Wyprawa na wyspe Wielkanocna
 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty 


B.31 maja

Noc była okropna, obudziłam się kiedy zjechałam z kanapy, na której zasnęłam oglądając jakiś film.
Lał deszcz i wył silny wiatr, Luka pochyliła się, o okna w salonie raz po raz uderzały wielkie fale... deszcz bębnił o pokład...
Wacek spał ze mną - wzięłam go na noc pod pokład, żeby czasem nie przyszło mu do głowy obszczekiwać wielkich fal...
Wstałam i poszłam do sterówki... sprawdzić jak sobie radzi na wachcie nasz kapitan:-)
Wacek zaczął dreptać za mną, ale w tym momencie Luka znów się przechyliła, i Wacuś na wszystkich czterech przejechał na drugą stronę salonu:-)
Spojrzał na mnie zdezorientowany, czarnymi jak węgliki oczami, wyraźnie prosząc żeby mu jakoś pomóc, wzięłam go na ręce i razem poszliśmy „sprawdzić” kapitana.
Spania nie było już do rana...


T.30 maja
25*33'046 S & 11*21'351 W


Tak ładnie szło i zdechło... 150 mil przed Wyspą Wielkanocną zaczęła się zima a wraz z nią południowe wiatry. Od dwóch dni wieje nam prosto -  i to dość mocno – w nos, i zanosi się że w najbliższych dniach wiatr nie zmieni kierunku.
Luka nie jest jachtem regatowym i nie pływa ostro pod wiatr, więc jeśli wiatr się nie zmieni, czeka nas kilka dni żeglowania pod fale i 6 -7 B wiatr.
W nocy miało powiać mocniej, więc wieczorem taktycznie zrzuciłem grota, i bardzo dobrze, nad ranem wiatr dochodził do 7B, Luka odpadła trochę, potem ostrzyła i na samym bezanie i sztakslu robiliśmy 6 węzłów pod falę i wiatr. Luka nie lubi pływać ostro pod wiatr, ale jeżeli pozwoli jej się trochę odpaść, zmienia się w narowistego konia...


B.29 maja

25*15'989 S & 110*02'635 W

Oddalamy się od kontynentu i pactor modem ma coraz większe kłopoty żeby nas połączyć, w miejscu w którym jesteśmy mamy do wyboru już tylko dwie stacje: Manihi i Chile, nie łączymy się już z Panamą ani stacjami Ameryki Północnej. Pewnie wiele zależy też od propagacji, połączyć można się tylko w nocy i wysyłanie poczty i ściąganie prognozy pogody trwa o wiele, wiele dłużej.

O 3 w nocy połączyłam się ze stacją w Chile i ściągnęłam prognozę.
Otworzyłam „grib-file”, które pełne było czerwonych kresek  z dwoma odnogami, wyglądających jak pochylone litery „F”....niektóre miały 3 odnogi...
Ustawiłam pointer myszy na odwróconej do góry nogami "literze F” i program „przetłumaczył” : wiatr o sile 26 węzłów... na kolejnej – z trzema odnogami - 32.8 węzła... .
Wiatr z południa, Tomek powiedział że będziemy musieli zmienić kurs i połowę dnia robił porządki na pokładzie, kazał mi także przygotować „ciepłe majty” bo kolejne noce będą chłodne...


B.28 maja

24*08'618 S & 110*29'286 W

Płyniemy około 2.5 węzła... do wyspy niecałe 200 mil.


B.27 maja

Płyniemy powoli...


B.26 maja

300 mil od Wyspy Wielkanocnej, nazywana tez najbardziej „osamotnioną” wyspą świata.
Przeczytałam ze nie ma tam bezpiecznego kotwicowiska, pogoda jest nieprzewidywalna i nie powinno się zostawiać jachtu bez opieki. W czerwcu zaczyna się zima ( pora deszczowa )i wiatry pomiędzy 15 a 18 węzłów, najbezpieczniejsze o tej porze roku kotwicowiska to Anacena Cove i La Perouse Bay, a w przypadku północnych wiatrów - Hutiiti, niedaleko wulkanu Rana Roraka z tym ze w tym miejscu trudniej będzie dobić pontonem.
Wygląda na to ze będziemy zwiedzali wyspę na zmianę, szkoda, nie przepadam za samotnymi wycieczkami... nie ma się z kim dzielić wrażeniami w chwili gdy widzi się coś ładnego...


B.25 maja

20*43'963 S &109*35'850 W

Rozmawiałam jakiś czas temu ze znajomą o samotnych (i nie tylko) rejsach, i cieszę się że Tomek nie miał sponsorów, a ja osobiście robiłam jego stronę internetową, kiedy płynął w swoim samotnym rejsie. Dzięki temu nic z jego relacji nie zostało wycięte, nie było takiego powodu, nie trzeba było chronić sponsora, albo producenta jachtu, czy też „producenta want”;-)

Niedawno dowiedziałam się jak to wyglądało w kilku naszych ostatnich rejsach sponsorowanych.
Okazało się że w niektórych z nich obowiązywała cenzura relacji.
Teraz wiem dlaczego relacje z takich rejsów zawierają wiele niejasności i wywołują polemikę czy załoga „dobiła na piwo czy też tylko rzuciła kotwice”...
Sponsor rejsu, czasem jednocześnie producent jachtu, nie może przecież pozwolić aby informacja że coś spieprzył w budowie jachtu przedostała się do mediów...


B.24 maja

19*25'664 S & 108*34'611 W

400 mil do Wyspy Wielkanocnej i mało wiatru, a ściągnięta dziś prognoza pogody nie zapowiada większych zmian na najbliższe 3 dni.
Skończyliśmy truć amebę.
Co prawda nie wiemy czy ją mieliśmy... ale tak profilaktycznie:-)
Jedząc owoce i warzywa w tropikach, oraz pijąc lokalną wodę należy taką możliwość wziąć pod uwagę; szczególnie że czasem pierwsze fazy ameby przebiegają bezobjawowo, albo objawy są tak łagodne że można ją pomylić z zatruciem pokarmowym.
Gdzieś przeczytałam że tego pierwotniaka rozprzestrzeniają sami ludzie, gdy nawożą warzywa ludzkimi odchodami...
Ledwo zmusiłam Tomka żeby wziął ostatnią z trzech tabletek, stwierdził że dzisiaj to on ma ochotę na drinka a nie na tabletkę.
Od naszej znajomej Ewy z Ensenady, która pracuje dla rządu meksykańskiego, dowiedzieliśmy się że w pracy dostają taką „odtrutkę” co 6 miesięcy... na wszelki wypadek.


B.23 maja

Ostatnio śni mi się moja córka, najczęściej jako małe dziecko, gdy jeszcze mieszkałyśmy w Polsce. Jakbym oglądała rodzinne filmy video.
Pewnie spowodowane jest to tym że trochę martwię się o nią, parę dni temu miała wypadek, na szczęście tylko samochód rozbity, jej nic się nie stało.
A może powodem jest nasze rozstanie, po raz pierwszy na tak długo...
W sumie poszła na studia i wyprowadziła się z domu na długo zanim wypłynęliśmy w ten rejs, ale kiedy byłam w domu, zawsze mogłam wysłać jej sms-a i zaprosić ją na obiad, albo przekupić ją żeby wpadła do domu, opowiadając jej przez telefon, jakie duże zakupy zrobiłam... do jej lodówki:-)
Działało niezawodnie:-)
Sara to już dorosła dziewczyna i na pewno świetnie daje sobie radę, a ja pewnie przesadzam... jak to matka jedynaczki...


B.22 maja

19*09'832 S & 108*28'545 W

Płyniemy, w porywach nawet 2 węzły, Tomek siedzi w sterówce i zszywa pokrowiec na ponton, potargany o rafę na Clipperton, a ja się lenie na kanapie przed komputerem, zanurzona w bajkowy świat Hollywoodu... boki bolą mnie już od leżenia... jak tak dalej pójdzie to „nagnioty kanapowe” mi się porobią...

Zmieniłam na trochę pozycję na pionową, przeniosłam się do kuchni i przygotowałam na obiad omlety, z podsmażoną cebulą, duszonymi grzybami, świeżą papryką, pomidorem, i startym żółtym serem...
Gdybym od czasu do czasu nie gotowała, Tomek jadłby codziennie to samo.
Od paru dni na śniadania i obiadokolacje przyrządza sobie i wcina makaron zasmażany z jajkami...
Myślę że to jakieś kolejne męskie zboczenie, kiedyś moja mama miała przyjaciela, który niezmiennie na obiad zjadał 3 mielone kotlety w sosie, pure ziemniaczane i surówkę z czerwonej kapusty na ciepło...
Faceci to dziwne, monotonne stworzenia...


B.21 maja

Wiatr zamilkł zupełnie, Tomek zrzucił żagle, stoimy w dryfie 500 mil od Wyspy Wielkanocnej.
Martwa fala buja nami bezlitośnie, musiałam zrobić „przemeblowanie” w paru szafkach, pukało, stukało i skrzypiało jak na jakiejś scenie z horroru.
Tomek ściągnął świeżą pogodę i wygląda na to że jeszcze jutro się tu trochę pobujamy.

Dziś znów dzień oglądania filmów, dla odmiany dokumentalnych.
W sumie mamy na Luce ponad 600 filmów: część na płytach DVD i 300 GB na twardym dysku.
Jak w kinie, objadając się popcornem, (świeżym, prosto z patelni) obejrzeliśmy „Revelation of the Bible”, „Prepare for the future” i parę innych filmów o UFO, przepowiedniach Nostradamusa, Arce Noego i reinkarnacji.
Na którymś z kolei filmie Tomek zażyczył sobie "chińską zupkę z torebki", wstawiłam więc wodę... jeszcze nie zdążyła się zagotować, kiedy usłyszałam pochrapywanie kapitana... strasznie go te filmy interesowały...


B.20 maja

Wiatr osłabł, płyniemy niecałe 3 węzły... ale płyniemy:-)

Dzisiaj dzień filmowy.
Pierwszy był film z Seagal'em, pedancikowaty bojownik, altruista, przez całe 90 minut nawet na chwilę nie zdjął płaszczowej, czarnej kurtki, która miała mu pewnie dodać stylu... naprawiał w niej schody, walczył w niej, tańczył, pewnie z powodu tego ciucha film nie zawiera żadnej sceny seksualnej, super agent musiałby zdjąć kurteczkę i zepsułoby to starannie wystudiowany image aktora....
Później próbowaliśmy obejrzeć „Sanatorium pod Klepsydrą”, ale po 15 minutach poczułam „psychicznego doła”, Tomek podzielał moje zdanie i film wrócił na półkę.
Nie miałam dziś nastroju na nierealne wizje i zastanawianie się „co autor chciał przekazać”, zresztą nie bardzo interesuje mnie świat wewnętrzny nadwrażliwego artysty, który pewnie obgryza paznokcie i do siódmego roku życia sikał w majtki... film zaczął się przygnębiającymi scenami z pociągu zmierzającego chyba do czyśćca... i ta jęcząca, dołująca muzyka... a fee...
Niektórzy nazywają to zdaje się „ambitnym kinem”, wg mnie oglądanie filmów powinno wprowadzać w dobry nastrój, nawet jeśli miałaby to być tylko piękna bajeczka hollywoodzka.

Dzięki naszemu dobremu znajomemu z paltalka (www.paltalk.com) – Maxowi mamy małą kolekcje polskich filmów, kolejnym, który obejrzeliśmy, była „Ostatnia misja” - ten film nie był zły, kino akcji, dobrzy aktorzy.
Zastanawiające jest jednak że przez pierwsze 10 minut filmu akcja toczy się w 3 językach: francuski, angielski i jakiś arabski, a reżyser nie umieścił polskiego tekstu tłumaczącego co mówią bohaterowie... Pantomima.
Widz albo jest lingwistą albo musi domyślać się o co chodzi. Sceny w języku angielskim i francuskim pojawiają się do końca filmu, być może jego produkcje finansowała któraś ze Szkół Języków Obcych...
Dzień filmowy zakończył „Czterdziestolatek” i przy nim usnęliśmy, ja tylko na chwile, bo właśnie zaczynała się moja wachta...


B.19 maja

16*35'979 S & 107*29'41 W

Napisał do nas znajomy Australijczyk, którego poznaliśmy w Ensenadzie. John przez 20 lat wracając z pracy szedł do „drugiej pracy” – budował swój stalowy 20 metrowy jacht .
Przeszedł na emeryturę, skończył budować jacht i gotowy był popłynąć... wtedy żona powiedziała „albo jacht i podróże, albo ja”.
John trochę się zmartwił, ale nie miał zamiaru rezygnować ze swoich marzeń, wymienił więc żonę na młodszy model, i teraz wraz ze swoją młodą azjatycką przyjaciółką opalają się na Tahiti, a niedługo wybierają się na Bora Bora.

Tahiti kojarzy mi się z zdjęciami pięknych, piaszczystych plaż z National Geographic, które widziałam chyba w styczniowym wydaniu i powiedziałam do mojego kapitana: „chcę tam być”, Tomek bez entuzjazmu obiecał mi że kiedyś tam popłyniemy.

Chociaż może to nie jest dobry pomysł?
Czytam teraz książkę o podróżach kapitana Cooka i dowiedziałam się że kobiety na Tahiti mają ogień w oczach, a ich ciało przemawia językiem seksu, i że załoga Cooka kiedy zobaczyła Tahitanki, stwierdziła że na inne kobiety już nawet patrzeć nie chce...
Ale może 8 miesięczny przelot zaćmił im oczy?:-)
Myślę że jednak coś  musiało tkwić u podłoża tych zachwytów...
Przyjaciel Cooka, biolog, Joseph Banks, w swoich dziennikach wspomniał że Tahitanki (już w tamtych czasach) goliły się pod pachami i kąpały trzy razy dziennie w rzece...
Podczas kiedy w Europie kąpiel była do tego stopnia rzadkością, że kąpano się dwa razy do roku, a kobiety brudne, przetłuszczone włosy przykrywały perukami...
Więc na pewno młode, pachnące czystością kobiety o brązowozłotej skórze i tym „ogniu w oczach”... plus kompletny brak pruderii... po 8 miesięcznym celibacie na morzu musiały wydawać się im anielsko piękne.


B.18 maja

Od kilku dni dusi mnie w gardle, czuję się jakbym miała zwężony przełyk, postanowiłam dziś zostać lekarzem, przestudiowałam Morski Poradnik Medyczny a potem zrobiłam to samo z pokładową apteczką, czytałam o wskazaniach i przeciwwskazaniach różnych „prochów” i w końcu przepisałam sobie Amotaks 500 mg co 8 godzin, albo się wyleczę albo się uduszę.

Banany dojrzewają uwiązane do wanty i spadają na pokład jak z drzewa. Bananowa rozpusta czyli jemy banany jak małpy :-)
Poprosiłam ostatnio moją córkę (specjalistkę w domowych wypiekach) o przepis na „coś” z bananów, „emailnęła” mi parę przepisów, które z braku proszku do pieczenia, sody i piekarnika musiałam zmodyfikować.
Na nocnej wachcie wpadłam w bananowy szał i upiekłam dwa bananowe ciasta... niestety na patelni, Tomek nigdy nie naprawił piekarnika w naszej kuchence, dlatego nie mogę rozwinąć skrzydeł w kuchni;-)
Ale i tak ta cała improwizacja pieczenia ciast na patelni nieźle mi poszła... skoro Tomek zjadł na śniadanie całe ciasto bananowe (czytaj placek).
Zastanawiam się co by z tego wyszło gdybym wymieszała papkę bananową ze spirytusem?
Morze wymyślę przepis na likier bananowy...:-)

Mamy jeszcze na jachcie zapas  "passion fruits", nie wiem jak nazywają się po polsku te smaczne, słodko-kwaśne owoce, "za moich czasów" w Polsce ich nie było.
Dosłowne tłumaczenie byłoby "owoc namiętności", ale brzmi zbyt grzesznie i ten numer to by chyba nie przeszedł...
Gdzieś wyczytałam że nazwa „passion fruit” została nadana owocom przez katolickich misjonarzy, którzy w poszczególnych częściach kwiatu i owocu widzieli alegorie do ukrzyżowania Chrystusa.
Ciekawe czego dopatrzyliby się w bananie... :)

       passion fruits ( po polsku " marakuja " *)


B.17 maja

Robi się coraz chłodniej…
Niedługo skończy się latanie po pokładzie w majtkach...
Dziś Tomek znów złapał rybę … i zjadł prawie całą na kolację:-)
Siedziałam na nocnej wachcie, wiatr był dość silny i generatory wiatrowe ładowały baterie, więc włączyłam światło w sterówce i czytałam.
Przeczytałam od deski do deski miesięcznik który zostawili u nas ostatni goście.
Przewracałam kartki kolorowych stron reklamowych i niezliczonej ilości życiorysów polskich gwiazd i gwiazdeczek...
Dowiedziałam się że powinniśmy "zadbać o nasze dzieci uwzględniając dobre tłuszcze w rodzinnym jadłospisie" i karmić je margaryną Rama (!), jak również o konkursie "Zapach 2008", cytuje: "wyślij SMS o właściwej treści" i możesz wygrać statuetkę „Złoty Nos 2008", tak naprawdę o niczym innym nie marzę jak zostać złotym nosem 2008... tylko skąd wziąć tą..."właściwą” treść?"...
Z reklamy kremu przeciwzmarszczkowego dla kobiet po 40stce uśmiechała się gładka buzia dwudziestolatki, a odpowiedzi na listy od "złamanych serc" nie udzielała jakaś przemądrzała psycholog, tylko podstarzała aktorka, która przecież najlepiej potrafi identyfikować się z problemami Maryśki z Wąchocka.
Świat idzie do przodu:-) a my tak sobie płyniemy w nieświadomości...
Zamknęłam gazetę rzucając okiem na uśmiechniętą facjatę Mleczki z podpisem "seks jest głupi"- złota myśl mojego wieczoru z kolorowym magazynem:-)
Czas wyłączyć światło i przyjrzeć się gwiazdom:-)


T.16 maja

12*28'849 S & 105*27'391 W


Do Wyspy Wielkanocnej 1000 mil, niedługo wiatr zacznie wykręcać na południe i my wykręcimy razem z nim. Nie dzieje się nic wartego uwagi, może poza tym że odezwał się nasz dobry znajomy z Ensenady. Benek pracuje przy remoncie swojego jachtu (choć powinno się to nazywać że buduje nowy). Prace postępują planowo, pewnie za 5 - 6 miesięcy jego 18 metrowy oceaniczny jacht wyjdzie na morskie próby. W Ensenadzie stoi także inny polski jacht, s/y PaniKa z kapitanem Andrzejem, i I oficerem Krystyną Plewik, którzy od lat włóczą się po Pacyfiku, teraz remontują się na rybackim slipie niedaleko miejsca gdzie staliśmy, slip jest trochę prymitywny, ale za to można tam samemu pracować przy jachcie.
Niedługo Krystyna i Andrzej wybierają się na południe...
Zawsze wody pod kilem i samych korzystnych wiatrów.


T.15 maja
10*04'953 S & 103*37'490 W
Płyniemy


T .14 maja

Nie można wyobrazić sobie przyjemniejszych warunków żeglowania niż te, jakie mamy od kilku dni. Jest ciepło, płyniemy ostrym półwiatrem i jest to ulubiony kurs Luki. Autopilot bzyka sporadycznie i właściwie można by go wyłączyć... Jacht na tym kursie jest dobrze zbalansowany, wykręca czasem trochę gdy większe fale rozbijają się o dziób, ale potem szybko wraca na kurs.

Mój udział w żegludze polega ostatnio na sprawdzaniu żagli i lin, czy się nie przecierają o okucia masztów lub want... Przecieranie się lin to zmora długich przelotów, dawno zrezygnowałem z kupowania drogich, super mocnych lin, bo ich moc odnosi się głównie do wytrzymałości na zrywanie, a przecierają się tak samo jak te tanie. Luka prowadzi się sama, generatory wiatrowe ładują akumulatory „pod korek”, żyć nie umierać.
Beata od wczoraj kiepsko się czuje, boli ją gardło i głowa, wygląda na to że zabrała z Galapagos jakieś przeziębienie.
Wbrew powszechnej opinii na pełnym morzu przeziębić się nie da. Przeziębienie kojarzy się z zimnem, ale długie przebywanie w niskiej temperaturze może co najwyżej osłabić system odpornościowy organizmu, a prawdziwym powodem przeziębień, angin i reszty zasmarkanych dolegliwości są bakterie, których na morzu nie ma...
Morze jest sterylne jak źródlana woda i kiedy patrzy się na nie „oczami z morza”, wtedy brzeg może wydawać się pełen niebezpieczeństw, wirusów, bakterii, praw i stereotypów, narzucanych przez nie zawsze altruistycznie nastawionych ludzi...

Ocean dla odmiany ma proste, niezmienne prawa, łatwo je zrozumieć i można na nich polegać, tak jak zawsze polegać można na niezmiennym i łatwym do zrozumienia prawie ciążenia.

Jeśli skoczysz z dachu bez zabezpieczenia, zamiast zejść z niego po solidnej drabinie, to pewnie złamiesz nogę, albo skręcisz kark...
Choć i na Oceanie, jak wszędzie, istnieje margines „nieznanego”, mogą wydarzyć się sytuacje których jeszcze dotąd nie doświadczyliśmy i jest niezwykle trudno, (jeśli w ogóle możliwe) przewidzieć i przygotować się na wszystkie ewentualności, ponieważ z zasady możemy przygotować się tylko na okoliczności, które jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, a wyobrazić możemy sobie tylko sytuacje oparte na własnych doświadczeniach lub które znamy z doświadczeń innych...
Cała reszta „nieznanego” czeka na swoich odkrywców.

 


T .13 maja

W nocy powiało mocniej, zastanawiałem się czy nie powinienem czegoś zrefować, ale w końcu potraktowałem ten szkwał jako sprawdzian, jeśli ma coś strzelić to niech strzeli teraz... Gnaliśmy 9 węzłów na wiatr, pod pełnymi żaglami, zawietrzne wanty zrobiły się podejrzanie luźne, trzeba je będzie trochę podciągnąć. Luka wspinała się na góry wody jak baletnica, rozbijała dziobem załamujące się wierzchołki fal, a potem ześlizgiwała się z nich, miażdżyła je swoim ciężarem i zamieniała w wodny pył i piane. Czasem jakaś większa fala wpadała na pokład i rozbijała się o szyby sterówki... Ech... dobrze że ją mamy, żeglowanie w otwartym kokpicie w taką noc jak dziś wcale nie byłoby przyjemne...
Nad ranem szkwał poleciał gdzieś indziej i zostawił postrzępione góry wody, ale fala siadła krótko potem.
Żagle mamy w dobrej kondycji, a cała Luka jest jak zdrowa, śliczna dziewczyna z wypiętymi do przodu, jędrnymi cyckami lol...
Wieczorem złapaliśmy małe dorado, choć ryba wcale nie była mała, wyciąłem z niej filety i usmażyłem część na kolacje, a Beata zrobiła ten swój magiczny sos i wyżerka była nieziemska, nie ma nic lepszego na świecie (pod warunkiem że nie codziennie) niż świeża ryba....


 

T .12 maja

Wiatr nabrał charakteru, weszliśmy w strefę południowego pasatu, robimy 5-7 węzłów na południowy zachód.
Co kilka dni sprawdzam pogodę w okolicach przylądka Horn, na razie nie jest tam strasznie, sztormy nie przekraczają 40 węzłów (8 B) zobaczymy jak będzie układać się pogoda zimą, podobno zimą sztormy w tym rejonie są mniej gwałtowne niż latem...
Beata czasem miewa sugestywne sny, wczoraj śniło się jej, że znaleźliśmy się oboje w lodowatej wodzie w okolicy przylądka Horn, płynęliśmy obok siebie i natrafiliśmy na unoszącą się na powierzchni deskę, Beata próbowała na nią wejść, ale ja wdrapałem się na nią pierwszy i stwierdziłem, że miejsca na niej wystarczy tylko dla jednej osoby, a dla siebie to ja sam jestem najważniejszy...
Na szczęście niewiele z tego co śnimy, to sny prorocze... Ostatnio trochę się kłóciliśmy, głównie o to, w którą stronę powinno się kroić cebule i o mój domniemany egoizm... a ta zimna, głęboka woda była jedynie projekcją jej obaw.

Ale prawda jest taka, że jeśli człowiek nie pokocha najpierw siebie, nie będzie w stanie pokochać innej osoby. Wielu ludzi dąży do pokochania siebie przez miłość do drugiej osoby, wydaje się im że "jeśli tylko będę w stanie pokochać innych, to oni pokochają mnie, wtedy będę kochany i będę mógł pokochać siebie".
Z drugiej strony wielu ludzi nie lubi, lub nawet nienawidzi siebie, uważają że nikt ich nie kocha, ale to nie zawsze prawda, nawet jeśli miłość jest im otwarcie deklarowana, to i tak nie wystarcza. Nie uwierzą, będą podejrzewać że są manipulowani, że będą wykorzystani, no bo jak ktoś może darzyć ich miłością, takimi jakimi są naprawdę...
A ponieważ nie wierzą, żądają by im to w jakiś sposób udowodnić i często proszą, lub żądają byś zmienił swoje zachowanie. A gdy dojdzie do tego że są już w stanie uwierzyć, zaczynają się martwić, jak twoją miłość zachować, i by zachować twoją miłość zaczynają zmieniać swoje postępowanie.
I tak rezygnując z części własnej osobowości, ludzie kurczą się w związku, zatracają... Wstępują w niego z nadzieją że razem zbudują coś większego, ładniejszego i odkrywają że razem jest im gorzej niż wtedy gdy byli sami, są mniej radośni, mniej zadowoleni, mniej atrakcyjni...
I naprawdę są mniejsi, ponieważ wyrzekli się części własnej tożsamości, by pozostać w związku z drugą osobą...

Najpierw to ja sam muszę być dla siebie najważniejszy, by móc obdarzyć ważnością innych, dostrzec godność w sobie by obdarować nią innych, polubić i pokochać siebie najpierw, by móc polubić i pokochać innych ludzi.

Jeśli odwrócić kolejność, do czego nawołuje np. większość religii, promując wzorzec „bohatera męczennika”, który dzieli się i rozdaje bez względu na to, czy ma co dać, i czy ma się czym dzielić, to w efekcie kreuje się emocjonalnych bankrutów, którzy przeczekują życie w związkach „uświęconych” ludzką, nie zawsze czystą ręką.


T .10,11 maja

Zaczęło się super żeglowanie, wyszliśmy nareszcie z bezwietrza przy Galapagos, mamy stały wschodni wiatr, Luka pochyliła się lekko, woda radosnym szemraniem opływa burty, płyniemy w stronę Wyspy Wielkanocnej.
Jacht zapakowany jest świeżym jedzeniem więc pełna rozpusta... Beata ugotowała młodą kapustę z żeberkami, była pyszna, wchłonąłem wielką porcje, a potem dojadłem resztę na nocnej wachcie.
Wieczorem minęliśmy nieduży katamaran. Krzyknąłem do nich przez radio, odezwała się  sympatyczna kobieta, wymieniliśmy typowe: skąd, dokąd, ile załogi...
Moja rozmówczyni pochodziła z Brazylii i wraz z mężem i 3 letnim dzieckiem żeglują w stronę Polinezji Francuskiej. Stopy wody i samych pomyślnych wiatrów.

 


T .9 maja

Jak to dobrze znowu być na oceanie...
Wyspy Galapagos znikają powoli za horyzontem, jeszcze mijamy rybaków łowiących blisko wyspy Santa Cruz.. Strefa ochronna parku, której podlegają wszystkie wyspy archipelagu Galapagos, wynosi 40mil, ale wydaje się że to prawo nie dotyczy ludzi zamieszkałych na wyspie...
Przed nami Wyspa Wielkanocna, teoretycznie można by na nią płynąc z Galapagos prostą linią, ale w połowie drogi natrafilibyśmy na ośrodek niskiego ciśnienia, który o tej porze roku mieszka tam na stałe i przesuwa się tylko nieznacznie, kurczy się i powiększa, a wiatr wokół niego słabnie i kręci się jak karuzela. Istnieje duża szansa że utknęlibyśmy w tym obszarze słabych, zmiennych wiatrów więc najpierw odejdziemy trochę na południowy zachód.


T .8 maja

Dziś wypływamy, ostatnie zakupy i wielka kiść zielonych bananów, trzeba było wynająć taksówkę, by zawieźć ją do portu, ważyła ze 35 kg...


T .7 maja

Wojna domowa zakończona.

 


T .6 maja

Wojna domowa ...

 


T .5 maja

Beata zrobiła album ze zdjęciami z Clipperton zatytułowany  „Ptaki”, a także dwa inne i dziś połowę dnia wkładała je na net, połączenia internetowe na Santa Cruz są bardzo wolne... Wyspę Clipperton rzadko odwiedzają ludzie i ptaki nie mają tam naturalnych wrogów, w związku z tym prawie nie zwracały na nas uwagi i choć zdjęcia były robione zwykłym, kieszonkowym aparatem, niektóre wyszły zupełnie nieźle...


Link do albumów:


T .4 maja

Luka gotowa jest do drogi, wymieniliśmy genuę na inną, trochę mniejszą, ta której używaliśmy do tej pory potrzebuje „lekarza”. Jakiś czas temu robiłem kolejny tego dnia zwrot, nie chciało mi się zwijać genuy i po zwrocie znowu rozwijać, więc pozwoliłem by wiatr przecisnął ją między sztagami, akurat wtedy mocniej przywiało, i zanim wybrałem długiego szota, szkwał wytrzepał ją solidnie, porozpruwał i wystrzępił osłonę żagla. Osłoną jest naszyty na zewnętrznych likach (dolnej i zewnętrznej krawędzi żagla) 30 centymetrowy pas materiału, odpornego na promieniowanie ultrafioletu, które z czasem osłabia dakron i „wypruwa szwy”... Sunbrella osłania żagiel gdy nie jest używany i zwinięty jest na rollerze. Po tym małym sztormie spod czarnej chmury, porwane kawałki sunbrelli fruwały na wietrze jak małe latawce i groziły rozdarciem samego żagla.
Naładowaliśmy opróżnioną w drodze butle z gazem – płyniemy na Horn, a tam zimno jest nawet latem, my opłyniemy Pana Horna (jeśli na to pozwoli) mroźną zimą...
Kupiliśmy 300 jajek, ciekawe jak długo zachowają świeżość... Jeszcze ostatnie zakupy, trochę warzyw i świeżego mięsa, a potem jeśli coś zacznie dmuchać, w drogę.

 

 


T .3 maja

W czwartek, jeśli pojawi się jakiś wiatr - ruszamy , nie ma tu już nic więcej do oglądania, ta myśl powoduje że od razu czuje się lepiej... Ropy mamy znowu pod korek, a to jeszcze jeden powód do zadowolenia, zawsze odczuwałem przyjemność, gdy zbiornik w moim samochodzie był pełen paliwa, a zaokrąglony gotówką portfel przyjemnie wypychał kieszeń...
Właściwie wystarczyłyby trzy dni na zwiedzenie Galapagos, z mojego punktu widzenia wyspy są do siebie podobne i nie ma na nich nic wyjątkowego, może poza wyrośniętymi żółwiami na Santa Cruz, na innych wyspach archipelagu żółwie są mniejsze.
Czarnymi jaszczurami mógłby zachwycić się tylko zadeklarowany zoolog. Moim zdaniem to strasznie brzydkie stworzenia, do tego nieustannie zasmarkane, co chwile wypluwają nosem ślinę, pozbywając się razem z nią nadmiaru soli z organizmu, jakby stworzone były do życia trochę niedoskonale...
Poza tym Galapagos jest drogie, wszystko obliczone jest tu na wyciskanie pieniędzy z turystów. Turysta odwiedzający wyspę samolotem, już na wstępie, (poza opłatami emigracyjnymi) płaci $100 wjazdowego do Parku Narodowego którym są wyspy archipelagu Galapagos.
Opłata za wejście na Galapagos jachtem wielkości Luki to $480. Nie wolno używać własnej motorówki, nie wolno łowić ryb, nie wolno nurkować, nie wolno popłynąć własnym jachtem na inną wyspę.
Można dobić tylko do jednego, wcześniej wybranego portu i zostać w nim na kotwicy do 20 dni.
W zamian za to wszędzie zachęca się do wynajmowania lokalnych przewoźników i odwiedzania na ich pokładzie „cudownych” wysp archipelagu i do zobaczenia najpiękniejszych na świecie zachodów słońca (słyszałem tą śpiewkę już wiele razy...). Oczywiście wynajęcie miejsca na którymś promie kosztuje od $120 /dzień w górę, zależy jaka jednostka i na jak długo. Dwa tygodnie na dużym pasażerskim promie może kosztować $15 tyś. Wszystko tutaj z założenia powinno wysysać pieniądze z turystów, i by ten proces jeszcze usprawnić, obiegową walutą na Galapagos są dolary amerykańskie...
Jedyną miłą rzeczą jaką zapamiętam z Galapagos to zapach wyspy Santa Cruz; jak egzotyczne indyjskie korzenie, przesiąknięte zapachem czystego morza.