Wyprawa na wyspe Wielkanocna
 

Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty 


18 czerwca B

Dzisiaj podnosimy kotwice.
Rano popłynęliśmy do miasta, postanowiliśmy dobrze rozpocząć dzień... tzn. napić się piwa na śniadanie... trzeba było pożytecznie wydać resztę chilijskich pesos:-)

Podczas tak długiego (prawie 3000 mil) przelotu, ponton nie może wisieć na uchwytach za rufą, ociera się o nie i niszczy, trzeba go wciągnąć na pokład... ech, jak ja tego nie lubię robić.
Najpierw trzeba podciągnąć do góry, na bomie bezana, ciężki ponton z plastikowym dnem i silnikiem, później przesunąć go nad pokład, i powoli opuścić, na specjalne uchwyty przymocowane do pokładu.
Ostatnio na Galapagos, Tomek kręcił kabestanem, a ja miałam trzymać ponton, a kiedy będzie już nad pokładem i Tomek będzie go opuszczał, naprowadzić ponton dokładnie w uchwyty. Nie wyszło... duża fala bujała jachtem, ponton wisiał nad pokładem i latał od jednej burty do drugiej, ciągając mnie za sobą... po całym pokładzie... ( Tomek aż się zapowietrzył ze śmiechu )
Więc teraz Tomek trzymał ponton, a ja wciągałam go do góry, kręcąc korbą wielkiego kabestanu, później trzeba było tylko (!) wcelować pontonem w te uchwyty...
Tomek sprawdzał pozycje uchwytów po jednej, a ja po drugiej stronie pontonu, próbowałam wyczuć ich ustawienie palcami, fala ruszyła jachtem, i ponton docisnął moje palce do metalowego uchwytu..."auć"...

Po 15:00 na Lukę przypłynęli celnicy, odprawili nas i zaraz potem podnieśliśmy kotwice.

 


17 czerwca B.
Hanga Roa

 

Za dwa dni znowu zmieni się wiatr, postanowiliśmy że jutro podnosimy kotwice i ruszamy w stronę Panamy.
Przedpołudnie spędziłam w kafejce internetowej, wrzuciłam przy okazji album z wyspy.

Album z Wyspy Wielkanocnej


Połączenie było bardzo wolne, ale po prawie 3 godzinach album „zawisł” na internecie:-)
Tomek w tym czasie poszedł nas „odprawić” do kapitanatu portu, potem wrócił na jacht czyścic zarośnięte dno naszej Luki, a ja zostałam zrobić zakupy: drobne pamiątki i trochę „żarcia”, umówiliśmy się że Tomek wróci po mnie za trzy godziny, zakupy zajęły mi nie więcej niż godzinę... nie bardzo wiedziałam co zrobić z resztą czasu...
Spacerowałam po małym centrum, usiadłam na chwile w parku, później zatrzymałam się na kawę w małej kafejce przy zatoczce...
Tubylcy są bardzo mili i przyjaźni, kiedy ich mijałam, uśmiechali się i pozdrawiali mnie: „jorana” - czytałam że słowo to pochodzi od staroangielskiego pozdrowienia „ your honor”, i zostało „ogładzone” przez wyspiarzy. Zresztą nie tylko na wyspie Wielkanocnej, na Tahiti pozdrowienie brzmi podobnie „jorana” albo „joana”, to było prawdopodobnie pierwsze słowo po angielsku, jakiego wyspiarze nauczyli się od załóg wielkich żaglowców prawie 300 lat temu... i w tej zmodyfikowanej formie zapisało się ono w ich kulturze.
Spacerowałam, odpowiadałam na pozdrowienia i głaskałam bezdomne psy, które raz pogłaskane, już nie odchodziły, snuły się za mną ulicami, podsuwały pysk pod rękę by je głaskać dalej, bezdomne, wychudzone, w końcu zaczęłam je częstować plasterkami wędliny...
Po dwóch godzinach, tuż przed przybyciem Tomka wróciłam do sklepu i kupiłam wędlinę jeszcze raz... nie mogłam przecież powiedzieć kapitanowi że na kolacje dostanie bułkę z masłem, bo szyneczkę zjadły psy... no i zdradziłabym Wacka...


16 czerwca  B.
Hanga Roa

Wróciliśmy dziś do Hanga Roa, jednak wiatr po tej stronie wyspy jest wciąż silny, a fala jeszcze większa, kiedy płynęliśmy pontonem na ląd, co chwile podskakiwaliśmy na falach i znowu przypomniało mi się mokre lądowanie na Clipperton...
Tomek jednak uśmiechał się zawadiacko, więc chyba nie było aż tak źle...
Popołudnie minęło pt. internet: pozałatwialiśmy różne zaległe sprawy typu rachunki (chyba nigdy nie da sie od nich uwolnić), mieliśmy okazje też zobaczyć stronę www.zeglarz.net, nasz kolega Ryszard robi ją znakomicie:-)


15 czerwca. B.
Vinapu

Nadal stoimy na kotwicy w zatoce Vinapu, Tomek słucha książki na mp3, ja robie album ze zdjęciami z wyspy, jeżeli będzie szybkie połączenie internetowe, to włożę go na naszą stronę zanim wyruszymy w stronę Panamy, jeżeli nie... to kiedyś.


14 czerwca  B.
Vinapu

Wiatr się zmienia, dzisiaj opuściliśmy Hanga Roa, opłynęliśmy trochę wyspę i rzuciliśmy kotwice w zatoce Vinapu, widać stąd światełka lotniska...
Wczoraj zwiedziliśmy całą wyspę, widzieliśmy wszystkie moai, i miejsca gdzie wykuwano je ze skały, chciałabym jeszcze odwiedzić muzeum oraz zobaczyć pokaz tańca i tradycyjnych pieśni z wyspy, ale nie wiem czy w najbliższym czasie będzie się tu coś działo, sezon turystyczny na wyspie dawno się skończył....

                      

                                               Daj buzi                                     Duzy jestes                                             Tongariki  


13 czerwca  B.
Hanga Roa

Wstaliśmy wcześniej rano, przygotowałam kanapki i termosy: z kawą i herbatą, na wyspie, poza centrum miasta nie można nic kupić, a my zaplanowaliśmy całodniową wycieczkę dookoła wyspy.
Początkowo mieliśmy zamiar wynająć motor, spodobał mi się szczególnie motor na czterech kółkach, ale to by oznaczało że Wacuś musiałby siedzieć cały dzień sam na jachcie. Zdecydowaliśmy się więc na samochód, zabraliśmy Wacka i wypożyczyliśmy małe suzuki z napędem na cztery koła.

Dzień minął bardzo szybko, objechaliśmy wyspę dookoła, w sumie nie jest duża, ma około 50 mil kwadratowych, zrobiliśmy masę zdjęć, poznaliśmy wielu ludzi...
Duże wrażenie zrobił na nas krater wulkanu Rano Kau, jest wypełniony jeziorem słodkiej wody, a kilkaset metrów poniżej, po drugiej stronie, prostopadłą ścianę krateru opływa ocean.
W parku narodowym, w wiosce Orongo przekazaliśmy pozdrowienia znajomemu Wojtka Jacobsona, niestety Carlos Salina miał wolne tego dnia, napisaliśmy więc krótki liścik z pozdrowieniami i poprosiliśmy kolegów Carlosa aby mu go przekazali, a Tomek dorzucił jeszcze zaproszenie na jacht, na drinka a'la Luka :-)

W wiosce Orongo zbudowanej na samym czubku wulkanu, każdej wiosny spotykały się plemiona zamieszkałe na wyspie, wodzowie plemion albo ich reprezentanci płynęli na oddaloną o mile od krateru wysepkę Motu Nui.
Wczesną wiosną na tą małą, nagą wysepkę przybywały ptaki manutara i składały tam jajka, uczestnicy zawodów schodzili ze stromej ściany wulkanu i płynęli wpław na wyspę, a potem dniami, a czasami tygodniami oczekiwali na przybycie ptaków i pierwsze złożone jajko. Ten, kto pierwszy wrócił do wioski z jajkiem ptaka, lub wódz plemienia którego zwycięzca reprezentował, zostawał tangata-manu (człowiek-ptak) i przez kolejny rok, do następnych zawodów, otaczał go splendor zwycięzcy.

Później pojechaliśmy do Rano Raraku - miejsca gdzie wykuwano moai, znajduje się tam 397 nie skończonych posągów, w tym największy z nich, o długości 20,65 metra i wadze ok. 200-250 ton. U podnóża skał stoi tam grupa moai: moai ze skręconą szyją, nie wiadomo czy zrobiony w ten sposób celowo, czy wypadek przy pracy..., kawałek dalej moai nazwany przez tubylców Piro Piro (śmierdziel) który ma okrągłe dziury w całym swoim kamiennym ciele... i wiele innych...

Po obejrzeniu „fabryki moai” zatrzymaliśmy się na piknik, kanapki z przepyszną chilijską szynką, która smakuje i pachnie jak nasza polska, wywołały szeroki uśmiech na twarzy Tomka:-)
Jechaliśmy dalej wyboistą drogą, co chwile mijaliśmy stosy kamieni, które były kiedyś posągami i porozrzucane dookoła czerwone kapelusze, które  przykrywały kiedyś podłużne głowy długouchych moai.
Zatrzymaliśmy się dopiero w Tongariki, w tym miejscu jest najwięcej stojących Moai i to za zasługą grupy Japończyków, którzy w roku 1992 przypłynęli na wyspę z dźwigiem i podnieśli z „klęczek” sponiewierane posągi. Stoją teraz długim rzędem i gapią się pustymi oczodołami na wyspę...

Wacek miał także swoją atrakcję, wybiegał się za wszystkie czasy, pierwszy raz w swoim psim życiu widział konie, najpierw zrobił wyłupiaste oczy, a później zaczął je gonić, i gdyby Tomek go nie zawołał, pogoniłby je pewnie na drugą stronę wyspy...
Wieczorem, zmęczony, zwiesił głowę i zasnął na siedząco:-) w oczekiwaniu na resztki z naszej kolacji.

Słońce już zachodziło kiedy oglądaliśmy ostatnie moai na palmowej plaży Anakena, na Luke wrócliśmy po ciemku...

                            

                   Z lewej krater Rana Kau- z prawej ocean                      Wacus szaleje                                            wyspa Motu Nui

 


12 czerwca czyli 5 kg konia w lodówce.
Hanga Roa

Nareszcie wiatr się zmienił, przestało padać, przenieśliśmy się z powrotem do Hanga Roa, czyli blisko miasta i możemy wyjść na ląd.
Punkt pierwszy wycieczki to szpital, odkąd wyruszyliśmy z Galapagos boli mnie gardło, mam problem z oddychaniem i jestem osłabiona. Leczyłam się sama... ale bez skutku.

W drodze do szpitala wzrok Tomka przykuły połacie świeżego mięsa wiszące na hakach przy jednym z domów. Zatrzymaliśmy się przy grupie ludzi sprzedającej mięso i Tomek zapytał czy to „beef” (wołowina), niestety nikt z nich nie rozumiał po angielsku, więc Tomek zapytał po raz drugi: „muuuu”, „muuuu” (nawet nieźle mu to muczenie wyszło)
W odpowiedzi usłyszeliśmy „si, si, si”.(tak, tak, tak)
Tomek wybrał duży - 5 kg kawałek mięsa i ruszyliśmy dalej.

W szpitalu lekarz poświecił mi latarką w gardło, przyłożył słuchawki, posłuchał jak oddycham i stwierdził że mam bronchit,  usługi służby zdrowia w Chile są bezpłatne, jak poinformowano nas przy odprawie celnej, mimo to musieliśmy zapłacić za tą wizytę $50.00 – widocznie „taryfa dla turystów”. (na Galapagos wizyta Tomka u lekarza była bezpłatna). W aptece kupiliśmy przepisany przez lekarza antybiotyk, potem powłóczyliśmy się chwile po głównej ulicy miasta.

Wieczorem, po powrocie na Lukę, podzieliłam mięso na cztery części, a kość z resztą mięsa przeznaczyłam na kapuśniak z kiszonej kapusty mojego wyrobu.
Ugotowałam zupę w szybkowarze, nałożyłam Tomkowi dużą porcje z kawałem mięcha...
Kapuśniak wyszedł jakiś dziwny, a mięso absolutnie nie smakowało, nie pachniało, ani nie wyglądało jak wołowina, było ciemniejsze i miało grube włókna...
Przypomniały nam się pastwiska pełne koni, których wszędzie pełno na wyspie... (krowy widzieliśmy tylko raz). Nie ma pól uprawnych, więc oranie gleby za pomocą konia i pługu odpada... Czasami turyści wynajmują je i konno zwiedzają wyspę, ale te konie są tuż przy mieście, i jest ich kilkanaście sztuk, ponieważ wycieczka konno jest dosyć droga, kosztuje 3 razy tyle, ile wynajęcie samochodu, więc turyści preferują pojazdy na kołach.

I w tym momencie zrozumieliśmy dlaczego na wyspie są setki koni, a nie ma np. w ogóle drobiu, świnek, i tylko kilka krówek...
Zapytałam Tomka: „i co my z tym mięsem teraz zrobimy?”, ale Tomek powiedział że jest na głodzie świeżego mięsa, i skoro już mamy 5 kg konia w lodówce to go zje...

   

 


11 czerwca
Anakena

Dzięki wszystkim za sms-y, bardzo miło je dostawać, chociaż czasem mamy problem jeżeli są pisane z użyciem polskiej czcionki, w telefonie Iridium nie ma możliwości przestawienia menu na język polski, w związku z tym zamiast polskich liter (ż,ś,ć,ą...etc), wychodzą różne "kwiatki"...

 


10 czerwca czyli o tym jak zostałam admirałem.

Jakiś czas temu rzuciliśmy palenie, ale dziś Tomkowi zachciało się zapalić, zaczął mnie męczyć żebym dała mu trochę tytoniu, który mam głęboko zakopany na Luce, kiedy rzuciliśmy palenie, został jeszcze spory zapas i szkoda mi go było wyrzucić...
W końcu obiecałam że mu dam na solidnego skręta, pod warunkiem że ugotuje dzisiaj obiad...
Obiad był smaczny, a po obiedzie, za jeszcze jednego skręta, mianował mnie admirałem.
Powinnam była zażądać żeby dał mi to na piśmie, bo wieczorem wszystkiego się wyparł, oszust...
Upiekłam dwie pieczenie na jednym ruszcie, ale ta druga trochę się nie dopiekła...

W dalszym ciągu stoimy na kotwicy przy północnej stronie wyspy, wieje silny wiatr, i co chwile pada deszcz, mimo to udało mi się „wypchnąć” Tomka na ryby. Godzinę naprawiał kusze, potem długo ubierał się w piankę, w końcu spuścił ponton na wodę i popłynął. Wrócił po godzinie i stwierdził że ryb jest tu dużo, wszystkie piękne, kolorowe, ale rozmiar... akwariowy.
No nic... na kolacje znów puszka...:-(

 


9 Czerwca T
Anakena

Od rana zacina deszcz i wieje silny wiatr, dzięki temu Beata nie namawia mnie na spacer po wyspie.
Większość dnia spędziłem w maszynowni, rozłączyłem wał i wypchnąłem go na zewnątrz, aż śruba dotknęła podpory na której wspiera się płetwa sterowa. Okazało się że na wskutek silnych drgań spowodowanych liną, która nawinęła się tej felernej nocy na śrubę, poluzowały się śruby mocujące wał do skrzyni biegów, co z kolei spowodowało pęknięcie flanszy na wale i teraz mocują ją do wału tylko dwie śruby, zamiast czterech. Rozsypała się także prawa tylna poduszka pod silnikiem. Podłożyłem pod nią kawałek płaskownika, skręciłem całość i silnik teraz mniej drży, przypuszczam że będzie go można delikatnie jakiś czas używać.
Jutro wiatr powinien siąść i przeniesiemy się do zatoki Cooka, wynajmiemy coś na kołach i objedziemy wyspę.
Gdy znudzi się nam zwiedzanie, ruszamy w stronę Panamy, czyli trasą, którą planowaliśmy pierwotnie.


8 Czerwca B
Anakena

Tomek musi nabrać dystansu do problemu, więc dziś nie zagląda do maszynowni.
Płyniemy na ląd, kiedy dobijamy i wyciągamy ponton daleko na plażę, zaczyna padać.
Na plaży, w zagłębieniu skały chroni się przed deszczem grupa ludzi, jeden z nich macha do nas ręką, zapraszając pod skałę. Idziemy w ich stronę, ludzie pod skałą przyjaźnie zaczynają pogawędkę. Jest to grupa turystów i jeden "lokalny" – przewodnik.
Kiedy dowiedział się że jesteśmy Polakami, zaczął opowiadać o ekspedycji z Polski, którą gościł u siebie w domu, w listopadzie ubiegłego roku. Piętnaście osób, z Prof. Dr. Hab. Zdzisławem Rynem na czele.
O Polakach wypowiadał się z szacunkiem.
Opowiadał że dużo pomogli w odnajdywaniu nowych dróg do jaskiń, odkryli również 300 metrową jaskinie, a wieczorami głośno imprezowali i pili wódkę:-)
Tomek wytłumaczył mu że to u nas tradycja narodowa:-)

O szczegółach działalności i zasługach polskiej ekspedycji będziemy mogli poczytać w lokalnym muzeum.

Przestało padać.
Nasz rozmówca wskazał nam drogę do tajemniczego magnetycznego kamienia i w tamtą stronę się skierowaliśmy.
Wacek, tym razem spuszczony ze smyczy, szalał, biegał tam i z powrotem, zataczał wokół nas kółka, biegł daleko naprzód, żeby za chwile wrócić do nas... i powtórzyć zabawę:-)
Zastanawialiśmy się kiedy go to zmęczy...

Około 40 minutowy spacer po skalistym nadbrzeżu doprowadził nas do kamienia.
Nie wiemy jaką role pełnił ten gładki, okrągły kamień, dookoła niego, leżały cztery mniejsze, również okrągłe, wyznaczające kierunki świata: płn., płd., wsch. i zach.
Przewodnik wycieczki, która przybyła tuż po nas, położył na skale kompas, aby pokazać że kamień zakłóca jego działanie.

Niedaleko kamienia leżał przewrócony moai, a kawałek dalej jego czerwona czapka...
Wracając na plaże mijaliśmy ruiny domów mieszkalnych, odwiedziliśmy jaskinie, w której kiedyś mieszkali Rapa Nui i kilkanaście podstaw na których kiedyś stały moai...

Jednak najciekawszym wydarzeniem dzisiejszego dnia była rozmowa z Eleną, ją i jej rodzinę: męża i córeczkę Anastazję, poznaliśmy na plaży.
Tomek, jak zwykle otwarty do ludzi, podszedł do nich i zagadał.
Mąż Eleny wydłubywał coś z okrągłych, kolczastych pierwotniaków, które właśnie wyłowił. Rozłupywał je, oddzielał wnętrzności i wyskrobywał łyżeczką coś, co wyglądało jak jasnobrązowa ikra, układał ją w plastikowym pojemniku, którego dno wyłożone było plasterkami ananasa.
W pewnym momencie, bez słowa, podał mi na łyżce kawałek tego „mięsa” z muszli, Elena polała je sokiem z cytryny i sosem sojowym i... zjadłam:-) Smakowało podobnie jak surowe ostrygi... zagryzłam plastrem ananasa.
Tomek odmówił skosztowania, zawsze trzeba go namawiać do próbowania nowych potraw, najchętniej jada to co już zna.

Tomek rozmawiał z Eleną, która chętnie i bez zniecierpliwienia odpowiadała na jego pytania dotyczące dzisiejszego życia na wyspie i jej historii.
Dowiedzieliśmy się że przeciętnie mieszkaniec wyspy zarabia około $ 1000.00 miesięcznie, zależy to jednak od sezonu turystycznego, no i oczywiście od sytuacji ekonomicznej na świecie, przy ostatnim kryzysie napływ turystów znacznie zmalał.
Sklepy dla tutejszej ludności, dotowane przez rząd Chile miały sens kiedyś, kiedy turystów było tu znacznie mniej i dostawa podstawowej żywności na wyspę w postaci mąki, ryżu itp. odbywała się tylko raz w roku, dzisiaj dwa sklepy na wyspie są w dalszym ciągu dotowane, ale jest już bardzo mała różnica w cenach, w porównaniu ze sklepami dla turystów.

Kamienne niskie domy, z wejściem tak małym, że trzeba było się do nich wczołgiwać, które niektórzy badacze wyspy uznali za miejsce ostatniego spoczynku, według relacji miejscowej ludności, były domami mieszkalnymi, w których głównie się spało, a całe życie rodzinne i towarzyskie, łącznie z gotowaniem, odbywało się na zewnątrz, Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) ma łagodny klimat...
Małe, niskie wejścia do domów budowano w taki sposób dla bezpieczeństwa, żeby wejść do takiego domu trzeba było się czołgać, nie można było wtargnąć do niego znienacka, i najpierw w wnętrzu pokazywała się głowa... a mając najpierw wyłaniającą się z małego otworu głowę wroga, łatwo było go jej pozbawić...
Elena opowiedziała nam o moai (posągach).
Bogaci mieszkańcy wyspy zamawiali je u rzemieślników, którym płacili żywnością, nad wykonaniem jednego posągu, w zależności od wielkości, pracowało 5-6 osób przez około rok.
Bogatych było stać na większe posągi, biednych na mniejsze.
Wierzono że posągi mają w sobie dobrą energie przodków, nazywaną tu „mana” i ustawiano je twarzami w stronę wioski, aby mogły zaglądać do domów, patrzeć na ludzi i przekazywać im tą energię...

Elena zwróciła nam również uwagę na fakt, że wiele książek i opracowań o wyspie jest już nieaktualnych, gdyż początkowo badacze wyspy nie znali języka Rapa Nui, a tylko i wyłącznie tym językiem posługiwali się kiedyś mieszkańcy. W związku z tym badacze snuli domysły...:-) I Wyspa Wielkanocna wydawała się tajemnicza...

 

 

 


7 czerwca T
Caleta Anakena

Kilka dni temu, nocą, przed dojściem do wyspy złapaliśmy w śrubę calową line, pewnie jakąś starą cumę. Szliśmy pół mili od brzegu, nagle śruba zaczęła silnie wibrować i przeniosła drgania na cały kadłub. Wiatr dopychał nas do wyspy i mieliśmy do wyboru: odpaść od wiatru, postawić żagle i oddalić się od wyspy, albo dopchać się jakoś do zatoki i rzucić kotwice...
Odkryłem że na wyższych obrotach śruba mniej wibruje i o świcie, po trzech godzinach piłowania pod silny wiatr, rzuciliśmy kotwice w zatoce Cooka.
Następnego dnia zanurkowałem i uwolniłem śrubę od grubej poskręcanej liny, okazało się że lina stopiła się na wylocie tunelu, z którego wychodził zakończony śrubą wał i jakimś cudem wyciągnęła go z wnętrza jachtu na długość 6 centymetrów. Wał zamocowany był, jak mi się wydawało, solidnie, do planszy połączonej śrubami ze skrzynią biegów...
Gdy wróciłem do maszynowni okazało się że nawet na małych obrotach silnik podskakuje i trzęsie się jak konik polny... To jest bardzo zła wiadomość.
Są dwie możliwości, albo  wykrzywił się wał, albo stare uchwyty i 25 letnie, gumowe poduszki w uchwytach, mocujących silnik do kadłuba, rozsypały się pod wpływem drgań, jakie wywołała lina nawinięta na śrubie.
Wczoraj cały dzień próbowałem wcisnąć wał w uchwyt łączący go ze skrzynią biegów, ale bez powodzenia, trzeba by go popchnąć od zewnątrz.
Muszę nabrać dystansu do sprawy, a potem spróbuję znaleźć sposób i wcisnąć wał tam gdzie powinien być, a później zobaczymy co z resztą..
Jeśli nie rozwiąże sprawy na sto procent, na Atlantyk popłyniemy przez Panamę...


6 czerwca B
Caleta Anakena

Stoimy na kotwicy w zatoce Anakena przy północnej stronie wyspy, musieliśmy schować się przed bardzo silnym południowo wschodnim wiatrem. Wiatr gwiżdże ale stoimy blisko brzegu i fala jest nieduża, namawiałam Tomka na wyjście na ląd, ale kategorycznie odmówił:-(
Cały dzień siedzi w maszynowni i grzebie coś przy wale i silniku, czasami dochodzą stamtąd dziwne odgłosy: „faki” i "sziety”...
Nie wchodzę mu w drogę, wyraz twarzy Tomka sugeruje że to coś poważnego...

 


5 czerwca B
Hanga Roa

Dzisiaj przestawiliśmy jacht, przywiązaliśmy go do boi i dodatkowo rzuciliśmy kotwicę, chcieliśmy czuć się pewnie kiedy wybierzemy się na całodniową wycieczkę i zostawimy Luke bez opieki.
Niestety wygląda na to że pogoda się zmieni, nadchodzą wiatry powyżej 35 węzłów z północnego zachodu i trzeba będzie schować się po drugiej stronie wyspy, na razie z długiej wycieczki nic nie wyjdzie.

Póki co popłynęliśmy oglądać moai po tej stronie wyspy.
Interesująca jest figura z wystawionym jęzorem. W społecznościach gdzie obecny był kanibalizm, wystawiony język miał odstraszać wroga. Czytałam że na Wyspie Wielkanocnej aby obrazić przeciwnika mówiono „mam resztki twojej matki między zębami” hmmm... pewnie miało wywrzeć taki sam efekt jak amerykańskie „I fu... your mother”... (uważam że po polsku brzmi to zbyt wulgarnie)

Okazało się że Wacek jest tu w ciągłym zagrożeniu, na wyspie jest ogromna ilość bezdomnych psów, pilnujących swoich terytoriów, wszystkie są duże (ciekawe co się stało z małymi) możliwe że kultywują starą wyspiarską tradycję... zjadają się nawzajem. Patrzą na Wacka jakoś dziwnie, i mimo że Tomek odstrasza je energicznie, niektóre próbują "zajść" Wacka od tyłu, całkiem możliwe że kojarzy im się z kolacją...
Jeden z nich przyczaił się na naszego Wacusia, i Tomek w ostatniej chwili brutalnie podciągnął smycz do góry i wciągnął Wacka na ręce (sekundy dzieliły kark Wacka od kłów wilczura, nie było czasu na ceregiele).
Każdego psa traktujemy podejrzliwie, jak potencjalnego „psożerce”.
Wacek wręcz na odwrót: nieświadomy zagrożenia traktuje każdego psa jak kompana do zabawy, macha swoim mini-ogonkiem i szczerzy zęby w uśmiechu. Nic dziwnego, mieszkając na Luce i nie mając kontaktu z innymi psami, nie wie co znaczy walka o dominacje...

W nocy upiekłam „czarny” chleb, jako podstawy do ciasta użyłam „zakwasu” który dostaliśmy od Marty z s/y Festina Lente.
Mimo że piekłam go w garnku na kuchence, wyszedł przepyszny, od razu w nocy zjadłam 2 kromki ciepłego, razowego chleba z masłem.
Rano Tomek popatrzył sceptycznie na chleb i powiedział że on takiego czarnego, twardego chleba jadł nie będzie kiedy ma świeże bułeczki prosto ze sklepu. Zagroziłam że jeśli nie spróbuje to już więcej nic nie upiekę... Z kwaśną miną spróbował... najpierw niepewnie, mały kąsek... a później zjadł pół bochenka:-) I zapomniał o „bułeczkach prosto ze sklepu” ...
To był mój debiut w wypieku chleba i udało mi się go nie zepsuć :-)

moai


4 czerwca B

Wczorajszy „obchód” miasta został brutalnie przerwany przez ulewny deszcz, więc dziś znowu popłynęliśmy na brzeg rozejrzeć się i zrobiliśmy małe zakupy.
Żywność na wyspie jest dosyć droga: np. kg pomidorów, kg jabłek czy kg cebuli kosztuje $4.00, kg kurczaka $12.00, kg wieprzowiny $8.00, półtora litra coca-coli $3.50, litr soku około 4-5 dolarów.
Dowiedzieliśmy się że są to ceny dla turystów, tubylcy mają swoje sklepy, dotowane przez rząd chilijski, wszystko tu dowożone jest z kontynentu, a transport jest drogi.
Zjedliśmy po jakiejś kanapce z ulicznej budki, które, podobnie jak wczorajsze jedzenie, nas rozczarowało. Postanowiliśmy zrobić zakupy: mięso, świeże warzywa, wędlinę, pieczywo i przyrządzać posiłki na jachcie.
Zwykle, gdy dobijamy, mało gotujemy na Luce, lubimy próbować lokalnych potraw, ale tutaj nie są one rewelacyjne...
W drodze powrotnej na jacht wstąpiliśmy do informacji turystycznej, niestety nie było już nikogo, kto mógłby udzielić nam informacji, postanowiliśmy w najbliższych dniach wynająć skuter albo samochód i zwiedzić wyspę. Co prawda organizują tu jakieś wycieczki, ale takie zwiedzanie „w stadzie” musi być strasznie nudne...

 

 


3 czerwca B

Wachtowałam w nocy „przy kotwicy”. Co chwile wył alarm pompy zęzowej i musiałam ją włączać, słychać było jak woda leje się „ciurkiem”, przed dopłynięciem na wyspę nawinęło się coś na śrubę, która wprowadzała w drgania cały jacht i woda wlewała się do środka jachtu przez uszczelnienie wału, rano Tomek to naprawił.
Przed południem spuściliśmy ponton na wodę i popłynęliśmy na ląd.
Niedaleko brzegu zobaczyłam wielkie fale przyboju i przypomniała mi się wycieczka na Clipperton.... tylko że tam był upał... Zaczęłam drzeć się na Tomka żeby mnie natychmiast zawiózł z powrotem na jacht, bo ja nie wychodzę tędy na ląd i nie mam zamiaru tam płynąć.
Nie miałam ochoty na lądowanie w wodzie, zwłaszcza że było chłodno. Już sobie wyobrażałam jak będzie mi zimno kiedy wyjdę z wody... i że Wacek, laptop i aparat fotograficzny też znajdą się w wodzie:-(
Bliżej brzegu zobaczyliśmy surfera z deską, wskazał ręką na malutką zatoczkę, z jakiegoś powodu istniał tam wąski "spokojny" pas pomiędzy ścianami załamujących się fal, nadal się bałam, ale Tomek skierował w tą stronę ponton i po kilku minutach wylądowaliśmy na plaży...

W pierwszej kolejności mieliśmy ochotę zjeść porządny obiad, najlepiej składający się z: świeżego mięsa, świeżego mięsa i mięsa świeżego...
W paru ulicznych budkach widzieliśmy tylko kanapki i hot dogi, wybraliśmy się więc do restauracji "Kaymana".
Tomek zamówił steak wołowy z dwoma jajkami sadzonymi i frytkami, kelnerka poinformowała nas że jest to porcja dla dwóch osób i możemy się nią podzielić. Ja jednak zamówiłam swoją własną: kurczak, ryba, i wołowina z warzywami, przy mojej porcji w menu było napisane: „to share”(do podziału) tzn. że też jest duża...
Na wszelki wypadek upewniłam się czy mają pudełka do spakowania tych wielkich porcji, jeżeli ich nie zjemy teraz, będziemy mieć kolację na jachcie.
Popijając pyszne australijskie piwo oczekiwaliśmy na obiad.
Kelnerka przyniosła moje danie; na płaskim talerzu pokrojone w kostkę kawałki smażonej ryby, pieczonego mięsa, papryki, słodkich ziemniaków i frytek.
Hmmm, na porcje dla dwóch osób to nie wyglądało, chyba że przyzwyczajona jestem do wielkości porcji w Stanach Zjednoczonych... albo... jestem żarłok:-))
Pochłonęłam moją porcję w parę minut, pozwoliłam Tomkowi trochę mi pomoc;-)
Oczekiwał na swoje danie i patrzył takimi smutnymi, wygłodniałymi oczami na moje mięsko;-))
Kiedy skończyliśmy, kelnerka przyniosła posiłek Tomka, ( też niby dla 2 osób) jednak Tomek nie potrzebował pomocy...:-) (dwie godziny później, już na jachcie, Tomek zapytał „ a zrobiłabyś coś do jedzenia?”)

Kiedy skończyliśmy jeść zaczęło padać... nie, zaczęło lać.
Z nieba płynęły strumienie wody, wiał silny wiatr, przez okna restauracji obserwowaliśmy wyginające się palmy, zaczęliśmy obawiać się że kotwica puści i Luka sobie odpłynie, więc szybko taksówką wróciliśmy do zatoczki.
Upewniliśmy się że Luka stoi na swoim miejscu i czekaliśmy aż przestanie lać, zmoczeni i zmarznięci popijaliśmy parujące espresso w małej kafejce.
Oprócz naszej Luki, nie ma tu jachtów, być może stoją przy północnej stronie wyspy, która o tej porze roku jest najlepsza do kotwiczenia, postoimy tu parę dni (blisko centrum) i też się tam przeniesiemy.

 

 


2 czerwca B
Hanga Roa

Około 11 am lokalnego czasu znaleźliśmy się w zatoce Cooka. Tomek zameldował nas przez radio.
Kazano nam czekać do 16:00. Kapitan położył się spać, zmęczony po nocnej wachcie, ja w ciągu tych paru godzin doprowadziłam jacht do „normalnego” wyglądu.
Parę minut po czwartej zjawiła się „delegacja": celnicy, lekarz i policja, w sumie 6 osób.
Odprawa celna trwała nie dłużej niż pół godziny, z tego najwięcej czasu zajmowano się Wackiem.
Sympatyczny facet z naszego Wacusia:-) Zwykle od razu zjednuje sobie sympatie.
Paszport Wacka jest w porządku, wszystkie szczepienia zaliczone i Wacuś może wyjść z nami na ląd:-))
Należy mu się to po więzieniu przy Galapagos, kiedy musiał "pilnować kotwicy"...
Okazało się że na Wyspie Wielkanocnej nie ma żadnych opłat celnych, kotwicznych, wypornościowych etc., musimy tylko wpłacić $80 - zasilić miejscowy szpital.
Tomek przeprowadził „wywiad rozpoznawczy” i jako „ pożeracz jajek” od razu wypytał o nie celników :-) - okazało się że jedno jajko kosztuje 50 centów.
Wynajęcie samochodu na cały dzień $60, taksówka na drugą stronę wyspy $20.
Możemy kotwiczyć gdzie chcemy a jedyny zakaz to wywożenie z jachtu na ląd naszych śmieci.
Jutro będziemy sami „badać” resztę, dziś już trochę za późno aby spuszczać ponton na wodę, robi się ciemno.
Wieczór jest chłodny jak jesienny wieczór w Polsce...

 


1 czerwca B


Do wyspy niecałe 50 mil, noc minęła podobnie jak poprzednia, co rusz większe fale „podcinały” Luke, wtedy pochylała się i skręcała z kursu, czasem coś gdzieś przesunęło się z hałasem albo poleciało na podłogę...
Wacek wślizgnął się pod mój koc na kanapie i wachtował ze mną pod pokładem.:)
Na śniadanie Tomek serwował naleśniki, trochę ciasta popłynęło po szafce, trochę po kuchence, to co zostało – usmażył.
Jedną ręką trzymałam kubek z herbatą, drugą – talerz z naleśnikiem... jedzenie wymagało akrobatycznych zdolności. Jakbym tylko na chwilę puściła moją „michę” … wylądowałaby pod stołem, za to Wacek miałby wyżerkę:-) Uwielbia naleśniki z dżemem.

Dziś czytałam ciekawostki o Wyspie Wielkanocnej, skopiowałam je z internetu jeszcze na Galapagos, różne źródła podają różne informacje, niektóre są ze sobą sprzeczne, chyba najlepiej jak sami je sprawdzimy:-)
Np. Wikipedia podaje że kamienne domy o kształcie łodzi (tupa), z tak niskim wejściem że trzeba się do nich wczołgiwać służyły jako miejsce „ostatniego spoczynku”, dla „ariki” czyli wysoko postawionych członków społeczeństwa, natomiast z opracowania Wojciecha Dąbrowskiego dowiadujemy się że były to domy mieszkalne...
Tajemnicza jest historia wyspy... szczególnie moai – kamiennych posągów...
Duńczyk Jacob Roggeveen w 1722, a następnie relacje dwóch hiszpańskich żaglowców z 1770 nie wspominają nic o leżących posągach, James Cook w 1774 zauważył nieliczne przewrócone moai, natomiast relacje z brytyjskiego okrętu w 1825 mówią o braku jakichkolwiek stojących figur - wszystkie leżały przewrócone, twarzami w dół. Nie wiadomo na pewno co wydarzyło się pomiędzy 1774 a 1825 ... ponad 97% populacji wyginęło... W 1877 na wyspie pozostało tylko 111 osób, głównie starszych...
Ale historia i inne atrakcje wyspy Wielkanocnej, kiedy już dobijemy... na razie płyniemy:-)