Manzanillo - Clipperton - Galapagos
 

 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


T.31 marca
09*24'959 N & 108*45'855 W



Płyniemy w stronę Galapagos, wyspa Clipperton nie przyjęła nas gościnnie...
Dzikich świń od dawna juz na niej nie ma. Zresztą trudno sobie wyobrazić, czym by się na tym jałowym miejscu żywiły, chyba ze ptakami... Podłoże całej wyspy to chropowata rafa z cienkimi lachami piasku pomieszanego z koralem...
Niemniej warto było przyjrzeć się ptakom, traktowały nas jak konkurencje, która próbuje je podsiąść - na wyspie trwa ciągła walka o najlepsze miejsce...
Cale wnętrze laguny wypełnia bagniste jezioro, ciekawe, w jaki sposób na „środku” Pacyfiku laguna wypełniła się słodką woda... być może rafa, która szczelnie zamyka dookoła lagunę spełniła role gigantycznego filtra, nastąpiło zjawisko osmozy i rafa zatrzymała sól pozwalając przesiąknąć do wnętrza słodkiej wodzie...

                                                                   

Jezioro na Clipperton


B. 30 marca



Tomek obudził mnie o 9 rano, mówiąc żebym wstawała, bo fala na przyboju osłabła i za chwile płyniemy na wyspę.
W ciągu paru minut byłam gotowa, zapakowałam aparat fotograficzny w hermetyczne pudełko, wódę, krem z filtrem nr 50, wszystko to wrzuciłam do plecaka i ubrałam Wacka w kamizelkę. Mieliśmy być na wyspie  tylko 2 godziny zanim nie zacznie się odpływ, więc popłynęłam w samym stroju kąpielowym. Tomek w tym czasie juz spuścił ponton na wodę i przygotował długą linę do przywiązania go na wyspie.
Płyniemy.
Nie, jeszcze nie...
W pontonie mała sprzeczka,Tomek kazał wrócić mi po kamizelkę, odpowiadam mu ze jak ja, to on tez, bo nie wiadomo, kto lepiej pływa... :-)
Tomek zaczął marudzić ze jak wypadnę z pontonu, uderzę głową o rafę, stracę przytomność... mój argument :„to samo może się przydarzyć i tobie..."
Płyniemy, ja w kamizelce.
Tomek miał zamiar wyczekać na moment, kiedy będzie mniejsza fala i na jej grzbiecie przedostać się przez krawędź rafy, po kilkunastu dużych następowały 2-3 mniejsze fale, w końcu wyczekaliśmy ten moment...
Juz tylko kilkanaście metrów dzieli nas od brzegu rafy, gdy Tomek mówi  „o k..wa nie mogę dodać gazu” i silnik zgasł...
Słyszę Tomka: „trzymaj się”  i w tym momencie wielka fala wyrzuca nas z pontonu, i przewraca ponton do góry dnem... podnoszę się po pas w wodzie i widzę jak kolejne fale przykrywają Wacka, a on przerażony próbuje wdrapać się na wywrócony ponton...
Biorę Wacka na ręce i wpadając, co chwile stopami miedzy skały i rafy, niosę go w stronę brzegu, słyszę jak Tomek się drze ze mam zostawić psa i pomóc mu podnieść ponton, bo może jeszcze woda nie wleciała do silnika... nie słucham go, najpierw musze odstawić Wacka na brzeg...
Nie mogę uspokoić swojego oddechu, oddycham głośno i szybko, pompuje powietrze jak... miech kowalski.
Zostawiam Wacka i plecak na brzegu, i wracam pomóc Tomkowi z pontonem.
Kilkanaście minut próbowaliśmy odwrócić ponton... na nic, dopiero, kiedy siadłam po jednej stronie i przytopiłam pływak a Tomek podniósł drugi pływak, ponton uniósł się lekko do góry, ja zeskoczyłam, przeszłam na stronę Tomka i pomogłam mu go odwrócić.

Straty: obudowa od silnika, maczeta do kokosów, lina, która mieliśmy przywiązać ponton, pewnie twarde dno naszego pontonu tez jest cale poharatane o rafę... Tomek zgubił także okulary słoneczne i czapkę.
Gdy dociągnęliśmy ponton do brzegu, okazało się ze silnik nie zapala...
Kapitan zrobił sobie małą przerwę, posilił się napojem z kilku kokosów, założył moją kamizelkę (komuś się jednak przydała...) i zakomunikował, że płynie wpław po narzędzia żeby naprawić silnik. Bez sprawnego silnika nie uda się nam wrócić, na wiosłach nie mamy szans prześlizgnąć się w czasie krótkiej przerwy pomiędzy jedną a drugą falą.
Zastanawiałam się jak przy tym silnym prądzie i gigantycznych falach ma zamiar dopłynąć do łódki, jednak mój maż miał opracowany plan, poszedł kawał plażą w stronę przeciwną do kierunku prądu i stamtąd dopiero zaczął płynąć skośnie w stronę jachtu, gdyby płynął prostopadle do Luki, prąd zniósłby go i minąłby ją...
Cały czas obserwowałam malutki pomarańczowy punkcik na wodzie... dopóki nie dopłynął do Luki. Wtedy wzięłam psa i aparat fotograficzny i poszłam fotografować wyspę, ptaki i kraby.
Zerwałam dwa orzechy, Tomek zostawił mi swój nóź, nie potrafiłam tak ładnie rozciąć orzecha jak on, nie miałam siły nawet ściąć wierzchu orzecha tym małym scyzorykiem, udało mi się jednak „wyszarpać” nożem małe dziurki, aby się napić.

Tomek wrócił po dwóch godzinach, tym razem włożył na siebie cały sprzęt do nurkowania za wyjątkiem butli, ale fala zerwała mu z głowy maskę... W kieszeniach kamizelki do nurkowania miął zestaw narzędzi... pomajstrował coś przy silniku i po paru minutach usłyszałam jego terkot...
Wyciągnęliśmy ponton na wodę, która zrobiła się o wiele płytsza, czekaliśmy na moment żeby wstrzelić się w lukę miedzy falami, woda zalewała ponton, przerażony Wacek próbował wdrapać się na zmianę na mnie i na Tomka i drapał nas pazurami.
Nie mogliśmy wystartować w tym miejscu, woda była juz zbyt niska, jakbyśmy opuścili silnik zawadziłby o rafę, trzeba było podejść jak najdalej, do miejsca gdzie kończyła się rafa i załamywały wielkie fale, a tam było jeszcze płycej.
Zza ściany fal chwilami nie widać było nawet masztów naszego jachtu, powiedziałam do Tomka żeby płynął sam, ja poczekam z psem na wyspie, a Tomek wróci po nas wieczorem albo w nocy, kiedy przybędzie wody na rafie... samemu mu się uda, ze mną i Wackiem nie ma szans.

Tomek nie zgodził się i wróciliśmy razem na brzeg.
W oczekiwaniu na przypływ poszliśmy zwiedzać wyspę, słońce piekło bardzo mocno, krem z filtrem nie pomagał, co chwile trzeba było wchodzić do wody...
Jedyne, czego nie żałuję z tej wycieczki to zdjęcia ptaków, które zupełnie się nas nie bały. Można było podejść na wyciągniecie dłoni i robić im fotki.
Gdy dobijemy gdzieś, gdzie będzie dostęp do internetu zrobię album z tych zdjęć i wrzucę na nasza stronę.
Przez pactor modem nie uda się ich wysłać w dobrej rozdzielczości, a ostatnio w ogóle nie przechodzą...
Szliśmy plażą, zbieraliśmy muszle, zwiedziliśmy ruiny starej osady, później poszliśmy w druga stronę, obejrzeć wrak łodzi rybackiej... gdzieś po drodze leżała tratwa... albo ktoś ją tu zbudował, albo wyrzuciło ją morze... ciekawe...
Na wyspie jest jezioro ze słodką wodą... a na nim mała wyspa z kilkoma palmami i setkami ptaków.
Zresztą ptaki są wszędzie, dziesiątki tysięcy ptaków...
Wróciliśmy do pontonu, Tomek położył się na pływaku i obserwował fale, ja nie chciałam na nie patrzeć, spacerowałam po brzegu, tam i z powrotem, gdy tylko spoglądałam na te fale wydawało mi się, że nigdy juz nie dotrzemy do naszego domu... na Lukę. I do głowy przychodziły mi myśli „a co będzie, jeśli kotwica znów puści i jacht odpłynie, czy ktoś nas tu kiedykolwiek odnajdzie?”
Wiec chodziłam po plaży tam i z powrotem, zbierałam kolorowe muszelki i próbowałam nie myśleć o falach.
W pewnym momencie Tomek zawołał mnie, nóż mu się złożył przy otwieraniu kolejnego kokosa i bardzo mocno rozciął palec, krew płynęła jak woda z kranu...
Obcięłam nożem wąski pasek z dołu koszulki Tomka i ciasno „zabandażowałam” palec, zatamowało to krwawienie.
Kapitan rzucił hasło „ruszamy zanim zrobi się ciemno”, była 19 - sta i słońce dotykało już prawie horyzontu.
Wsadziliśmy Wacka do pontonu, a sami jak poprzednio, trzymając ponton z obydwóch stron, zbliżaliśmy się do krawędzi rafy, gdzie załamywały się te monstrualne fale.
Nie mogłam na nie patrzeć, odwróciłam głowę w stronę brzegu, Tomek to zauważył i powiedział, że musze na nie patrzeć, bo nigdy nie należy spuszczać z oczu przeciwnika...
Gdy zbliżyliśmy się prawie do samej krawędzi rafy, pomiędzy jedną falą a drugą, Tomek krzyknął „wskakuj”, wskoczyłam na dziób, uklęknęłam, udami ścisnęłam Wacka, pochyliłam się i przykryłam go swoim ciałem, trzymając się uchwytów na dziobie pontonu, Tomek wskoczył za mną, silnik już pracował, zapalił go wcześniej, dodał gazu i udało mu się wślizgnąć w „okno” pomiędzy dwiema falami... kawałek dalej, kolejne fale podniosły parę razy ponton do góry, który po chwili szybko spadał w dół... ale nie groziło to już wywróceniem się pontonu, chociaż przyjemne tez nie było.
Kilkanaście metrów przed jachtem silnik znowu zgasł, złapaliśmy za wiosła...
Gdy juz umocowaliśmy ponton powiedziałam „kochanie ja dziś potrzebuje drinka”.
Zdążyłam wziąć szybki prysznic i usmażyć rybę na kolacje... jeszcze nie zaczęliśmy jeść, gdy kotwica puściła... dryfując oddalaliśmy się od wyspy...
Poparzeni słońcem, podrapani przez rafy, z drinkami w dłoniach, rozmawialiśmy o mijającym dniu wyciągając wnioski, żadne z nas nie ma więcej ochoty na bezludne, nieprzyjazne wyspy...

Przybˇ na Clipperton

Przybój na Clipperton


T .29 marca

W nocy wydmuchało nas z kotwicowiska, potwierdziła się dobra praktyka morska by kotwiczyć po zawietrznej stronie wyspy, w przeciwnym razie mogło być gorąco, zwłaszcza ze stoimy bardzo blisko rafy... W tym wypadku wyjechaliśmy tylko na głęboką wodę, nie wciągałem nawet kotwicy, z łańcuchem i 130 m liny działa jak dryfkotwa. Trudno tu spokojnie postać... Jutro spróbujemy wylądować na wyspie mimo przyboju. Dopłynąć będzie łatwiej, trudniej będzie wrócić, ale zmęczyło nas czekanie na mniejszy przybój i nerwowe nocne wachty...
Mam obawy zostawić Lukę bez opieki, dno tu marne, kotwica kiepsko trzyma, rzucę, więc z dziobu dryfkotwę na wypadek gdyby Lukę znowu wywiało na morze, będzie dryfować wolniej...
Nie powinniśmy chyba zabierać psa, na wyspie żyją setki tysięcy ptaków, palmy uginają się pod ich ciężarem, ale większość i tak mieszka na ziemi, ptak przy ptaku i pewnie nigdy nie było tu psa... Wacek nie jest morderca, ale pewnie spowoduje w tym ptasim świecie porządną zadymę, weźmiemy z sobą smycz z uwagi ma młode ptaki, Wacek to w końcu terier...
Nie możemy przepchać żadnego zdjęcia, Sailmail ostatnio kiepsko łączy...

 


B.28 marca


Tomek wrócił wczoraj z wyspy cały poobijany i posiniaczony jakby się z kimś bił, ugrzązł na brzegu na cale 5 godzin. Zauważyłam jak wielka fala wywraca ponton, potem straciłam Tomka z oczu i po chwili znów zobaczyłam jak wędruje po rafie i ciągnie za sobą ponton w stronę plaży... Juz 3-ci dzień patrzę na ta wyspę, ale nie możemy do niej dobić... Z nudów wzięłam się za szorowanie pokładu... jeśli codziennie wyszoruję kawałek, to może za jakiś czas będzie znowu biały...
Kiedy Tomek wrócił wieczorem, jeszcze nie wysiadł z pontonu, wręczył mi gałąź z orzechami kokosowymi i jednocześnie zażądał drinka... cóż, zrobiłam mu go... wrócił taki „pobity” przez  rafę i spalony słońcem ze zrobiło mi się go szkoda...
Dzisiaj kapitan wypłynął pontonem na ryby, wrócił po pól godzinie z dość dużą rybą z rafy, siedziałam w słońcu na pokładzie i z góry patrzyłam jak Tomek czyści i filetuje rybę na platformie do nurkowania...
Przyjemnie jest patrzeć jak inni pracują:-)
Filety usmażyliśmy, a z głowy Tomek ugotowali zupę i zjadł ją potem sam... w/g mnie zupa z ryby za bardzo pachnie rybą...
Sama ryba tez nie była rewelacyjna, zbyt sucha, wiec resztę usmażonych filetów zamarynowałam w occie z cebulą i przecierem pomidorowym. Może w takiej formie będzie smaczniejsza.
Fala wciąż jest zbyt duża, aby dobić do wyspy, wiec po obiedzie założyliśmy płetwy i maski, nurkowaliśmy przy rafie i patrzyliśmy w oczy rybom. Woda jest tu niesamowicie czysta, cala masa ryb i co chwile przepływają obok nas stada delfinów...

 


T. 27 marzec

10*17'594 N &  109*13'798 W


Stanęliśmy na 80-ciu metrach, użyłem zapasowej kotwicy (jestem do niej mniej przywiązany) zamocowałem do niej 20 m łańcucha i 130 m liny, wykorzystując wszystkie cumy i zapasowe szoty genuy, jakie mamy. Stoimy 100 m od rafy, trochę blisko jak na mój gust, ale stały wschodni wiatr i prąd opływający wyspę trzyma nas równolegle do rafy.
Dogadałem się z echosondą, nabrała ostatnio nieprzyjemnego nawyku pokazywania małych głębokości, gdy jest dla niej zbyt głęboko i nie widzi dna. To właśnie wprowadziło mnie w błąd pierwszego dnia, gdy rzuciłem kotwice wierząc ze jesteśmy na 10 - 20 m, podczas gdy faktycznie mięliśmy pod dnem 300 m wody.
(dobrze ze nie kłamała odwrotnie...) Niemniej sonda pokazywała rafy przed dziobem, gdy szukaliśmy płytszego miejsca i za każdym razem solidnie, z określeniem odległości, wyświetlała na ekranie ścianę rafy. Okazało się ze płytszego miejsca na kotwice tu nie ma, chyba żeby stanąć przy samej rafie, ale na to zabrakło mi odwagi...

Martwa fala załamywała się na rafie, co chwile nadbiegały giganty 4-6 m i waliły się z łoskotem... Nie mięliśmy zamiaru lądować dziś na wyspie z powodu tego wielkiego przyboju, mimo to spuściłem ponton i próbowałem ustalić gdzie dokładnie zaczyna się rafa, na wypadek gdyby wiatr zmienił kierunek i odwrócił Lukę w stronę plaży. Wyglądało, że jeśli kotwica nie puści, to miejsca wystarczy. Potem chciałem znaleźć przerwę w rafie, miejsce na lądowanie, gdy przybój osłabnie.
Płynąłem blisko krawędzi rafy i obserwowałem dno. Wydawało mi się ze cos znalazłem, podpłynąłem bliżej i przegapiłem wielka fale... podbiła ponton jak zapałkę, przeniosła nas nad krawędzią rafy a potem  wielkim kopniakiem wywaliła mnie z pontonu. Wyleciałem w powietrze jak z trampoliny i uderzyłem twardo, szczęśliwie tyłkiem o płaską w tym miejscu rafę. Złapałem ponton, który jakimś cudem się nie wywrócił i Bogu za to, dzięki, bo woda zalałaby silnik i trzeba by było rozbierać gaźnik, wykręcać świece itp. a nie miąłem z sobą narzędzi. Bez silnika przedarcie się z powrotem przez ta kipiel było raczej niemożliwe.
Przeciągnąłem ponton na plażę, która tworzyły głównie kawałki pokruszonej rafy, bez butów chodzić się po niej nie dało.

W tej chwili nie interesowała mnie wyspa, poważnie zastanawiałem się, w jaki sposób wrócę na jacht... Fale robiły się coraz większe i waliły jak małe tsunami o rafę, Luka znikała za nimi, widać było tylko końcówki  masztów, pojawiała się tylko czasem jak fatamorgana. W takich okolicznościach nie było mowy o powrocie, wywaliłoby mnie natychmiast i tym razem mógłbym nie mieć tyle szczęścia...
Nie mogłem wyciągnąć pontonu wyżej, bo „plaża” była stroma jak mała górka, wiec pilnowałem go żeby sobie nie popłynął... Siedziałem na pływaku, obserwowałem przybój i próbowałem znaleźć w tym jakąś prawidłowość. Zauważyłem ze wody powoli przybywa, wiec jest przypływ, za jakiś czas będzie więcej wody na rafie i będę mógł opuścić silnik, przelecieć przez rafę i może wstrzelę się jakoś w przybój, bo fale nie załamywały się regularnie... Przeciągnąłem ponton kilometr dalej, tam plaża była bardziej plaska i poczułem dotkliwe pragnienie, było bardzo gorąco a butla wody, która zabrałem, dryfowała gdzieś po rafie...
Szczęśliwie zanim odpłynąłem Beata przypomniała mi o nożu, obok rosły niskie palmy obwieszone orzechami, wybrałem kilka dużych, ale wciąż zielonych i zacząłem się do nich dobierać. Pierwszy otworzyłem z trudem, w końcu dostałem się do twardego jadra, czubkiem noża wywierciłem małą dziurkę i... uff, co za ulga, z następnymi poszło łatwiej. Ściąłem konar z orzechami i zaniosłem je do pontonu, musiałem jeszcze długo czekać na podniesienie



T. 26 marca

Trzecia noc w dryfie, dziś także nie udało się znaleźć kotwicowiska... Luka to stary jacht i raz na jakiś czas rzeczy będą się psuły, ale to, co dzieje się tutaj za każdym razem, gdy zbliżamy się do plaży zaczyna mnie zastanawiać. Echosonda, która działała jeszcze kilka dni temu bez zarzutu, dostała świra i wyświetla przypadkowe cyfry, przy samej plaży zapchały się filtry paliwa, także gumowa uszczelka w jednym z filtrów cudownie zrobiła się nieszczelna, choć wymieniłem ją razem z filtrem 4 tygodnie wcześniej.
Dziś również przy samej plaży magicznie wysiadło sterowanie. Kręciłem kołem w prawo i lewo a ster trzymał się wychylony 3 stopnie na prawa burtę i ani drgnął, i powoli wykręciło nas na otwarte morze. W tej sytuacji nie miałem nic przeciwko temu, zwłaszcza, że kawałek dalej straszył na rafie wrak dużego kutra rybackiego, pewnie nie wcelował w kotwicowisko...
Odpłynęliśmy na bezpieczna odległość, odkopałem pojemnik z płynem hydraulicznym, byłem przekonany ze zgubiliśmy płyn z systemu sterowania, ale okazało się ze płynu mamy pod korek... Pól mili od plaży wszystko zaczęło działać normalnie... Czary mary... może ten angielski bandyta Clipperton broni swojego złota...
Po przygodzie z łańcuchem kotwicznym nie będę rzucał kotwicy na „wariata”. Jutro popływam nasza motorówka blisko plaży i spróbuje znaleźć to płytkie miejsce miedzy rafami, może wskoczę do wody z maską. Szkoda ze nie kupiłem kiedyś malej echosondy wielkości latarki, mógłbym łatwo namierzyć z pontonu miejsce gdzie powinna być ta „łacha”.

Na koniec pozostaje jeszcze jedna opcja, mógłbym dowiązać do łańcucha ze 100 m solidnej liny i rzucić kotwice na głębszej wodzie, ale pomijając potem kłopoty z ciężarem łańcucha i stara winda, kotwica mogłaby się zakleszczyć w rafie i trzebaby zanurkować na 100 metrów by ja odkopać (nie pisze się) albo ciąć linę i zostawić  łańcuch z kotwica wyspie na pamiątkę.
W tej sytuacji zaluję ze nie ma z nami jeszcze jednej osoby, najłatwiej byłoby teraz zostawić jacht w dryfie z jednym załogantem, i na zmianę odwiedzać wyspę...


T. 25 marca

Dopiero o siódmej zrobiło się jasno, słońce z trudem przebijało się przez ciężkie chmury. Postawiłem żagle i ruszyliśmy w stronę wyspy, nadal nie było jej widać ani na radarze, ani na zamglonym horyzoncie... Szły na nas ciężkie chmury, spodziewałem się ze cos spod nich dmuchnie, i dmuchnęło 7B, do tego wiatr zmienił kierunek o 90 stopni, przez godzinę gnało nas 8 węzłów na południowy zachód, i oddalało od wyspy. Szkwały się w końcu wydmuchały i kolo południa zbliżyliśmy się do plaży. GPS jak się spodziewałem, zaczął bezczelnie kłamać, pokazywał nas w środku laguny, podczas gdy byliśmy dopiero pól mili od zewnętrznej plaży, do tego echosonda dostała świra i wyświetlała 6, 12, 73, 90, 8, 120 metrów na zmianę.
Byliśmy juz około 200 m. od plaży, kawałek dalej załamywały się fale, echosonda, która ma funkcje szperania do przodu, pokazała 100m przed dziobem ścianę rafy, bliżej podpłynąć się juz nie dało... W końcu echosonda się uspokoiła i pokazywała głębokość pomiędzy 8 i 12m. Odblokowałem hamulec windy i łańcuch poleciał z Loskotem, po chwili zwolnił, kotwica dotknęła dna, i nagle poleciał znowu i to szybko. Dokręciłem hamulec, ale łańcuch zaczął skakać po wyrobionej zębatce windy i w żaden sposób nie dało się go zatrzymać. Szarpnęło winda i łańcuch stanął, dzięki Bogu koniec łańcucha był solidnie przymocowany. Łańcuch wisiał a wiatr wydmuchiwał nas na otwarte morze, jakby wyspa nie życzyła sobie naszej obecności.
Dla starej windy, 400 kg łańcucha wiszącego pionowo pod dziobem okazało się za dużo, łańcuch przeskakiwał po zębatce i nie pozwalał się wciągnąć. Po godzinie kombinacji, z pomocą Beaty wciągnęliśmy go z powrotem. Robiłem kolejny nawrót do jedynego na tej wyspie, wąskiego kotwicowiska, poza nim wszędzie tu głęboko, gdy nagle obroty silnika zaczęły skakać, co oznaczało zapchane filtry paliwa. Beata włączyła extra pompę paliwa, której używamy do odpowietrzania silnika, zrobiłem zwrot i bezpiecznie oddaliliśmy się od brzegu. Rzucanie kotwicy w takim miejscu bez sprawnego silnika to kreowanie problemów.
Paliwo w odstojniku filtra przypominało kawę z zwarzonym mlekiem, mięliśmy wodę w paliwie i cos jeszcze... Zmontowałem długą rurkę, wsunąłem ja na dno zbiornika, i wypompowałem do zezy 10 litrów wody z farfoclami. Przed rejsem czyściłem zbiorniki, wiec tym brudnym paliwem poczęstowała nas marina w Manzanillo,
Wymieniłem filtry, silnik, zapalił ale po 10 minutach znowu zgasł. Robiło się późno, jak na jeden dzień wrażeń wystarczy. Włączyłem znowu pompę paliwa, która bez problemu wpychała teraz ropę do silnika i odskoczyliśmy od brzegu. Postawiłem Lukę w dryf i zrobiłem sobie drinka, rano wyjaśnię sprawę z paliwem i zaczniemy zdobywać wyspę od nowa...

 


T. 24 marca
10*17'918 N & 109*20'986 W



Stoimy w dryfie, Clipperton 5 mil po prawej burcie, niebo zachmurzone, czarno na zewnątrz, nie widać końca własnej dłoni. Radar nie pokazuje wyspy, która musi przecież tam być, pewnie ledwie wystaje z wody, czasem w miejscu gdzie powinna się znajdować pojawia się na sekundę anemiczne echo, ale gdybym nie wiedział ze tam jest pewnie pomyliłbym ja z odbiciem większej fali. Trochę to niepokojące, choć GPS pokazuje dokradnie pozycje, to z ta dokładnością GPS-u różnie bywa. Wygląda na to ze urządzenie GPS pokazuje poprawna pozycje, tylko lad się przesuwa... Podczas naszego rejsu po archipelagu Socorro, wszystkie wyspy przesunięte były względem mapy o 0.7 Mili na południowy zachód i często mapy elektroniczne pokazywały ze walimy po brzegu. Ma to związek ze zmieniającym się nieustannie magnetyzmem ziemi i widocznie autorzy map elektronicznych nie zdają sobie trudu by uaktualniać małe, rzadko odwiedzane wyspy. W nocy, zwłaszcza czarnej jak ta, jedyna weryfikacja pozycji przy dojściu do lądu jest radar, temu przekłamania się nie zdarzają, chyba ze nic nie widzi...
Mapa pokazuje wrak na wschodniej stronie atolu, i biorąc pod uwagę oszustwa GPS i to ze wyspa nie odbija echa na radarze, wcale się nie dziwie, ze jakiemuś pechowcowi udało się na nią wjechać...
Wyspa musi ledwo, co wystawać z wody, to pewnie piaszczysta lacha na koralu.


T. 23 marca
10*36'682 N & 109*05'475 W



Do Clipperton 50 mil, jeśli wiatr się nie zmieni będziemy przy wyspie w nocy. W nocy "wszystkie koty czarne” trzeba będzie podryfować do rana, albo wieczorem w miejsce genuy postawie małego foka, Luka zwolni i dopłyniemy do wyspy wcześnie rano.
Okazało się ze powodem strajku autopilota była rzeczywiście pompa, a dokładniej szczotki w silniku elektrycznym, który ja napędza. Właściwie po 30 tys. mil szczotki miały się prawo zużyć, tylko ze nie wziąłem tego pod uwagę i nie mamy zapasowych... Wyczyściłem dokładnie resztki grafitu, rozciągnąłem ile się dało sprężynki, które dociskają szczotki do rotora i pompa ruszyła, ale pewnie nie na długo.
Napisałem list do znajomego w San Diego, może mi takie znajdzie i wyśle do mariny na Galapagos. W przeciwnym razie opłynięcie zimowego Przylądka Horn stanie pod znakiem zapytania. Luka ma jeszcze jeden autopilot, ale to stary, powolny system i zainstalowałem go głównie, jako plan „B”. Nasz główny autopilot jest bardzo sprawny(jeśli pracuje), jego komputer posiada wbudowany czujnik działający na wzór żyrokompasu, co powoduje (gdy ustawiony na najwyższą wrażliwość), ze reaguje bardzo szybko na minimalna nawet zmianę kursu. Rzuciłem mu kiedyś wyzwanie... Na Luce do pełnego wychylenia steru potrzebne są 2.5 obroty kołem sterowym i okazało się ze pompa autopilota wychyla ster szybciej niż ja, gdy kręcę kołem...
Szybkość reakcji wychylenia steru może mieć duże, czasem zasadnicze znaczenie w żegludze z wiatrem, zwłaszcza silnym i zwłaszcza przy wysokiej fali. W sztormie raz na jakiś czas pojawiają się nienaturalnie wysokie fale, i jacht gwałtownie przyspiesza zjeżdżając z nich prawie w ślizgu... Którejś nocy z 5 węzłów, które robiliśmy na samym foku marszowym, Luka przyśpieszyła gwałtownie do 18 węzłów, próbowała wyostrzyć do wiatru i ustawić się bokiem do fali, co gdyby się jej udało, mogłoby zapoczątkować wywrotkę...
W planie naszego rejsu jest odcinek szybkiego żeglowania z wiatrem, może nawet bardzo szybkiego... i wyłączenie się autopilota w takich okolicznościach to zły pomysł... Muszę jakoś zdobyć te dwa kawałki grafitu na sprężynkach...

Beata upiekła paczki, wcześniej włożyła mi trzepaczkę do ręki i kazała trzepać jaja. Wyszły trochę bułkowato, ale smaczne. Stwierdziła ze następnym razem doda mniej maki, mniej jajek, więcej spirytusu (nie mam zastrzeżeń), więcej drożdży i pozwoli im dłużej rosnąc... 


T. 22 marca
12*15'417” N & 108*43'016” W



W nocy autopilot zastrajkował, wyświetlił informacje ze pompa hydrauliczna nie działa, Luka zrobiła zwrot przez rufę, pękł karabińczyk mocujący obciągacz bomu foka marszowego, w efekcie bom przewalił się na druga stronę, wózek, do którego przymocowana jest talia foka jakimś cudem także się wczepił, wyrwał stoper na końcu szyny i wszystko z hukiem zawisło za burta... Mamy dużo wody dookoła wiec zwinąłem żagle i ustawiłem Lukę w dryfie, jutro porozwiązuję te supły...


T- 21 marca
13*07'259” N & 108*17'470” W


Dwieście mil do laguny Clipperton, w tym leniwym tempie zobaczymy ja za 3 – 4 dni, miejmy nadzieje ze zgodnie z opisami, laguna nie jest zamieszkana przez ludzi i będzie cala dla nas. Podobno wciąż jest na niej  ukryty skarb angielskiego pirata John'a Clipperton. Wyspę, która ma kształt obwarzanka zalanego w środku woda (podobno kiedyś można było do niej wpłynąć...) zamieszkują tylko dzikie świnie, pozostawione przez osadników, którzy wynieśli się z niej na początku dwudziestego wieku, choć świnie mogły mieszkać tam juz przed nimi... Pewne wyspy służyły niegdyś żeglarzom, jako miejsce aprowizacji, np. Galapagos dostarczało załogom żaglowców świeżego mięsa, głównie olbrzymich żółwi, które prawie doszczętnie przy tej okazji wytępili, a w zamian zostawili świnie, które zaaklimatyzowały się i rozmnazaly, potem taka wyspa dostarczała nie tylko słodkiej wody i owoców, żył także na niej zapas świeżego mięsa... Tak czy owak, świnie na Clipperton musiał ktoś kiedyś przywieźć, same tam nie dopłynęły. Z natury jestem mięsożercą i zamierzam zaopatrzyć Lukę w kawał wieprzowiny. Pytanie tylko, jak mi pójdzie zabijanie, zdaje się ze wyszedłem z wprawy... ogólnie chodzi o to ze coraz trudniej mi znaleźć motywacje do pozbawienia życia czegokolwiek, nawet ryby...

Doszedłem do wniosku ze powodem mojego wczorajszego „fuck up”, który dzięki Bogu skończył się tylko utrata wędek, była rutyna..., co oznacza ze oceniłem okoliczności tylko na podstawie swoich  poprzednich doświadczeń, bez analizowania sytuacji. To było pouczające.


20 marca

13*58'024" N & 107*34'697" W


B.


Dziś na śniadanie jajka na miękko, dla siebie ugotowałam 2, a jajcarz Tomek zażyczył sobie 8, była juz końcówka „wytłoczki” wiec dorzuciłam mu jeszcze jedno, w sumie 11 jajek...
Po śniadaniu, mimochodem stwierdziłam „Tomeczku ty jesz 4 razy tyle ile ja”, skomentował  - „nie uogólniaj kochanie”:-)

Po śniadaniu Tomek rozłożył w mesie na stole swój warsztat do lutowania, lutował cały dzień jakieś  światełka LED, zdążyłam się w tym czasie przespać, przeczytać książkę, a on dalej lutował... Budował nową energooszczędną latarnie, zdeterminowany dużym zużyciem prądu naszych lamp pozycyjnych...

Przejrzałam cebule, niektóre główki robią się na wierzchu miękkie, trzeba je zużyć w pierwszej kolejności, albo jakoś przetworzyć.
Obrałam cebule, pokroiłam ja w „talarki”, do tego dodałam marchewkę, małą ostra paprykę i zalałam wszystko wrzątkiem z octem i przyprawami. Teraz taka marynata może sobie stać...
Okazało się ze mała ostra papryka, której dość dużo kupiliśmy, może bardzo długo leżeć, nie gnije. Kupiliśmy ja zielona, po kilku dniach dojrzała i zrobiła się czerwona, i powoli wysycha, ale nawet wysuszona   zachowuje swój aromat i pikantny smak.

Tomek po kolacji zasnął w mesie, zaczęła się moja wachta. Ostatnio oglądam dużo filmów, a ponieważ jesteśmy juz daleko od brzegu i z dala od szlaków żeglugowych, zostałam w mesie i tylko, co jakiś czas wyglądałam na zewnątrz. Gdzieś o drugiej w nocy, choć film nie był najgorszy, sama nie wiem, czemu wyłączyłam komputer i przeniosłam się do sterówki, a Wacek został obok swojego pana.
Noc była spokojna, staliśmy prawie w miejscu, nowa latarnia, choć jak Tomek twierdzi, bardzo oszczędna, świeciła mocno i jaskrawie oświetlała żagle. Słuchałam książki na mp3, w pewnej chwili zauważyłam z przodu po lewej burcie migające światełko tuz nad horyzontem. Obserwowałam je parę minut, nie byłam pewna czy nie jest to wschodząca gwiazda. Włączyłam mały radar, ale na odległości 16 mil nic nie pokazywał. Słuchałam wiec dalej ksiązki, ale migające światło coraz bardziej wzbudzało moja ciekawość, włączyłam wiec nasz silniejszy radar, którego używamy rzadko –  to pożeracz energii.
Teraz się przekonałam ze to jednak nie jest gwiazda. Wzięłam lornetkę, ale jedyne, co zobaczyłam to świetlna plamę. Po kilku minutach światło przestało migać i stawało się coraz większe i wyraźniejsze.
Gdy zbliżyło się do nas mniej więcej na odległość trzech mil zaczęło mnie niepokoić, bowiem kierowalno się prosto na nas, włączyłam radio, ale w radiu była cisza. Mam jakieś opory żeby samej przez nie rozmawiać, nie znam jeszcze tych standardowych wywołań... Gdy to bardzo oświetlone „cos" zbliżyło się na odległość pól mili, zbiegłam obudzić Tomka: „Tomeczku wstań, cos dziwnie szybko się do nas zbliża.”
Tomek wstał, rozejrzał się zaspany, i mówi: „to kuter rybacki, maja włączone wszystkie światła pokładowe, pewnie stoją i wybierają sieci ”, potem próbował ich jeszcze zawołać przez radio, ale nikt nie odpowiadał.
Całkowicie ufam swojemu kapitanowi, i jeśli twierdzi ze stoją i łowią, to znaczy ze tak jest i wysłałam go żeby umył zęby... Powiedział ze najpierw idzie się wysikać... i wyszedł na pokład. Po kilku sekundach wpadł do sterówki, krzycząc „oni zapier.....ja prosto na nas”... i zbiegł jak opętany do maszynowni...
Włączyłam wszystkie światła na pokładzie...


T.


Nad ranem Beata obudziła mnie, spojrzałem odruchowo na zegarek, była 3:15 rano, zwykle budzi mnie wcześniej, pozwoliła mi dziś spać dłużej... Powiedziała ze niepokoi ja światło, które się szybko do nas zbliża. Wszedłem zaspany do sterówki i od razu zobaczyłem bardzo mocno oświetlony kuter rybacki, tyle świateł włączają tylko, kiedy wybierają siatkę, albo, gdy łowią kalmary i zwabiają je do burty wielkimi sodowymi lampami... Krzyknąłem do niego radiem, ale nie odpowiedział, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia ze wszyscy są zajęci na pokładzie. Mimo to wyszedłem się rozejrzeć. Chwyciłem się za wanty (to była dobra okazja żeby się wysikać, choć na ogól nie załatwiam swoich potrzeb z pokładu, zbyt wielu ex żeglarzy wyrzuca potem woda z rozpiętym rozporkiem...) nie zdążyłem jeszcze zacząć sikać, gdy zdałem sobie sprawę, ze ten kuter wcale nie stoi, tylko wali prosto na nas i to bardzo szybko, przynajmniej ze 12 węzłów. W tym momencie był w odległości 400m i walił prosto w nasza burtę... Wpadłem do maszynowni, odblokowałem wal, jednym susem wróciłem do sterówki, odpaliłem silnik i gwałtownie dałem cala naprzód. Cisnąłem dźwignię cały czas, choć dalej przesunąć się juz jej i tak nie dało... Silnik wył na najwyższych obrotach, Luka ruszyła do przodu a my gapiliśmy się jak kuter zrywa nasze wędki 30 metrów za rufa...
Zrobiłem duży "fuck up", dziś starannie przeanalizuje jak to się stało, ze natychmiast nie rozpoznałem zagrożenia


T 19 Marca
14*52'380 N & 107*02'704 W

Wiatr przesuwa nas leniwie na południe, Luka prowadzi się sama, autopilot "drzemie", bzyka czasem cicho i potem długo milczy. W tych warunkach widać różnicę pomiędzy autopilotem i samosterem wiatrowym. Ten drugi przy słabym wietrze nie jest w stanie utrzymać kursu i nie ma wyjścia trzeba sterować ręcznie, a to juz po godzinie przestaje być fajne, zwłaszcza sterowanie tak ciężkim jachtem jak Luka, które wymaga ciągłej uwagi i cierpliwości. Mały ruch sterem a potem oczekiwanie na reakcje..., zwłaszcza w nocy, albo jeszcze gorzej, gdy niebo czarne i nie widać gwiazd, pozostaje długie, neurotyczne wlepianie oczu w blado podświetlony kompas... Bez autopilota, lub w warunkach gdzie samoster nie steruje, żeglowanie, które z zasady powinno być przyjemnością zmienia się w formę niewolnictwa do kola sterowego, zwłaszcza, gdy załoga mała, albo, gdy kocha się żeglarską monogamie - tylko ja i Ocean...

Beata miała wczoraj dzień filmowy, obejrzałem z nią jeden film pt. "Next" z Nicholas'em Cage, był niezły, pozostałe były mniej ciekawe i wziąłem się za naprawę naszego żagla na słabe wiatry. Wieczorem leżał juz zwinięty na pokładzie, teraz czeka na swoja wachtę.


T. 18 marca
16*11'830” N & 106*08'244” W


Dziś wiatr słaby i zmienny, a prognoza pogody nie pokazuje nic lepszego na jutro. Żagle szamoczą się i ocierają o wanty, są ciężkie, uszyte z grubego dakronu i słaby wiatr nie jest ich w stanie wypełnić. Mógłbym je zrzucić i zrobić kilka dni wakacji, ale anemiczny wiatr mimo wszystko trochę nas popycha, szkoda tych 1,5-2 węzłów, to 40 mil na dobę w dobrą stronę... Gdzieś na rufie mam zakopany windseeker, to wielki, lekki żagiel coś między spinakerem i genuą, jest ogromny, nigdy go jeszcze nie używałem, i zastanawiam się jakby go sprawnie zwinąć gdy nagle przybędzie wiatru. W momencie, gdy poluzuje się  fał, nawet z naciągniętym szotem zrobi się z niego wielka kicha i będzie szalała na wietrze... Wymyśliłem że ponieważ żagiel ma wszytą stalową linkę w liku halsowym, założyłem mu ze cztery karabińczyki, wtedy przy spuszczaniu powinien grzecznie trzymać się sztagu. Będzie z tym trochę roboty, bo dziurki, które zrobię tuż za stalową linką by zamocować karabińczyki, powinny być wzmocnione miedzianymi „oczkami”, których kilka powinienem jeszcze gdzieś miałem.

Po południu robiłem coś przy bezanie i zauważyłem że linki obu wędek są napięte, spróbowałem jedną i wydawało mi się że coś się złapało, ale nie czułem typowych dla takiej sytuacji drgań, więc równie dobrze mogliśmy ciągnąć stary worek albo kawał wodorostu. Ciągałem linkę, nadal nie czułem szarpnięcia, ale linka zaczęła odjeżdżać na prawo, mieliśmy rybę... Zawołałem Beatę, po chwili zobaczyłem duży cień pod wodą, ryba była jak na nasze warunki trochę za duża, jedlibyśmy tyle mięsa przez miesiąc. Podciągnąłem linkę jeszcze bliżej i poczułem rozczarowanie, pie...ny rekin... Nie zjemy rekina, więc trzeba go wypuścić, ale to bydle ma w pysku moją super przynętę... Wymyśliłem, że opuszczę platformę do nurkowania, podciągnę go tak blisko by sięgnę sztucznego kalmara, który wystawał mu z pyska, pociągnę go na żyłce wyżej i odetnę kombinerkami sam hak. Plan okazał się głupi, bo gdy podholowałem go na tyle blisko by sięgnąć przynęty, bydle zaczęło się dziko szarpać i żyłka przecięła mi skórę na dłoniach. Łatwiej było użyć haka na drążku do wyciągania na pokład dużych ryb, ale ponieważ nie mieliśmy zamiaru go jeść, nie chciałem go także zabijać, a równocześnie szkoda mi było nowej, dość drogiej przynęty, trzymałem linkę w obolałych dłoniach, i miałem cichą nadzieje że pęknie i dylemat sam się rozwiąże... W końcu poddałem się i odciąłem linkę najkrócej jak się dało i morski bandyta odpłynął z plastikowym kalmarem przyczepionym do pyska. Druga linka była także napięta, a na niej niestety drugi rekin, z tym uporałem się szybko, podciągnąłem go do platformy i w chwili gdy zaczął walczyć o życie, odciąłem linkę. Straciłem dwie dobre przynęty, mam kolejny powód by nie lubić rekinów, choć tych trochę mi szkoda, plastikowe kalmary zakończone solidnymi hakami, zostaną z nimi na długo.

 


T. 17 Marca
17*16’424”N & 105*17’484”W


W końcu udało się nam wypłynąć. Mark, nasz nowy znajomy z Manzanillo, któremu pomogłem zainstalować telefon satelitarny i zaznajomiłem z obsługą programu, nie potrafił ukryć rozczarowania, liczył, że pomogę mu także zainstalować nową stację nawigacyjną, zamienić komputer z ekranem, pracujący na napięcie 12V, ale Mama Ocean woła nas coraz mocniej, czas ruszać w morze. Poprzedniego dnia zrobiliśmy ostatnie zakupy, zostało nam trochę pesos, więc zatrzymaliśmy się na piwo w marinie, wystarczyło na trzy piwa, pożegnaliśmy się z miłą obsługą baru, po chwili jednak kelnerka przyniosła nam kolejne trzy piwa i z szerokim uśmiechem powiedziała, iż to mały podarunek dla nas :).
Skoro świt wyrwaliśmy kotwicę, w zatoce nie było wiatru, ale gdy już się z niej wyczołgaliśmy powiało trochę  mocniej, potem zrobiła się przyjemna 4-ka i przez resztę dnia grzaliśmy 7 węzłów w stronę Clipperton Island.  Po drodze przepłynęliśmy przez lokalne morskie eldorado, kawał morza przecinały sznury unoszące się na małych pływakach z tysiącami haków, i mimo że starałem się je ominąć,  jeden nas złapał... Linka z hakami zaczepiła się o ster, szczęśliwie wędka, którą ciągnęliśmy za rufą, zahaczyła się także o linę z hakami i dość łatwo dało się ją podciągnąć  i przeciąć... Uwolnieni ruszyliśmy od razu 3 węzły szybciej. Kilka razy podpływały do nas delfiny i pluskały przed dziobem, a  powierzchnia morza usiana była śpiącymi żółwiami, na których jak na małych wysepkach odpoczywały zmęczone lataniem głuptaki.
Beata nie ma tym razem objawów choroby morskiej, choć nienaturalnie dużo śpi. Jesteśmy nadal zbyt blisko brzegu, więc trzymamy ścisłe wachty, tej nocy nie mogłem jej podnieść z kanapy...Ok... zaraz wstanę, jeszcze chwileczkę, daj mi jeszcze chwilę pospać..,  nawet zapach świeżo zaparzonej kawy nie zrobił na niej wrażenia, dopiero, kiedy powiedziałem, że gdy spała zmieniłem trochę konfiguracje w jej laptopie... Zerwała się jak sprężyna, z okrzykiem pewnie znowu coś zepsułeś... Podstęp się udał hehehe...

Głuptak wypoczywający na  spiącym żółwiu


B. 15 marca

Jutro rano podnosimy kotwicę.


B. 12 marca

Tomek czyścił dziś dno, zajęło mu to ze trzy godziny, wrócił na łódkę cały oblepiony „narybkiem” krewetek....brr, wyłaziły mu z uszu i z pępka, przykleiły się do brody i szyji, miał je wszędzie... Okropne. Musiałam szorować go gąbką bo jęczał że coś po nim łazi. Kąpielówki i koszulkę trzeba było wyrzucić, nie dało się wyłuskać z nich tych „morskich wszy”. Podczas gdy Tomek nurkował, zmieniłam twardy dysk w naszym zapasowym laptopie, sformatowałam go i wgrałam system operacyjny. W komputerze nawigacyjnym nr.2 ustawiłam nasz plan B, czyli ściąganie e-maili przez Iridium. Iridium skonfigurowałam z Outlookiem żeby za bardzo nie mieszać w Sailmail, który jest już "ustawiony" z pactor modem. Co prawda Outlook w połączeniu z Iridium to nie najlepsze rozwiązanie, jest za wolny i nie kompresuje e-maili, ale jako system awaryjny może być. Teraz tylko ostatnie testy – ściąganie pogody pactorem. Do tej pory do ściągania pogody używaliśmy Iridium w połączeniu z programem OCENS WeatherNet, ale za obydwie te usługi trzeba płacić. Dziś ściągnęłam bezpłatny program UGRIB ze strony www.grib.us, o którym dowiedziałam się z www.sailforum.pl . Jeżeli Tomek uzna że jakość tego serwisu jest porównywalna z naszym dotychczasowym, spróbuje go połączyć z Iridium, jako awaryjny system ściągania pogody, gdyby zawiódł nas pactor modem i program do ściągania pogody i e-maili - Sailmail. Bezdochodowa organizacja Sailmail (www.sailmail.com) pokrywa sygnałem radiowym cały świat ( tak twierdzą), kosztuje $250 rocznie, i daje nam 90 minut tygodniowo na ściąganie prognozy pogody i poczty.

Narazie wszystko dziala


B. 11 marca

Wygląda na to że niedługo w końcu stąd ruszymy:-)
Wczoraj zrobiliśmy zakupy na kolejny etap rejsu, głównie warzywa i owoce, gdyż zapas puszek i suchego prowiantu mamy wystarczający.
Kupiliśmy 40 kilo pomarańczy ( za jedyne $14 ) 10 kg jabłek, 360 jajek, dużo małych zielonych cytryn, 20 kg cebuli, trochę ziemniaków, pomidorów, kalafior, kapustę etc.
Mamy ręczne wyciskarki do soku z „limonek” i pomarańczy, made in Mexico.
Sok z świeżo wyciśniętych pomarańczy czy cytrynówka z kroplą alkoholu to zbawienny napój na tutejsze upały.
„Limonki” mają też dodatkową zaletę, można je dość długo przechowywać na jachcie, nie gniją, i nawet jeżeli z wierzchu są pomarszczone i suche, długo zachowują sok i aromat.
Zostało nam już tylko parę puszek z kapustą kiszoną, tu w Mexyku niestety nie można jej dokupić, a przydałoby się, oboje z Tomkiem przepadamy za rybą z surówką z kiszonej kapusty.
Spróbowałam ostatnio zakisić trochę kapusty ale wyszła przeokropnie słona....nic to, spróbuję jeszcze raz, może tym razem wyjdzie kiszona zamiast solona:-)
Życie na jachcie zmusza do eksperymentów kulinarnych.

wyciskarka