Czy płynie z nami Jonasz?

Wróciliśmy z Polski późno w nocy, załoga nurków już na nas czekała na Luce.

Maciek i Przemek to nasi „starzy” znajomi, w zeszłym roku byliśmy razem na Soccoro, „nowi” załoganci to Tomek – krakowski strażak, nurek i ratownik, i Ewelina – zapalona „yoggistka”.

Rejs od samego początku zaczął się niefortunnie, najpierw spadł nasz dzwon okrętowy, tak sobie, bez powodu, nagle spadł z wielkim hukiem, Tomek zamocował go, ale następnego dnia dzwon spadł znowu, więc Tomek jeszcze raz zamocował nasz dzwonek, tym razem bardzo solidnie, jednak po jakimś czasie... spadł ponownie, tym razem odkręcił się po prostu w innym miejscu... Na razie daliśmy za wygraną, wygląda że nasz dzwonek chce sobie poleżeć...

Następnie zaczęło się psuć wszystko co możliwe, począwszy od radaru, echosondy, układu sterowania, poprzez generator,(a to oznaczało drastyczne ograniczenie produkcji słodkiej wody) światła, rozpruty żagiel, aż po toaletę i całą resztę innych, mniejszych i większych usterek.

Nie było dnia żeby przynajmniej jedna rzecz nie przestała działać...

Czy płynie z nami Jonasz?

 


Malpelo

Zaraz po opuszczeniu Panamy wiatr gdzieś zniknął, ale to właściwie nic niezwykłego w zatoce Panamskiej.

Po 3 dniach warkotu silnika dotarliśmy do wyspy Malpelo, gdzie nasza załoga pragnęła zanurkować, spojrzeć w oczy rekinom tygrysim, młotom, mantrom i innym morskim stworzeniom, potrzebne było do tego jednak specjalne pozwolenie Ministerstwa Agrokultury Kolumbii, którego nie mieliśmy ponieważ bardzo trudno je załatwić i trwa to zwykle 6 – 12 miesięcy, a cały ten rejs wyskoczył prawie znienacka. Kapitan z Maćkiem próbowali załatwić sprawę butelkami whisky i Marlboro, niestety nie dało rady, co najwyżej zamroziło kuter kolumbijskiej Navy na kotwicy przez resztę dnia, ale też nie na pewno...

W stylu na „wydrę” opłynęliśmy wyspę, stanęliśmy w dryfie w miejscu gdzie nie było widać kolumbijskiej Navy i załoga dała głębokiego nura by choć jeden raz zajrzeć „pod sukienkę” tak mocno strzeżonej wyspie...

 


                                                          Załoga

W związku z zepsutym generatorem, nie działa odsalarka i słodka woda jest tylko do picia, nie można się kąpać, Tomek strażak trochę narzeka... ale mamy nadzieje że do końca rejsu stanie się prawdziwym żeglarzem i pokocha kąpiel w słonej wodzie:-)
Nasz strażak, poza tym że narzeka na brak słodkiej wody, jest idealnym załogantem, gotowy pomóc w każdej sytuacji i brać udział we wszystkich pracach na Luce.
Przemek – na ochotnika przygotowuje nam śniadania i obiadki.
Razem z Tomkiem strażakiem świetnie opanowali kuchnie, takich załogantów można spokojnie zabrać w rejs dookoła świata:-)
Maciek to urodzony organizator, zajmuje się głównie sprawami związanymi z nurkowaniem, chociaż próbuje też czasem organizować życie na Luce, wtedy słyszy od kapitana „nie napinaj brzucha - ty jesteś kapitan od nurkowania” :-)
Ewelina uprawia yogę dwa razy dziennie, staje na głowie na rozchybotanym pokładzie i ... medytuje...
Nie przeszkadza jej w tej medytacji skonsumowane wcześniej wino, ani rozbujany jacht, ani dyskusje i komentarze męskiej części załogi:-)
Dni upływają przy warkocie silnika, załoga popija wino na rozgrzanym pokładzie..
.


 


Wyspa Kokosowa

Po 5 dniach, przy warczącym silniku dotarliśmy do wyspy Kokosowej, opłata za możliwość nurkowania i przebywania w tym zielonym, opasanym cienkimi jak srebrzyste sznury wodospadami raju, wyniosła $1460 (7 dni).

Nasza nowa sprężarka działa super ( na przekór wszystkim innym psującym sie urządzeniom) i załoga nurkuje 2-3 razy dziennie.

W tym rejsie nie dość że wszystko się psuło to jeszcze nie obyło się bez nieporozumień mniej lub bardziej otwartych, atmosfera więc była troche napięta. Sprawą dyplomatycznie zajął się Maciek, przeprowadził rozmowe z niedostosowanym członkiem załogi. Poskutkowało, zaraz następnego dnia załogant zaczął brać udział w przygotowywaniu posiłków, sprzątaniu i ograniczył swoje zapędy przywódcze.

Atmosfera trochę się rozluźniła...

Nie ma jeszcze połowy rejsu, a załodze kończy się alkohol, na razie za bardzo się tym nie przejmują, skupiają się na nurkowaniu... ale ciekawe jak będzie wyglądał powrót?:-)           

No bo czerwone zachody słońca bez szklanki wina nieco bledną...

Wyspa Kokosowa jest bardzo ładna, taki kawałek raju na ziemi...

Kiedy załoga wybrała się pontonem na kolejnego nura, i ja wskoczyłam do wody, obejrzałam sobie świat pod Luką, błękitna, kryształowo czysta woda, pozwoliła zobaczyć rafę i setki ryb pływających pod jachtem...

Codziennie na kolacje trochę langust i świeże ryby. Łowione po zmroku i czyszczone na pokładzie w świetle księżyca – wyspa i wody w promieniu 12 mil to park narodowy Costa Rica, w związku z tym ryb raczej się tu łowić nie powinno...

Poznaliśmy ranger'ów, którzy pracują na wyspie jako wolontariusze. Tomek i ja spędziliśmy z nimi bardzo przyjemny wieczór na brzegu, a dokończyliśmy go na Luce, już wraz z resztą załogi... Jako że na wyspie jest całkowity zakaz spożywania alkoholu, i panowie Wolfgang i Havier dość długo pewnie się nim nie raczyli, więc panameńska wódka szybko uderzyła im do głowy...  Efekt był taki że po skończonej imprezie założyliśmy im kamizelki ratunkowe, cała załoga pomagała nam załadować gości do pontonu, i wraz z Tomkiem odwieźliśmy ich na brzeg. Już przy samym brzegu... krzyknęłam „Tomciu wleczemy któregoś”, okazało się że Wolfgang postanowił wysiąść z pontonu jeszcze zanim dobiliśmy, w związku z tym wyskoczył i teraz trzymał się kurczowo pontonu. Byliśmy już blisko brzegu więc docholowaliśmy go na kamienistą plaże. Nie było głęboko, ale facet z pewnością poobijał sobie żebra o kamienie, którymi usiane było całe dno... chyba jednak nie przeszkadzało mu to za bardzo, gdyż błogi uśmiech nie zniknął nawet na chwile z jego twarzy:-)

Kiedy wracaliśmy pontonem na Lukę, oświetlałam drogę latarką, ponieważ spodziewaliśmy się po drodze dwóch boi. To co zobaczyłam w świetle latarki zaparło mi dech w piersiach, podłużne, srebrzyste ryby dosłownie wyskakiwały z wody przed pontonem, połyskiwały w świetle latarki, uderzały i odbijały się od pontonu, niektóre odbijały się od nas... Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam...

Noc przy Cocos Island...


  Wracamy



Popadało porządnie, w związku z tym cała załoga mogła wziąć prysznic na pokładzie, panowie bez żenady zdjęli gacie i rozkoszowali się ciepłym deszczem a potem zaczęły się wygłupy.

Maciek latał ze złapanym chwile wcześniej tuńczykiem, otworzył mu pysk i twierdził że to głodna męskiego towarzystwa morska syrenka :) Zdjęcie ucięte, reszta załogi odmówiła pokazywania golizny na stronie.

Atmosfera na Luce wciąż nieciekawa... różne małe nieporozumienia.
Silnik warczy non stop, Tomek wachtuje w dzień, ja w nocy, po skończonej nocnej wachcie, w ciągu dnia trudno mi się wyspać.
Jest bardzo gorąco, a do tego nasza kabina sąsiaduje z rozgrzaną pracującym silnikiem maszynownią i mimo wiatraka i otworzonego na oścież włazu nie da się w niej spać. Upał jak w saunie.
W związku z tym że jacht jest pełen ludzi trudno znaleźć jakieś inne miejsce do spania w ciągu dnia...
Czasami uda się zdrzemnąć na pokładzie zanim wstanie słońce i załoga, a dzisiaj ocieniłam kocem kawałek pokładu tuż przy sterówce, i spało mi się zupełnie nieźle...

Jeszcze nigdy nie płynęliśmy tak długo na silniku, ponad 1000 mil...
Z ulgą myślimy o końcu tego rejsu.
Jutro rano powinniśmy rzucić w kotwicę w Panamie...