Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty


2011-05-30 Portobelo

Poród na Luce

Tym razem przelot z Cartageny do Portobelo minąłby bez istotnych wydarzeń, gdyby nie Francisko.

Po pierwsze nie wyglądał jak "backpaker". Zjawił się z żoną, obładowany błyszczącymi walizkami, kupionymi pewnie gdzieś we Francji. 

Byliśmy już załadowani ludźmi i zostały dwa ostatnie miejsca do spania w salonie, które bez mrugnięcia okiem zaakceptowali.

Oboje z Beata zauważyliśmy jak nieznacznie poruszyli się, gdy usłyszeli informację, że bagaże mogą być kontrolowane i zostają na pokładzie przez godzinę, na wypadek gdyby kolumbijscy celnicy mieli zamiar je przeglądać...

Celnicy nie zawracają sobie głowy jachtami, spreparowaliśmy jednak tą historię, by zniechęcić tych, którzy próbują przemycić kokainę do Panamy, bo skontrolowaliby nas z pewnością, gdyby dostali informację, że któryś z "backpakersow" przemyca...

Złoty Rolex na ręku Franciska i Cartier na opalonej dłoni jego żony Alicji, sugerowały, że desperacko pieniędzy nie potrzebują. Poza tym byli w wieku emerytalnym, więc skąd ta nerwowa reakcja na kolumbijskich celników...

 A zaraz potem pytanie, za ile godzin opuścimy wody terytorialne Columbii...

Gdy poznaliśmy ich bliżej, doszliśmy do wniosku, że pewnie wieźli do domu liście koki, i stad ta nerwowość. Francisko okazał się emerytowanym ginekologiem z New Hampshire.

W ciągu dwóch dni postoju na wyspach San Blas, przeszedłem teoretyczny kurs położnika. Żadna z dziewczyn nie chciała posłużyć nam, jako model, więc Francisko użył ananasa, jako główki dziecka, i tłumaczył, w jaki sposób "wytoczyć" barki. Później używając muszli, która przy odrobinie wyobraźni przypominała pochwę, objaśnił, w jaki sposób ją rozszerzyć uciskając dwoma palcami na jej dolna krawędź, by pomóc główce dziecka przecisnąć się przez tą z natury wąską cieśninę. Zasypał mnie także wieloma praktycznymi informacjami, w jaki sposób postąpić z dzieckiem tuż po urodzeniu, np.; pstrykać delikatnie w pięty lub masować plecy, by zachęcić je do zaczerpnięcia pierwszego oddechu, w jaki sposób masować brzuch kobiety, by pomoc przy porodzie dziecka, a także potem, przy porodzie łożyska.

No, teraz dziewczyny możecie rodzic na Luce:-)

 

 


 

05/24/2011, San Blas

7 turystów i 7 załogantów

 

Zaczyna się pora deszczowa, pasaty w tej okolicy ucichły, kręcą się wokół nas słabe zmienne wiatry, ale to stanowczo za mało by ryć do przodu naszą 27 tonową Lukę, więc płyniemy na silniku, gorąco pod pokładem i głośno...

W Cartagenie zabraliśmy na pokład dwoje rodaków, wiec w tym rejsiku Luka ma 7 osób polskiej załogi, razem z pasażerami jest nas 14. Nawet z tyloma ludźmi na pokładzie, nie odczuwamy specjalnego tłoku, ludzie w ciągu dnia rozłażą się po pokładzie, a w nocy grzecznie śpią, zwłaszcza, że prawie wszyscy regularnie połykają tabletki przeciwko chorobie morskiej, które przy okazji powodują ogólne rozluźnienie i senność.

Extra załoga: Piotr i Magda zaczęli swoją podroż od południowego krańca Ameryki Południowej i zmierzają w stronę Alaski, wywiązują się z obowiązków załogantów świetnie, i jest to dla nas duża pomoc w tym rejsie. Turyści to: para z USA pochodzenia kubańskiego, z wykształcenia ginekolodzy, dwie osoby z Holandii, para narzeczonych z Chicago i prawnik z Anglii, podróżujący po Ameryce Południowej na rowerze.

na zdjęciu: Piotr i Magda, w przeddzień rejsu obchodzili swoją pierwszą rocznice ślubu.

 


 

05/16/2011, SAN BLAS - DOG ISLAND

Wacek - system wczesnego ostrzegania

 

Tym razem ruszyliśmy w stronę San Blas z siedmioosobowa grupą turystów i naszymi gośćmi.
Przyleciała moja córka z Florydy i znajomi: Tomek i Ola z Anglii, cala trojka przepłynie się z nami do Cartageny, a potem z powrotem do Panamy.
Nowa grupa turystów wpadła na pokład w dobrych nastrojach, zaprawionych piwkiem... i innymi trunkami.
To nie był dobry pomysł, ledwo wyszliśmy z małej zatoki Portobelo, mimo tabletek na chorobę lokomocyjna, wszyscy, którzy poprzednio podkręcali się alkoholem, pobledli, potem pozielenieli i zaczęły się zbiorowe konwersacje z Neptunem.
Nowa grupa okazała się jednak spokojna i nieproblematyczna.

Znajomi z Anglii płyną z nami, jako załoga, i pracują na równi z nami.
Co zresztą bardzo im się przyda, ponieważ Tomek i Ola planują kupić swój własny 45 stopowy jacht, Tomek pływał po morzu już wcześniej, Ola - tylko po Jezioraku.
W związku z tym rejs z nami jest dla Oli ostateczną weryfikacją wyobrażeń o życiu na oceanie.
Choroba morska przycisnęła Olę tylko raz, trzeciego dnia, kiedy nie było wiatru, a martwa fala rozbujała nas trochę. Jednak Aviomarin i kilkunastogodzinny sen zrobiły swoje, następnego dnia Ola wstała zupełnie zdrowa:-)
Tomek natomiast, to świetny załogant, radzi sobie nieźle z pracami pokładowymi i podpokładowymi, prawie tak dobrze jak kuzyni ;-)

Naszym znajomym początkowo przeszkadzało szczekanie Wacka i sierść, którą o tej porze roku trochę gubi... ale i do tego się szybciutko przyzwyczaili:-)
Wacka zadaniem jest obszczekiwanie wszystkiego, co zbliża się, lub pływa przy łódce. Wacek jest systemem alarmowym chroniącym nas przed złodziejami, piratami a także natychmiast daje znać, jeśli ktoś z załogi lub turystów znajdzie się w wodzie.
Z tych wszystkich obowiązków załogant Wacek wywiązuje się znakomicie i dostaje za to co dzień miskę żarcia:-) Oczywiście Wacek je to samo, co my:-)

Kiedy dotarliśmy na San Blas i rzuciliśmy kotwicę przy uroczej Dog Island, Wacuś miał okazję wyszaleć się na plaży przeznaczonej także dla psów, turyści zrobili sobie imprezkę na pokładzie, a nasza polska grupka w sterowce, wypiła zdrowie znajomych żeglarzy z Anglii: Leosia i Marzenki:)

 


 

05/04/2011, Portobelo
Kochana Zaida

Tomek wymontował felerna chłodnicę oleju i wczesnie rano pojechaliśmy z nią do Panama City. Odwiedziliśmy także znajomych: Michała i Zaidę - naszego "domowego" lekarza w Panamie. Zaida, rodowita Panamenka, ukończyła studia medyczne w Polsce z tytułem Doktora Nauk Medycznych i specjalizacją w chirurgii dziecięcej.

Zaida obejrzała zdjęcie rentgenowskie mojej dłoni, zrobione wcześniej w Cartagenie, obejrzała rękę, i stwierdziła, że mam uszkodzoną torebkę stawową kciuka, po czym ładnie mi go usztywniła (od razu przestał boleć) i pojechaliśmy do apteki, gdzie wyjęła z torebki recepty i od reki je wypisała:-) Dostałam więc tabletki, które powinny pomóc zniwelować opuchliznę, Zaida przy okazji wypisała recepty na kilka innych leków, potrzebnych w jachtowej apteczce. Zaida to kochana dziewczyna. Z częścią do chłodnicy poszło gorzej, Tomek będzie musiał po raz kolejny jechać do Panama City, tym razem nie załatwił sprawy. Dziś lecę na Florydę, i pewnie skończy się tak, ze przywiozę stamtąd nową chłodnicę...

 

 


05/01/2011, Portobelo
Trudny rejs

 

Rozpoczęło się niefortunnie. Poszliśmy wymienić dolary na pesos, ale nasze paszporty były u agenta, który właśnie nas odprawiał. Próbowałam użyć swojego drugiego paszportu, w którym jednak nie było pieczątki wjazdowej do Columbii, i wymienić pieniędzy z nim się nie dało... stałam więc przy okienku Western Union i myślałam, co z tym zrobić (potrzebowaliśmy pesos żeby zatankować ropę), a pracownik juz trzymał w reku moje $860 na wymianę. W tym momencie wrócił właśnie agent z paszportami, Tomek wziął je od niego i wymieniliśmy się przy okienku... ja odeszłam połazić po sklepie, a Tomek został i... wrócił, jak się potem okazało z ... równowartością $680 w pesos. Pracownik Western Union wykorzystał to, że wymieniliśmy się przy okienku, albo przypadkowo nas oszukał... i zrobił z $860 - $680...

Później popłynęliśmy zatankować ropę, kiedy wróciliśmy na kotwicowisko, ja zostałam na Luce i przygotowywałam obiad, Tomek ze swoim pomocnikiem popłynął pontonem kupić bryłę lodu do coolera. Kiedy wracali okazało się, że nie mogą znaleźć Luki... kotwica puściła i pociągnęło nas jakimś bagnistym korytarzem aż na sam koniec kotwicowiska, ja zajęta pod pokładem nawet tego nie zauwazylam. W końcu jednak, z małym opóźnieniem zaokrętowaliśmy na Luce 7 turystów, kapitan dal wykład na temat bezpieczeństwa na jachcie, co wolno, czego nie, podałam obiad i krótko potem ruszyliśmy w stronę wysp San Blas.

Pierwszej nocy zaczęły się problemy. Nie było zupełnie wiatru, nadchodzi pora deszczowa, w tym okresie wiatry pasatowe tutaj zasypiają, jechaliśmy więc na silniku.

W nocy włączył się alarm silnika.. Okazało się, że wymiennik ociepla zrobił w sobie dziurę i cały olej został wypompowany za burtę, razem z wodą chłodząca silnik i spalinami. W dalszym ciągu nie było zupełnie wiatru, więc prawie cały następny dzień staliśmy jak na plaży, a Tomek pracował nad ominięciem felernej chłodnicy oleju. Wieczorem w końcu ruszyliśmy dalej, choć wolniej, bo kapitan ograniczył pracę silnika do 1000 obrotów, i jechaliśmy wakacyjnie z szybkością 3 węzłów. Zaliczyliśmy z turystami San Blas, i gdy za chwilę mięliśmy już wchodzić do niebyt szerokiej zatoczki Portobelo (Panama), podczas rutynowego sprawdzania silnika przed uruchomieniem (w międzyczasie pasat trochę ożył i płynęliśmy na żaglach), okazało się, że także przekładnia silnika wypełniona jest po brzegi woda zmieszana z olejem. Więc druga cześć wymiennika ciepła, chłodząca olej przekładni również zaczęła przeciekać. Tomek zrobił zwrot na kurs oddalający nas od brzegu, grzebał w maszynowi ze dwie godziny, i zakomenderował, że silnik będziemy mogli użyć tylko w razie nagłej potrzeby i to na krótko, a do samej zatoczki wejdziemy pchani przez nasz ponton, przywiązany do prawej burty. Ponton ma 15-sto konny silnik, w zatoce nie było prawie wiatru i gładko na "własnym" holu weszliśmy na kotwicowisko. Tomek popłynął na brzeg i odprawił naszych turystów, ale jakoś ociągali się z zejściem na lad, dziwne - szczury lądowe, jakimi są zwykle "plecakowcy" czmychają na brzeg, gdy tylko dostaną z powrotem paszporty... Ci wylegiwali się dalej na pokładzie, jedni czytali ksiązki, inni dyskutowali o czymś przy zimnym, przedpołudniowym piwku... W końcu zniecierpliwiony kapitan udał się na zasłużony wypoczynek i powiedział żebym obudziła go, kiedy turyści będą gotowi zejść na ląd...

 


Kwiecień 2011 r