znowu chęć doręczać pocztę, ale propagacja dziś kiepska i nie może podłączyć się do żadnej stacji.

 

 


  T .21 kwietnia 

00*45'896N & 090*59'298W


Nareszcie mamy wiatr i do tego prognoza pogody twierdzi że choć osłabnie, utrzyma się z tego kierunku przez następne 3 - 4 dni.
To dobra wiadomość, oboje mamy już serdecznie dosyć nieustannego hałasu silnika wewnątrz jachtu... Od kilku dni nasz "listonosz" strajkuje, traci połączenie z komputerem przy próbie nawiązania kontaktu ze stacją radiową na brzegu.
Ja podejrzewałem że psikusa robiło oprogramowanie komputera, Beata uważała że to wina Pactora, potem znalazła w instrukcji obsługi informacje, że paktor modem jest bardzo wrażliwy na niskie napięcie z akumulatorów, ale baterii mamy dużo i na ogół są naładowane. Wczoraj sprawdziłem wszystkie kable łączące paktor z komputerem, komputer z radiem, i na końcu wziąłem się za sprawdzenie inwertera który zmienia napięcie z 24V na 12V, którego używa na jachcie radio i kilka urządzeń elektronicznych. Inwerter działa także jako prostownik i doładowuje baterie rozruchową generatora. Okazało się że duży 30A bezpiecznik przepalił się, a radio razem z paktorem karmiła tylko mała bateria rozruchowa generatora, i to było powodem strajku paktora, nie wystarczało mu już odpowiedniego napięcia... Teraz muszę sprawdzić czy bezpiecznik przepalił się spontanicznie, czy też kryje się za tym jakieś zwarcie w instalacji...

 

 


                                                                                               B.  20 kwietnia


Płyniemy na żaglach, powoli, bo niecałe 2 węzły, ale nie wypalamy ropy, skończyły się "zygzaki" i płyniemy w dobrą stronę:)
Tomek częściej się uśmiecha, miał już chyba dość robienia zwrotów, czasem kilkunastu dziennie na słabym, zmiennym wietrze i warczącego prawie na okrągło silnika.
Skończyłam porządkować nasze zapasy puszek.
Na jachcie zostało jeszcze dużo konserw z rejsu Tomka dookoła świata, przejrzałam je dokładnie, trochę poleciało za burtę, niektóre muszą być zjedzone w pierwszej kolejności.
Ułożyłam je warstwami według daty ważności.
Najgłębiej ułożyłam puszki dokupione ostatnio, a na samym wierzchu te do natychmiastowego zjedzenia.
Przynajmniej teraz wiem co mamy.
Na kolacje była puszka – niespodzianka, etykieta odpadła i nie wiadomo było co w niej jest, po otwarciu okazała się całkiem jadalną rybą w sosie curry.


                                                                                                    B.  19 kwietnia


Płyniemy na silniku, nie ma wiatru i silny prąd odpycha nas od wyspy .

Tomek miał zamiar naprawiać dziś żagiel made in Hongkong, który znowu się rozpruł, ale żagiel darł mu się w palcach… Mój mąż się wkurzył i wyrzucił go za burtę… założyliśmy stary fok marszowy made in USA, który był zakupiony razem z jachtem, trochę przybrudzony, ale mimo dwudziestu lat nie ma żadnej łaty, w przeciwieństwie do nowego chińskiego żagla dryfującego teraz za burtą…

Wczoraj rozmawialiśmy o jedzeniu, Tomek marzy o golonce ugotowanej w kiszonej kapuście, ja zjadłabym już nawet najpodlejszy fast food czyli McDonalda z “dolarowego” menu tzn. 2 cheeseburgery za dolara, albo bułkę z kurczakiem (za dolara).
Skończyło się na rozmowach, a na śniadanie i obiad była zupa z proszku i Spam - amerykańska konserwa mięsna.
Wprawdzie dzisiaj rano znalazłam puszkę po paprykarzu szczecińskim, ale okazało się że był tylko jeden i że Tomek znalazł go w nocy "przypadkowo" i po cichu zeżarł... bez komentarza:-)

W/g danych sprzed 10 lat Na Galapagos żyje 6 tys. mieszkańców w tym ok. 300 europejczyków, głównie pochodzenia niemieckiego, kiedyś Niemcy chcieli założyć tam kolonie, skończyło się to fiaskiem, a potomkowie tej nieudanej kolonii żyją nadal na Galapagos.
Czytałam że w tej europejskiej dzielnicy są dosyć dobrze zaopatrzone sklepy.
Powiedziałam o tym Tomkowi i od razu zaczął snuć marzenia o niemieckiej kiełbasie i piwie...:)

 


                                                                                                    B. 18 kwietnia


Tomek słucha swoich książek w formacie mp3, a ja od Clipperton przeczytałam prawie wszystkie angielskojęzyczne książki jakie były na jachcie, nie mogę zmęczyć tylko książki pt. “Red Rabit”, jakoś szpiegowsko pogmatwana:)
Mam nadzieje że poznamy kogoś na Galapagos i będę mogła wymienić książki, w USA i w Mexyku jest taki fajny zwyczaj; ludzie zostawiają przeczytane książki w marinach, i biorą za nie inne, nie czytane. W każdym razie na jachcie jest jeszcze kilkanaście książek po polsku, ale patrze na nie niechętnie; “denikeny” i ufo jakoś do mnie nie trafia…

Tomek zgubił zegarek. Byłam na niego zła, bo już kiedyś zwracałam mu uwagę żeby nie kładł go na pokładzie gdy wchodzi do wody, ale później, kiedy powiedział że jest mu smutno, że czuje się jakby rozstał się ze starą kochanką, zrobiło mi się go żal…
Tomkowi zawsze błyszczały oczy gdy widział gdzieś taką Omegę, za każdym razem gdy przechodziliśmy obok stoiska z zegarkami brał ją do ręki i patrzył z zachwytem, ale szkoda mu było kasy, zawsze wolał kupić coś do jachtu niż dla siebie, wiedziałam że ten zegarek bardzo mu się podoba i kupiłam mu taki na urodziny parę lat temu...
Podaruję mu kiedyś znowu taki sam, ale narazie musimy kupić Tomkowi jakiś zwykły, wodoodporny zegarek.

 


T .17 kwietnia
05*34'249 N & 094*33'101 W



Wczoraj zanurkowałem, aby wyczyścić śrubę.
Siedząc już na platformie do nurkowania z płetwami na nogach, zdjąłem mój zegarek przed nurkowaniem żeby się nie zamoczył... i  położyłem go na pokład.
Kiedy skończyłem i wszedłem na pokład zegarek magicznie zniknął. Moja super Omega Seamaster  znalazla jakos drogę za burtę i zanurkowała... Szkoda...
Wiatru albo nie ma, albo zrywają się szkwały i spychają nas na północny wschód... Masakra.
Rano przywaliło spod jakiejś chmury ze 30 węzłów i nasz fok sztormowy, uszyty z najgrubszego dakronu przez firmę „Lee Sail” z Hongkongu (żeby mu się wszystkie igły w maszynach powyginały...) rozdarł się znowu, tym razem prawie zupełnie odpadł róg szotowy. Zastanawiam się czy jest sens tego chińskiego śmiecia naprawiać...


T, 16 kwietnia
Pozycja ta, co wczoraj

Cisza, a prognoza pogody na następne trzy dni przewiduje bardzo słabe i zmienne wiatry. Dziś ściągnę siedmiodniową prognozę, jeśli będzie podobna do dotychczasowej, włączymy chyba silnik, choć będzie to łamaniem moich zasad...
Trudno będzie namówić mnie ponownie na żeglowanie w takich obszarach. Galapagos jest znane z słabych wiatrów, a płynięcie do nich z południa to juz w ogóle poroniony pomysł.
Jeżeli postanowimy dokończyć ten etap z pomocą silnika, najpierw będę musiał zanurkować i wyczyścić śrubę napędową. Nie wymyślono jeszcze skutecznej farby, antyporostowej, która utrzymałaby się na wirującej śrubie, więc szybko obrasta muszlami, zwłaszcza w cieplej wodzie. Sprawność obrośniętej śruby bardzo się zmniejsza i dramatycznie spada szybkość jachtu.
Nasza dobra znajoma Iwona donosi, ze gdzieś na Galapagos wystrzelił wulkan, ciekawe, na której  konkretnie wyspie i jak wysoko...


T. 15 kwietnia

06*09'427 N & 096*08'013 W

kręcimy się w kółko jak dryfująca deska


T. 14 kwietnia

05*08'568 N & 097*35'492 W

płyniemy, ale w złą stronę


T. 13 kwietnia

stoimy


B . 12 Kwietnia
04*51'672 & 098*59'654W


Magellan miał racje nazywając te wody pacifico, czyli spokojne, Ocean Spokojny...
Więcej tu ciszy niż wiatru... Znowu stoimy.
Skończyły nam się świeże warzywa i owoce, oraz mięso i jajka.
Jak pomyślę o kolejnej zupie w proszku lub konserwie z krakersami robi mi się niedobrze, w związku z tym ze nie ma tego, co lubię, jem bardzo mało, w przeciwieństwie do Tomka, który jest ciągle głodny i je, co dwie godziny:-) Gorzej niż niemowlak:-)
Ostatnio myślę o zielonym, orzeźwiającym jabłku... tak soczystym, ze po pierwszym kęsie sok spływałby mi po rekach...:-) albo kanapce z Subway'a: pachnącej i chrupiącej, długiej bułce wypełnionej żółtym serem, wędliną i "naładowanej" świeżymi warzywami tak ze się nie „domyka” i trzeba ja trzymać obiema rekami, wszystkie możliwe warzywa... krucha sałata, soczysty, słodki pomidor, zielony ogórek, kwaskowaty ogórek kiszony, oliwki...słodkawa papryka, pikantna papryka „jalapeno”...
No dobrze, koniec, bo się „zaślinię” :-)


T . 11 Kwietnia
04*23'682N & 099*99'927W


Wiatr wykręcił i Luka sama zrobiła zwrot, mnie pozostało tylko przełożyć kontraszoty i przeciągnąć sztaksla na lewa burtę... Dopóki wiatr nie wykręci na wschodni będziemy nabierać wysokości.
Oj długi będzie ten etap... Luka wypiera 27 ton i te słabe, zmienne wiatry zupełnie nam nie służą, w tych warunkach najlepiej radziłby sobie lekki katamaran, my wleczemy się jak mucha w smole...
Kończą się jajka i dawno juz skończyło się świeże mięso, jestem mięsożercą i zmiana diety na mączno-ryzową mi nie służy. Co dwie godziny czuje się głodny, zaczyna mi rosnąć brzuch i zbyt często moje myśli wędrują wokół tematu, co by tu zjeść.
Ech, żeby złapać jakąś rybę... tak z 10 kilo dorado, albo wielkiego tuńczyka... Widziałem je kilka dni temu, pokazały się 2 mile przed dziobem, wyskakiwały z wody jak delfiny, ale zanim włączyłem silnik i podjechaliśmy bliżej, dały nura... Tuńczyki były wielkości małych delfinów, pływały na powierzchni wody, jak gdyby się opalały, obracały się dookoła własnej osi, podnosiły nad wodę płetwy i szerokie ogony, jakby mówiły - złap nas, jeśli potrafisz...
Prawie nie było wiatru, gdyby ławica wynurzyła się bliżej Luki, złapałbym pewnie kusze i skoczył z nimi pogadać... Świeży kawał mięsa, ehhh...
Beata wymyśliła wspaniały sos do ryby, są w nim chyba ogórki kiszone, cebula, majonez, śmietana i jakieś inne przyprawy, z tym sosem nawet suche mięso tuńczyka smakuje jak królewski łosoś.
Ciągniemy trzy wędki, wczoraj złapał się na jedną tuńczyk, ale miał rozmiar przerośniętej płotki, przeżył wyciąganie wiec wrócił do wody, może będzie miał szczęście i podrośnie...
Trzeba będzie poprosić Mamę Ocean o dużą rybę, same wędki za rufa nie wystarcza.

T .10 Kwietnia
 03*22'672N & 099*41'387W

Wiatr znowu słaby i kręci...


T  .9 Kwietnia
03*51'134 N & 100*27'654 W



Ruszyło nas, ciekawe na jak długo, ściągnąłem prognozę pogody do samego Galapagos, i jak się spodziewałem, pokazała obszar bardzo słabych i zmiennych wiatrów, który zaczyna się 300 mil na północny zachód od wyspy. A może specjalnie dla nas pojawi się front niskiego ciśnienia i dowiezie nas do wyspy jednym halsem...
Dziwne, że nie wymyślono jeszcze urządzenia do robienia wiatru... A wystarczyłoby małe działko strzelające wiązkami protonów z 10 mil przed dziobem, które wytwarzałyby małe, prywatne obszary niskiego ciśnienia, i potem żyć nie umierać, wiałoby juz zawsze z zadu... Całkowicie zgadzam się z Ludomirem Maczka, który twierdził ze „dżentelmeni nie pływają bejdewindem...”
Nie palimy, i w związku z tym na pokładzie trochę nerwowo... Beata bierze swoje tabletki, ja wspieram się „susem”, szczyptami specjalnie spreparowanego tytoniu, wkładam go pod dolna wargę i nikotyna wychlania się przez dziąsło. Mam kilka małych pudelek tego tytoniu w smaku suszonych śliwek i mięty, zabrałem go w rejs w konkretnym celu...
Nie wygląda apetycznie, zwłaszcza, gdy wyjmuje z ust wyssana, spłaszczoną kulkę, ale spełnia swoja rolę i rzadko myślę o zaciągnięciu się dymem...
Posiadam niezłe doświadczenie w rzucaniu palenia, robiłem to juz dziesiątki razy i zawsze mi się udawało... :) Palenie to nie tylko głód nikotyny, ale także nawyk oczekiwania na małe, związane z nim przyjemności. Palenie przy kawie - zwłaszcza rano... po jedzeniu, z drinkiem, palenie z nudów...
Plastry, gumy z nikotyna albo snus, to „miękkie lądowanie”, na początku pozbywam się nawyku sięgania po papierosy i łączenia palenia z dzienna rutyna, a po kilku tygodniach zmniejszam dawki nikotyny... Taki sposób działa najlepiej na mój system nerwowy, z przerwami pale od 12 roku życia i nikotyna zapuściła we mnie głębokie korzenie. Teraz korzenie będą wysychać, ale wiem ze nigdy do końca się ich nie pozbędę, wystarczy kubańskie cygaro, albo jeden papieros, jeśli sobie na niego pozwolę, i zabawa rozpocznie się od nowa...


T , 8 Kwietnia,
04*53'004 N & 102*00'234 W




Do Galapagos 700 mil i zastanawiam się, czy uda się nam tam dopłynąć. W miarę zbliżania się do równika, wiatr robi coraz słabszy i wieje prosto w ryło, do tego wschodni prąd płynie tu jak szeroka rzeka, i z szybkością 1-1, 5 węzła odpycha nas od celu. Mógłbym włączyć silnik, ale na przebycie 700 mil + 150mil (1, 25 węzła  przeciwny prąd) zużylibyśmy 900 litrów paliwa, a podobno na Galapagos można tankować tylko w jednym miejscu i nie pozwalają (czy nie da się) tam dobić, trzeba dowozić paliwo w kanistrach pontonem... Cena ropy będzie pewnie także „morska”... Pilot chart pokazuje w kwietniu na tej trasie przewagę wiatrów północno- wschodnich... wiec w większości powinniśmy mieć ostry półwiatr, a tymczasem wiatr kreci i zdycha, wczoraj zrobiliśmy 7 zwrotów i na niewiele się to przydało... Gdyby nie to ze Beata bardzo chce zobaczyć Galapagos, odpadłbym dziś elegancko, i z korzystnym wiatrem pożeglowalibyśmy prosto na Wyspę Wielkanocną...


T. 6 kwietnia
 04*57'654 W 102*18'523 W


Płyniemy.


T.5 kwietnia
05*30' 038N & 103*42'831 W




Zaczęło wiać ze stałego kierunku, ale anemicznie i z trudem przesuwamy się pod wiatr i przeciwny (1,5 węzła) prąd w stronę Galapagos.
Dziś szyłem żagle, fok marszowy, który jest zrobiony z 9-uncjowego dakronu (jeśli trzeba robi także, jako żagiel sztormowy) ma dopiero 3 lata, a mimo to pruje się jak stary worek. Był uszyty w Hongkongu ,bardzo żałuję, że go tam zamówiłem, miał być uszyty z amerykańskiego dakronu, a tymczasem zrobiono go z jakiegoś chińskiego gówna i ma juz więcej łat niż brytów...

 


T . 4 kwietnia
06*25'702 N & 104*44'345 W

Cisza na morzu, stoimy w miejscu...


 

T . 3 kwietnia
06*29'455 N & 104*20'245 W

Wiatr osłabł i kreci, posuwamy się żółwiem na południowy wschód. Cały dzień mieliśmy gościa, Wacek próbował go przegonić, ale po jakimś czasie zachowywał się juz podejrzanie grzecznie, może, dlatego że ptak „odszczekiwał” mu się i to dwa razy głośniej hehe, potem rozsiadł się wygodnie na koszu dziobowym i nie zwracał uwagi na Wacka, a Wacek taktycznie udawał że go nie widzi...


 


B. 2 kwietnia
07*05'774 N & 104*35'247 W

Popołudnie spędziliśmy na pokładzie w cieniu żagli, Tomek wyczarował zimne drinki, pogoda była super, wiał ciepły stały wiatr, stado „uśmiechniętych” delfinów towarzyszyło nam do zachodu słońca, chyba nas  polubiły:). Wacek biegał po pokładzie podniecony i obszczekiwał je przyjaźnie machając ogonem, nie ma wątpliwości ze czuje do delfinów sympatie...

delfiny

delfiny


B.1 kwietnia
08*09'692 N & 106*06'139 W


Nareszcie skończyło się pilnowanie kotwicy i wpatrywanie nocą w radar, pogoda jest śliczna, płyniemy na Galapagos.
Postanowiliśmy oboje rzucić palenie... Ciekawe, spojrzałam na dzisiejsza datę, tak się złożyło, że dokładnie rok temu Tomek wrócił ze swojego rejsu i zaczął palić... zaczęło się niewinnie od jednego cygara na powitanie, niedługo potem wypalał juz 2 paczki papierosów dziennie...
Przed wypłynięciem kupiłam dla siebie zestaw tabletek na 12 tygodni, nazywają się CHAMPIX i powinny oddziałowywać na jakiś ośrodek w mózgu odpowiedzialny za łaknienie nikotyny. Biorę je 2 tygodnie i czuje, że działają. Podpalałam jeszcze kilka dni temu, gdy Tomek palił, ale teraz coraz mniej o tym myślę...
Wczoraj Tomek rzucił palenie, nie kupił dla siebie tabletek, twierdził ze wystarczy mu tabaka, która wkłada sobie teraz pod wargę, ukradł mi jednak jedno opakowanie tabletek, niby „na dobry początek”.
Cały dzień był podenerwowany i złośliwy, nie przegapił żadnej okazji żeby się „czepić”. Najchętniej wyrzuciłabym go za rufę uwiązanego za nogę i wciągała tylko, kiedy trzeba postawić albo zrefować żagle... może by trochę ochłonął.
W ciągu dnia uciął sobie dwugodzinna drzemkę wiec było trochę spokoju, a wieczorem po kolacji zasnął i odetchnęłam z ulga.
Jedyna dobra rzecz, jaka zrobił to drożdżowe placki z jabłkami :-), zachciało mu się słodkiego... były pyszne...