Literka T przy dniu znaczy relacje Tomka

Literka B i pochylony tekst - Beaty

 


 

03/31/2011, Cartagena - Club Nautico
Morski Potwor

Znowu w Cartagenie. Załoga odprawiona, na Luce zostali tylko Krzysiek i Robert, chłopaki sprawdzili się, pomagali nam przed rejsem - wysprzątali Lukę na błysk po ostatnim rejsie i zrobili zakupy. W trakcie rejsu pomagali przy gotowaniu, przejęli zupełnie zmywanie naczyń, szorowanie pokładu, oczyścili dno, które zaczęło już zarastać, i rwali się do pracy przy żaglach. Bardzo szybko dowiedzieli się też, co to znaczy kapitan...:) Jednego dnia Robert włożył do coolera 6 piwek by się schłodziły, dla siebie i dla swojego kuzyna Krzyska, no, ale podpłynęli indianie, i zapytali delikatnie, czy nie mamy jakiegoś piwa, Tomek w takich okolicznościach nie odmawia i dal spragnionym wyspiarzom po zimnym piwku. Krzysiek, który był przy tym, poinformował Roberta, że mają już tylko 3 piwa w, coolerze, bo 3 daliśmy indianom. Robert trochę się zaperzył: jak to daliśmy, kto pozwolił dać moje piwo indianom? Tomek wychylił się ze sterówki i odpowiedział jednym słowem: kapitan. Na co Robert: ooo...., to dooobrze, baaardzo dobrze że daliscie im piwo !

Super chłopaki. Mogliby popływać z nami trochę dłużej:-)


Reszta załogi także była ok, najsympatyczniejszy był Singapurczyk, zawsze uśmiechnięty, z dużym poczuciem humoru, jeszcze do dziś wspominamy, gdy Robert zapytał jak się mówi w jego języku: "ja lubię chińskie dziewczyny", na co Pay (Singapurczyk) odpowiedział: "lataszi mankis". Cały pokład drżał od wybuchów śmiechu. Albo, kiedy okazało się, że zgubiliśmy gdzieś po drodze jeden z jego klapków, pewnie spadł za burtę w przechyle... Pay nie rozpaczał z tego powodu, stwierdził tylko, że dobrze, że powiedziałam mu o tym teraz, bo tam na plaży widział dużo rożnych klapków wyrzuconych przez morze. Wybrał sobie dwa, jeden niebieski, drugi granatowy, nawet zbliżone rozmiarami, szeroko się uśmiechnął i ... włożył je na nogi:-)

Na San Blas Krzysiek czyścił dno, kiedy wyszedł z wody, opowiedział nam historie o "potworze morskim" którego zobaczył. Woda na San Blas jest kryształowo czysta, Krzysiu w masce, z szpachelka skrobie muszle z Luki pod linia wodna a tu nagle jakiś dziwny stwór płynie w jego stronę.... patrzy, przygląda się, zastanawia.... Okazało się, że w tym czasie... hmm... ktoś skorzystał z toalety, numerek dwa... Pay popatrzył poważnie na Krzyska, i pyta: A jaki miało kolor? Bo to może moje.

Wieczorem umówiliśmy się z ex- załogą na piwo, Tomek zaprowadził wszystkich w nasze ulubione miejsce: pod kościół, otoczony ławkami, gdzie wieczory spędzają lokalni, a nieopodal jest sklep z piwem. (Singapurczyk przyszedł w zdobycznych klapkach) Wieczór przeciągnął się do późnej nocy, bo... spotkaliśmy również czteroosobowa grupę sympatycznych Polaków. No i dyskusje się wydłużyły...

Tym razem postój w Cartagenie będzie trochę dłuższy, Tomek wyrzucił stare gumowe zbiorniki na wodę, i buduje nowy, integralny zbiornik na dziobie pod koja. Mamy porządną odsalarkę, 40 galonów na godzinę, potrzebujemy tylko jeszcze jeden, większy zbiornik.

 

 


03/25/2011, San Blas
Taniec z ogniem

Rano rzuciliśmy kotwicę pomiędzy uroczymi wysepkami Chichime Keys. Przed planowanym wieczorem - tradycyjnym obiadem z indianami Kuna, gospodarze poprosili o pożyczenie naszego pontonu, aby popłynąć na zewnętrzną stronę rafy po dużą rybę. Tomek postanowił jechać z nimi. Wiec popłynęli... po dwóch godzinach - patrzę... a mojego bohatera w pontonie ciągnie ... rybacka panga... a na silniku naszego pontonu - brak obudowy. Okazało się, że Indianin polował na samej krawędzi rafy, na której załamywały się tego dnia duże fale, no i kapitan źle coś wymierzył i wykonał pontonem zwrot przez kil... Jedną obudowę silnika zgubiliśmy kiedyś w podobnej sytuacji na wyspie Cliperton, mamy wiec teraz dwa silniki do pontonu, ale żaden nie ma obudowy. W każdym razie obiad u indian Kuna był udany, zaprosiliśmy też naszego znajomego Francuza z jachtu obok, który zapytał czy może przyprowadzić swoją przyjaciółkę. Oczywiście zgodziliśmy się. Przez resztę dnia Francuz szukał dwóch litrów czystej benzyny... aby przygotować dla nas niespodziankę, mięliśmy benzynę, ale wymieszana juz z olejem, do silnika od pontonu. Zresztą niespodzianka z dwoma litrami benzyny... hmmm... wzbudzała mieszane uczucia. Wieczorem sprawa się wyjaśniła, przyjaciółka naszego Francuza - wykonalna super spektakularny taniec z ogniem. Świetne widowisko.

 


 

03/23/2011, Portobelo

Brudna ropa

 

Nie wyruszyliśmy wczoraj, zmarł ex vice - president Panamy, i z powodu żałoby narodowej wszystkie biura, w tym Kapitanat Portu, były zamknięte, wiec odprawić się nie dało. Zaoferowaliśmy nocleg na jachcie tym, którzy twierdzili, że nie mają pieniędzy na hostel... Następnego dnia ruszyliśmy w kierunku San Blas, tym razem w konkurencji "wypróżniania" celowali Włosi, choć Francuzi byli tuż tuż za nimi. Ekipa polska "cofała" umiarkowanie i z humorem. Zapadał zmrok, w pewnym momencie usłyszałam z pokładu ciężkie westchnienia, za chwile znajomy odgłos cofki... a z rufy - "e, no, co tak mało?" i błyskawiczną odpowiedz "zamknij się". Nie minęło parę minut i z tylu pokładu znowu usłyszałam okrzyk: "kuzwa, naplułeś mi na twarz" Gdyby nie to ze w tym momencie sytuacja była poważna... kapitan pewnie też by się uśmiechnął. Ale okazało się, że ropa, którą zatankowaliśmy była rozrobiona z woda i jakimiś śmiecmi, śmieci prawie natychmiast zapchały filtry paliwa, a ostojniki paliwa nie były w stanie odseparować takiej ilości wody i trochę dostało się do pompy wtryskowej. Po wymianie filtrów i odpowietrzeniu systemu, silnik nie chciał zastartować, bujaliśmy się pod samym bezanem i małym fokiem marszowym, a wokół nas dryfowały kontenerowce i inne morskie potwory, w kolejce do przejścia Kanału Panamskiego (armatorzy oszczędzają w ten sposób na opłatach potowych). Zalatujący ropą Tomek "kur...al" pod nosem, i w przerwie na papierosa spekulował, że jeśli zbyt dużo wody dostało się do pompy wtryskowej, to dupa będzie blada i do Kartageny wejdziemy jak Kolumb - pod samymi żaglami.

Kapitan jednak pokręcił coś przy pompie, pogłaskał ją, cos tam do niej powiedział, i krzyknął do mnie: zapalaj ! Nasz siłacz obrócił się w środku, zakaszlał kilka razy i ruszył. Używamy teraz resztek paliwa z czystego zbiornika nr 2.

 


03/22/2011, Portobelo
Zagęszczenie maksymalne

Nowa partia obrzygańców czeka na pomoście. Ruszamy po południu, tym razem pobijemy rekord zagęszczenia - zabieramy 12 osób - plus nas dwoje. Mamy dwóch rodaków, podróżników: Krzysiek i Robert, którzy płyną z nami, jako załoga. (www.kuzyni.eu) W ostatniej chwili kierując się miłością do bliźniego postanowiliśmy zabrać parę z Litwy z rowerami... ale bez kasy... dziewczyna będzie spała na koi, ale dla jej chłopaka koi juz zabraknie, więc będzie musiał spać na podłodze w salonie. Reszta towarzystwa to dwóch Włochów, para z Francji, obywatel Singapuru, Niemiec, Amerykanie i Kanadyjczycy. Wczoraj w Portobelo odłączyli prąd i nie mogliśmy dostać się do internetu i prognozy pogody, ale zanosi się na małą dmuchawkę, pewnie ze 30 węzłów, i tym razem będziemy mieć wiatr w oczy. Za trochę popłyniemy na ląd, i jeśli podłączyli już miasteczko do prądu, sprawdzimy pogodę i być może Tomek zdecyduje, że wypłyniemy jutro...


NIE OPUSZCZAJ JACHTU DOPÓKI ON CIE NIE OPUSCI
Tomek / Beata
03/15/2011,

Nie opuszczaj jachtu dopóki On Cię nie opuści

 

 


03/14/2011, Portobelo
Konkurs fotograficzny na Luce

Nowa załoga to: 3 Niemców, 4 Szwajcarów, Argentynka, Australijczyk i Meksykanin, Guillermo z Meksyku płynie z nami za pół ceny, ale w zamian pomaga przy przygotowaniu posiłków, zmywaniu naczyń i szorowaniu pokładu. I nam i jemu układ ten bardzo odpowiada, przy 12 osobach na pokładzie pracy jest dużo, więc dodatkowa para rąk się przydaje, a Guillermo, jak stwierdził, dzięki zaoszczędzonym pieniądzom będzie mógł podróżować dwa tygodnie dłużej.

Towarzystwo jest zgrane, zdrowsi opiekują się cierpiącym na chorobę morską, nasz pomocnik ma swoich pomocnikowi... reszta z własnej woli, pewnie trochę z nudów, pomaga Guillermo przy zmywaniu naczyń, szorowaniu pokładu, etc. Może, dlatego że są tak zgrani, również, gdy stoimy na kotwicy świetnie się bawią, do białego rana... I z tym będziemy musieli coś zrobić w następnych rejsach. Nawet stojąc na kotwicy nie można zostawić pijanego towarzystwa na pokładzie i pójść spać, więc kiedy reszta się świetnie bawiła, my ziewając - czekaliśmy cierpliwie na koniec imprezy, a właściwie: kiedy skończy im się alkohol... Postanowiliśmy, że w następnych rejsach wprowadzimy zasadę, imprezy będą Kończyc się, o 23, ponieważ my następnego dnia musimy być przytomni, aby kontynuować dalsze etapy rejsu, a także ze względu na sąsiadów z kotwicowiska...

Potrzebujemy trochę zdjęć na nasza stronę www.skipthedariengap.com, sami nie mamy czasu ich robić, ogłosiliśmy więc konkurs fotograficzny na najlepsza fotkę, główna nagroda - butelka rumu, spowodowała że załoga z zapałem chwyciła za aparaty... Naradzie konkurs nierozstrzygnięty, ledwie podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy w stronę Portobelo, cześć załogantów zbladła, pozieleniała, i nie są już w stanie pochwalić się zdjęciami. Zrobią, więc to jutro, gdy rzucimy kotwice w Portobelo, będą mięć kilka godzin czasu zanim wrócimy z Kapitanatu Portu z ich paszportami, tak będzie nawet lepiej... nie rozpracują już tej butelki na Luce:-)

Podczas tego rejsu zorganizowaliśmy także obiady z Indianami Kuna, $6 od osoby, plus nasze produkty: fasola, cebula, czosnek, a Indianie złapią i upieką na ognisku smaczne ryby z rafy. Taki obiad będzie dodatkową atrakcją dla naszych turystów, no i ja będę miała jeden posiłek mniej do przygotowania.

Jutro rano będziemy w Portobelo, gdzie zamierzamy postać około 14 dni, planujemy także wypad autobusem do Panamy, musimy zrobić zakupy; uszczelkę do odsalarki, wielkie coolery, w które będziemy wkładać duże bryły lodu, dzięki temu będziemy mieć zimne napoje podczas rejsów, oraz będziemy mogli dłużej przechowywać owoce. Potrzebujemy też kilka innych rzeczy, na brak, których dotychczas nie narzekaliśmy, a które, przy większej ilości ludzi na pokładzie okazują się potrzebne.

ps. konkurs fotograficzny rozstrzygnięty, załoga jednomyślnie stwierdziła że wygrywa zdajecie w lewym dolnym rogu - autor, James z Australii stał się (nie na długo pewnie) posiadaczem butelki rumu, natomiast my wybraliśmy zdjęcia Guillermo, szczególnie spodobało nam się zdjęcie po prawej.

 


03/10/2011, Karaiby

Następny rejs z obrzygańcami

 

o i ile oni dzisiaj zjedli??? Zastanawiałam się patrząc na 8 osób z workami foliowymi, które co chwila przy akompaniamencie "echów" i "achów" wypełniały je różnokolorową zawartością, Tomek odbierał od załogantów pełne worki, wyrzucał je za burtę i podawał następne. Gdybym ja to musiała robić, potrzebowalibyśmy jeszcze worki... dla mnie... Do rana nasi turyści zużyli 60 worków foliowych. Z 10 osobowej ekipy nie chorują tylko dwie osoby.

Najgorzej było, kiedy przygotowywałam dla nich obiad, wszyscy jak na komendę znowu zaszyli głowy w workach foliowych... czyżbym aż tak źle gotowała? Po chwili sytuacja w salonie wygladala nastepujaco: dwie osoby konsumuja kurczaka, a reszta siedząc tuż obok.... rzyga. No cóż, ewakuowałam się do sterówki. W poprzednim rejsie konkurencję obrzygańców wygrała ekipa polska, tym razem zdecydowanie przodują Niemcy, nie maja sobie po prostu równych... systematycznie, z wrodzona sobie solidnością, wypełniali worek po worku do białego rana, kiedy to wypłynęliśmy w końcu z obszaru, gdzie przeciwny do kierunku wiatru prąd, spiętrzał trochę fale i mieszał biedakom w żołądkach...


03/06/2011, Cartagena - Club Nautico
Cartagena - Club Nautico

Cartagena to ładne, relatywnie czyste miasto, a jej stara część wciąż ma w sobie klimat sprzed trzech wieków, bramy nabijane wielkimi ćwiekami, mury obronne, które kiedyś zabezpieczały miasto przed atakami piratów, i masywna, piramidalnie zbudowana twierdza, na której zwiedzenie zabrakło nam tym razem czasu.
Pierwszego dnia odwiedziliśmy z Tomkiem większość hosteli, i rozwiesiliśmy w nich reklamy czarteru.
Następne dwa dni - Tomek naprawiał żagle, a ja łaziłam po mieście z naszym ex załogantem Mirkiem, w poszukiwaniu prezentów dla jego rodziny.
Podczas jednej z tych wycieczek Mirek zaprosił mnie na lunch, wybrał restaurację w indyjskiej dzielnicy, w której to restauracji na pierwszy rzut oka panowała rodzinna atmosfera... ludzie siedzieli w rogu na podłodze, jedli ryż, i jakieś inne, nieznane mi potrawy...hmm... restauracja okazała się miejscem gdzie stołują się bezdomni...
Trzeba się będzie poduczyć hiszpańskiego...

Znowu sami, spokój na Luce, ale był czas zacząć organizowanie nowych czarterów, a konkurencja jest duża, no, bo wiele tu jachtów, pewnie ze czterdzieści, i każdy z nich gotowy przepłynąć się na San Blas z turystami i wzbogacić kasę jachtowa.
Tomek rozmawiał z właścicielami jachtów i próbował zrozumieć, jakie w Kartagenie panują układy, i w jaki sposób wstrzelić się w te układy. W końcu podwyższyliśmy prowizję dla właścicieli hosteli, z typowych 25 dolarów na 35 od osoby, zmieniliśmy styl ulotek, z konkretnych na głupawo - zachwalające (natychmiast chwyciły) i sami wyszliśmy z nimi na stare miasto, tam gdzie kreci się najwięcej turystów. Początkowo Tomek twierdził ze to nie jego rola, i ze na "stręczyciela" się nie nadaje, ale... po jakimś czasie zaczęło mu się to nawet podobać. Poznawanie nowych ludzi, rozmowy z nimi... piwko w jednym hostelu, piwko w drugim... i nawiązywanie kontaktów.

Tak spędziliśmy dwa dni, z zamiarem zorganizowania następnego czarteru z wyjściem w morze16go marca.
Nasze "stręczycielstwo" i wyższa prowizja zaowocowały jednak niespodziewanie szybko, juz w niedziele okazało się, że mamy komplet: 10 osób, które chcą płynąć już... w środę (9 marca).
Zostały więc 2 dni na przygotowanie i zaprowiantowanie łódki, i napięcie wzrosło.
Na szczęście Tomek załatwił lokalną dziewczynę, która za niewielką opłatą pomogła mi posprzątać jacht po ostatnim czarterze, załadowaliśmy Lukę prowiantem i ruszyliśmy w kolejny rejs do Portobello z postojem na San Blas.

 


Luty 2011 r